sobota, 30 maja 2015

Kate Morton 'Strażnik tajemnic'

Opinia:
Okładka książki Strażnik tajemnicWreszcie trafiłam na książkę współczesnej autorki, która dorównuje Agacie Christie. Nie jest to kryminał, ale znakomita powieść obyczajowa. Jest to książka o człowieku, a właściwie o kobiecie, o tym, czy człowiek się zmienia, kim byli nasi rodzice. Napisałam, że dorównuje Agacie Christie, bo dostrzegłam w powieści ten sam rys humanistyczny, takie samo współczucie dla pokrzywdzonych i takie samo głębokie spojrzenie w człowieka.
Akcja rozgrywa się w dwóch planach czasowych, współcześnie i w roku 1941. Mamy klamrę narracyjną, to samo zdarzenie zarówno rozpoczyna, jak i kończy. Ale na początku opis niczego nie wyjaśnia. Dopiero na końcu....
Po tym niewyjaśnającym niczego opisie z roku 1941 mamy wspomnienia Lauren, w planie współczesnym oskarowej aktorki, wspomnienia z dzieciństwa, gdy była świadkiem tego, że ich ukochana matka skrywa tajemnicę. Współcześnie więc, gdy widzi matkę umierającą, postanawia dociec prawdy i dowiedzieć się wszystkiego o tym, jaka była jej matka zanim została kochającą mamą. Przegląda rzeczy, pyta ludzi i stopniowo zaczyna wiedzieć więcej. A jednocześnie czytelnik poznaje tę historię z 1941 roku oczami Dorothy i jej koleżanki 'z pierwszej ręki' w drugim planie czasowym, z roku 1941.
Akcja biegnie niespiesznie, ale fascynująco. Postacie są pełne emocji, namiętności i dramatyzmu. Czytelnik przewraca kartki z ciekawością. Mamy dramaty w stylu Agathy Christie, choć to nie kryminał, a więc dramat osobowości, dramat uczuć. Jednym słowem świetna fabuła.
Mamy więc pamięć i skomplikowane losy ludzkie, mamy miłość i marzenia. Oraz osobowość narcystyczną i utalentowanego fotografa.
Bardzo ciekawie się to czyta. Świetna powieść. Dosyć gruba, więc na kilka wieczorów.
 6 gwiazdek
Znalezione obrazy dla zapytania Kate Morton
Autorka, Kate Morton, to Australijka, młode pokolenie, rocznik 1976. Ma dyplom uniwersytecki z literatury angielskiej i pisze doktorat. została żoną muzyka jazzowego. 
Poza 'Strażnikiem tajemnic' (The Secret Keeper) z 2012 roku, napisała:
  • 2006: Dom w Riverton (The House at Riverton)
  • 2008: Zapomniany Ogród (The Forgotten Garden)
  • 2010: Milczący Zamek (The Distant Hours)

środa, 27 maja 2015

Brat Bogumił Marian Adamczyk 'Listy z pokutnej trasy'

Dzisiaj napiszę o książce wyjątkowej, innej, naprawdę autentycznej, napisanej przez człowieka, który odważył się iść pod prąd.
Jest to zbiór listów pisanych z trasy pokutnej po Polsce w latach 1963 i 1965. Autor, brat Bogumił Marian Adamczyk jest pustelnikiem. Obecnie ma 87 lat, podając za jego stroną w Internecie.
 
 Oceniłam listy wysoko, bo zachwycił mnie autentyzm i odwaga brata Bogumiła. Na zdjęciach z obu stron okładki widzimy uśmiechniętego brodacza w worze pokutnym, niczym starotestamentowy prorok. Przypomnę, ze był to rok 1963. A teraz mamy 2015. A jednak to mnie poruszyło. Jakąż trzeba mieć wiarę i silną wolę, żeby tak iść pod prąd, czy raczej zgodnie z tym, w co się wierzy. Brat Bogumił pisał te listy w roku 1963 do swojego kierownika duchowego, a w roku 1965 do innej pustelnicy. Dzieli się przeżyciami, radzi się, opisuje to, co go spotkało w drodze. Opisuje Polskę oczami pokutnika. Wyobrażaliście sobie, co by było, gdyby taki Jonasz przyszedł na nasze drogi i miasteczka? No to w tej książce to mamy. Ktoś czyta napis i pyta, do kogo to skierowane, ktoś inny zaśmieje się, ktoś obrzuci kamieniami, ktoś kupi herbatniki i nowe sandały, ktoś płaszcz. Zabawną scenę opisał brat Bogumił związaną z podchmielonym pijaczkiem, który na widok wora z napisem 'czyńcie pokutę' biegiem pobiegł do kościoła.
Mamy wielka wiarę, człowieka, który zrezygnował z bycia księdzem, który nawet w drodze pokutnej spotykał się albo z krytyką swojego trybu życia, albo z 'dobrymi radami'. A on szedł. Niesamowity człowiek. Książka jest nie tylko tzw. książką religijną, ale według mnie jest bardzo współczesnym wzorem jak być sobą w tym zakręconym świecie, jak iść swoją droga, gdy się w coś bardzo wierzy.
 
8 mocnych gwiazdek






A tutaj ośmielę się odesłać Was do rozmowy Brata Bogumiła ze  śp. Jadwiga Korpal z ADS, podczas rekolekcji prowadzonych przez Brata w Górce Klasztornej:
Link:
 http://bratbogumil.pl/pustelnia/brat-bogumil-marian-adamczyk/

wtorek, 26 maja 2015

Nominacja do LBA

„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował”.
Zostałam nominowana przez Książkolubną, za co jej dziękuję. Książkolubna

Oto moje odpowiedzi na pytania:
1. Dlaczego powstał Twój blog?
 Namówiła do pisanie mnie koleżanka. Najpierw wsiąkłam w lubimyczytać, a teraz w blogi. Blog daje mi możliwość uporządkowania recenzji oraz pisania o różnych sprawach związanych z książkami, które nie mieszczą się w formacie 'opinia o książce', na przykład ilustracje albo poglądy na temat audiobooków. 

2. Czy uważasz, że spełnił Twoje oczekiwania?
Cieszę się, ze jestem regularnie czytana, ale blog książkowy to sprawa 'rozwojowa'. Widzę osiągnięcia innych bloggerek i bloggerów i chciałabym im dorównać, a jednocześnie zachować w tym siebie. To trudne.  Na razie jest to moje hobby. Naprawdę hobby, bez książek od wydawnictw.  Nie powiem, że nie chcę.  Z drugiej strony nie chciałabym czytać to, co ktoś mi każe, ale książki ze swojej listy.
3. Czy bardziej cenisz "elegancką prostotę", czy też wolisz  blogi z dużą ilością grafik i muzyką?
Uważam, że ważna jest czytelność. Lubię kolory, ilustracje, ale jednocześnie cenię wzrok swój i czytelników. Powiem szczerze, że lepiej mi się czyta posty na białym tle z odpowiednią czcionką. I tak poprowadziłam swój blog, mam nadzieję, że czytelnie. Muzyka i grafiki muszą pasować do treści posta.
4. Czy negatywne komentarze są dla Ciebie przyczynkiem do zastanowienia się nad publikowaną treścią?
Nie dostałam negatywnych komentarzy, póki co. Ale już mam taką naturę, że zawsze krytyka mnie dotyka, zawsze zastanawiam się na ile jest ona uzasadniona, czy mogę wyciągnąć jakieś wnioski. 
5. Jak reagujesz na hejty? Irytacją, śmiechem, czy lekceważeniem?
Mam taką zasadę internetową, że nie ciągnę pyskówek. Nie odpowiadam na takie hejty. Po prostu.

6. Czy przeglądasz statystyki w bloggerze?
Szczerze przyznam, że przeglądam za każdym razem. I cieszę się, gdy na przykład 100 osób przeczyta mojego posta, i że mam stałą grupę czytelników. To daje mi wiele satysfakcji. Waham się, czy pisać codziennie, czy wygodniej dla czytelników byłoby, gdybym pisała co 2 dni. Czekam na sugestie czytelników.
Nie przeczę więc, że nie zależy mi na statystykach. Gdyby mi nie zależało, to pisałabym pamiętnik intymny w stukartkowym zeszycie.

7. Czy konieczność zamknięcia bloga byłaby dla Ciebie wielkim wyrzeczeniem?
Na pewno brakowałoby mi czegoś, czy raczej kogoś. Ale już w życiu wielu rzeczy musiałam się wyrzekać, więc i z tym dałabym sobie radę. Mam nadzieję, że zauważono by, że znikłam....Pewnie w głowie obmyślałabym powrót do bloggosfery.
8. Czy nominacja do LBA ma dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie?
Ma wielkie, jest znakiem, że mnie czytacie. Tak się złożyło, że w tym właśnie czasie zastanawiałam się, czy jestem czytana, czy mnie cenicie. A tu nominacja. Cieszę się, i cieszę się, że mogę nominować innych.

9. Czy uważasz, że publikowanie postów nawet wtedy, gdy nie ma się nic o powiedzenia, jest słuszne?
Nie uważam, że czytający nie ma nic do powiedzenia. Książki poszerzają horyzonty, dodają tematów do rozmów i przemyśleń. Więc sądzę, że bloggerzy książkowi zawsze piszą o czymś. 
A jeśli pytamy o sens postów na przykład o tym, że blogger chwali się nowymi książkami, kupioną zakładką albo tym, że ma taaaaki stos do czytania, albo że się nie wyrabia. To ja lubię czytać takie posty. Lubię zdjęcia. Jestem za.

10. Czy założenie bloga wniosło do Twojego życia jakąś wartość?
 Tak. Poznałam wartościowych ludzi, mogę rozwijać swoje hobby czyli czytanie, porównywać wrażenia, pisać o literaturze, rozmawiać o książkach. To dla mnie ważna sprawa.

Dziękuję Książkolubnej (http://ksiazkolubna.blogspot.com) za nominowanie mnie i za zadanie tak ciekawego zestawu pytań. Ośmielę się je powielić. 

Nominuję następujące blogi:
 1. archiwum mery orzeszko
2. CzytamPoPolsku...
3. Nie tylko kartki
4. Zatracona w książkach
5. Kto czyta książki, żyje podwójnie
6. Redhead in Wonderland
7. O książkach mniej i bardziej znanych
8. Tu się czyta!
9. Pod kołdrą!
1o. Biblioteczka ciekawych książek
 11. Moje trzy grosze
12. Self of books
13. Bierz i czytaj

(Bardzo przepraszam, że wybrałam więcej blogów, ale wszystkie są ciekawe. Ciężko zrezygnować.

Lista pytań, na które zeznający będą musieli odpowiedzieć:

1. Dlaczego powstał Twój blog?
2. Czy uważasz, że spełnił Twoje oczekiwania?
3. Czy bardziej cenisz "elegancką prostotę", czy też wolisz  blogi z dużą ilością grafik i muzyką?
4. Czy negatywne komentarze są dla Ciebie przyczynkiem do zastanowienia się nad publikowaną treścią?
5. Jak reagujesz na hejty? Irytacją, śmiechem, czy lekceważeniem?
6. Czy przeglądasz statystyki w bloggerze?
7. Czy konieczność zamknięcia bloga byłaby dla Ciebie wielkim wyrzeczeniem?
8. Czy nominacja do LBA ma dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie?
9. Czy uważasz, że publikowanie postów nawet wtedy, gdy nie ma się nic o powiedzenia, jest słuszne?
10. Czy założenie bloga wniosło do Twojego życia jakąś wartość?

poniedziałek, 25 maja 2015

Swietłana Aleksijewicz 'Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości'

Okładka książki Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłościPeany na cześć Swietłany Aleksijewicz czytałam u znajomych na LC i gdy w końcu sięgnęłam po jej książkę to się nie zawiodłam.
Czytałam, czy raczej słuchałam, w wykonaniu pani Krystyny Czubówny. Polecam.
Jest to drugie wydanie tej książki. Pierwotny tytuł w języku polskim brzmiał 'Krzyk Czarnobyla'. Czernobylskaja molitwa, data wydania to 1997 rok. Wyd. pol. Krzyk Czarnobyla, 2000; Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości, 2012) Miałam przed oczami oba wydania. Różnią się tłumaczeniami.
Swetlana Alexandrowna Alexijewitsch.jpgCzarnobylską modlitwę przetłumaczył Jerzy Czech, zaś Krzyk Czarnobyla - Leszek Wołosiuk.
Znalezione obrazy dla zapytania Swietłana AleksijewiczOkładka książki Krzyk Czarnobyla  
Właściwie skończyłam słuchanie w sobotę, ale byłam tak oszołomiona 'Czarnobylską modlitwą', że do napisania tej oto opinii musiałam odczekać dwa dni.
O czym jest ten reportaż? O Czarnobylu i jego skutkach dzisiaj, o skażeniu, o bohaterstwie i brawurze likwidatorów i strażaków, o zwykłych ludziach, którym przyszło żyć pod reaktorem.
Technika reportażu Aleksijewicz to oddanie głosu ludziom. Technika ta skutkuje szczerością i wielowymiarowością przekazu. Książka wstrząsa!
O tylu ludziach się dowiedziałam, o ich złamanym życiu, zabitej miłości, skrzywdzonych rodzinach, ale i o załamaniu się wiary w Związek Radziecki, w to, że Związek Radziecki może wszystko. Atom ujawnił apokalipsę, to że człowiek może zniszczyć świat.
No więc pierwszy mój wstrząs to wstrząs 'kosmiczny'. Autorce udało się ukazać skutki Czarnobyla, to skażenie we wszystkim co otacza człowieka.
Kojarzy mi się to z wierszem Wisławy Szymborskiej 'Parada wojskowa':


Ziemia ― ziemia,

ziemia ― powietrze ― ziemia,

powietrze ― woda ― ziemia ― ziemia ― woda,

woda ― powietrze ― ziemia ― powietrze ― powietrze,

ziemia ― woda ― powietrze ― woda ― powietrze ― ziemia,

powietrze ― ziemia ― ziemia ― ziemia ― ziemia ― ziemia,

Ziemi Wody Powietrza ―

Następny mój wstrząs to współczucie dla tych indywidualnych historii, tych żon w żałobie po mężach (tak swoją drogą to ta obłędna miłość u kobiety z końca książki mnie przeraziła na równi z opisami czarnobylskich szczupaków, ale to inna sprawa), patrzących na śmierć dzieci, na ich niepełnosprawność, obawiających się poczęcia, tego, że wydamy na świat mutacje genetyczne.
Niedawno oglądałam w telewizji program na temat katastrofy w Czarnobylu. Podano tam dane niziutkie, pokazano sielskie krajobrazy, jednym słowem przekaz brzmiał 'nie taki diabeł straszny'. Tymczasem zwykli ludzie w moich stronach ciągle wspominają Czarnobyl, gdy tylko mówi się o raku, o zachorowalności, o  skażeniu środowiska. Książka pokazuje, że jest inaczej, że jest straszniej, że Czarnobyl to utajone zagrożenie kosmiczne. Dodam jeszcze, że na szczęście otrzymałam jodek. Pamiętam, zawieziono nas, całą klasę. Chorowałam potem aż do wieczora, więc pamiętam. 


Aż wreszcie uderzył mnie w tej książce obraz człowieka radzieckiego  - jak to nazywa autorka. Ten Człowiek Radziecki to kategoria kompletnie inna niż mentalność peerelowska, którą znamy z Polski. A poznać to trzeba 'dla przyszłości', po to, żeby zrozumieć to co się odradza na wschodzie. No więc Aleksijewicz ukazała różne postacie zaangażowania w ZSRR, tych co narzekali, tych, którzy bez sprzeciwu poszli z łopatą na atom, ale i 'towarzyszy', którzy zarzekają się, że nie brali jodu, że nie ulegli panice, aby następny rozmówca temu zaprzeczył. Pokazała też inteligencję tą z miast i wsi, która po upadku ZSRR popadła w biedę.Wikipedia podaje cały artykuł na temat krytyki myśli Aleksijewicz, i różne opinie na temat  tego homo sovieticus. Nie mnie mierzyć się z możnymi tego świata, ale moim zdaniem w Polsce ten homo sovieticus nie istniał. Owszem, bylejakość przyjęła się, ale była to powierzchnia, myślenie 'oby złapać' (co zresztą wciąż istnieje, ale Polska ma kompletnie inna ideologię narodową. I całe szczęście.

I mam następujący wniosek. Że dla nas Polaków i dla całego świata Zachodniego niezrozumiałe i niedostrzegane jest to, że różne narodowości ZSRR czuły się jednocześnie członkami Imperium. Że jego rozbicie pozbawiło ich tożsamości. A jak wiadomo życie nie znosi próżni..... Dalej, zdumiało mnie to zaangażowanie się ludzi w 'budowanie potęgi kraju'. Że ludzie oddawali życie, pracę, nie żądali nic. U nas w Polsce było ponoć tak samo, a jednak było inaczej. Tak sądzę. Nasz przeciętny pegeerowiec nie marzył o wykonaniu planów, on marzył to tym, żeby wynieść co się da z Pegeeru, 'towarzysz' marzył o tym, żeby załatwić sprawy swojej rodzinie i pociotkom. A to jest kompletnie inna mentalność niż ta opisana przez Aleksijewicz. Nie będę tutaj oceniać tego, a jedynie podsumowuję wrażenia z lektury. Nasze poświęcenie się dla Ojczyzny, nasi bohaterowie narodowi i daty historyczne były zasadniczo rozbieżne z propagandą komunistyczną. Aleksijewicz opisuje tłumy bohaterów Wojny Ojczyźnianej, którzy z utęsknieniem czekali na paradę 9 maja. Gdy czytam te słowa 23 maja 2015 roku mam już w pamięci najnowsze wydarzenia w Rosji, na Krymie i Donbasie, mam w pamięci genialny reportaż z ostatnich dni o odradzającej się wierze Rosjan w Wielkie Imperium.
Wreszcie uderzyło mnie to, że Rosjanie i inne narodowości uczestniczące w ZSRR w książce Aleksijewicz nie mieli tego odnośnika do Zachodu, takiego, jaki my mamy, my jako Polska. TO co dla nas jest oczywiste dla nich nie. I to mnie uderzyło ogromnie. No bo patrzmy na filozofów, na pisarzy, do których odnoszą się rozmówcy Aleksijewicz. Są to Rosjanie, filozofowie Wschodu Rosyjskiego i Radzieckiego.
Zdałam sobie sprawę, że jest to zderzenie kultur, takie diametralne i podstawowe. Ja nie mówię, że Polak nie porozumie się z Rosjaninem, ale mówię, że nasza zbiorowa podświadomość odnosi się do innych 'pomników'. Natomiast wspólne są uczucia, taka sama miłość, pragnienie spokoju i zdrowia dla siebie i swoich najbliższych, czyli wymiar podstawowy.
Podsumowując, chcę zachęcić wszystkich do tej autorki, bo ja już się poczułam zachęcona. Jak już 'odsapnę' psychicznie po tej książce, sięgnę po następne. Jestem pewna, że autorka 'dodrapie się' do istoty Tamtej świadomości, Ich mitów i problemów.
Genialna reportażystka. W posłowiu napisali, że zastanawiała się nad tym, żeby zostać wiejską nauczycielką. Całe szczęście, ze nie została. Zmarnowałaby się tam, zakrakono by ją, nie słuchano, ośmieszono. Bo pani Swietłana Aleksijewicz ma genialne wyczulenie społeczne, kulturowe. 

Niedawno oglądałam w telewizji program na temat katastrofy w Czarnobylu. Podano tam dane niziutkie, pokazano sielskie krajobrazy, jednym słowem przekaz brzmiał 'nie taki diabeł straszny'. Tymczasem zwykli ludzie w moich stronach ciągle wspominają Czarnobyl, gdy tylko mówi się o raku, o zachorowalności, o  skażeniu środowiska. Książka pokazuje, że jest inaczej, że jest straszniej, że Czarnobyl to utajone zagrożenie kosmiczne. Dodam jeszcze, że na szczęście otrzymałam jodek. Pamiętam, zawieziono nas, całą klasę. Chorowałam potem aż do wieczora, więc pamiętam. 

piątek, 22 maja 2015

Halina Korolec-Bujakowska 'Mój chłopiec, motor i ja'

Okładka książki Mój chłopiec, motor i jaDzisiaj będzie o książce wspomnieniowo-podróżniczej. Do przeczytania jej zachęciła mnie wspaniała okładka. Książka wydana została w roku 2011  w serii 'Seria z drzewem'. 
Autorka urodziła się w 1907 roku w Wilnie, a zmarła w 1971 roku w USA. Po wojnie mieszkała w Kalkucie w Indiach. Książka, o której piszę, jest reportażem z podróży poślubnej przez całą Europę, Turcję, Syrię, Irak, Persję, Indie, Birmę, Indochiny do Szanghaju w latach 1934-1936, odbytej motocyklem. Jest to więc świadectwo minionego świata i świadectwo minionej epoki. Czasów przedwojennych, o których młoda para nie wiedziała, że właśnie odchodzą. 
Dla mnie książka, czy raczej obrazy opisywane w książce były porównaniem z tymi opisanymi przez Wacława Korabiewicza w 'Kajakiem do Indii'. Różnica jest kolosalna na korzyść Korabiewicza. Ale czytelnicy nie obciążeni 'balastem' tego wspaniałego pióra (mówię o Korabiewiczu), chyba zachwycą się książką. Poza tym była to podróż poślubna, rzecz mi obca. Ale, podobnie, myślę, że wiele czytelników rozpłynie się we wspomnieniach swoich podróży z ukochanym. Ciekawe jest to, że autorka pisze, iż po powrocie z tej 'mega-podróży' spotkała ich wojna, rozłąka. Więc tak sobie pomyślałam, że ta historia uczy, iż trzeba korzystać z chwil, póki nam je daje los, bo nie wiadomo co nas spotka. Halina Korolec-Bujakowska miała co wspominać: wspaniałego, opiekuńczego męża, z którym przemierzyła pół świata.

Jeszcze wspomnę o obrazie polskich przedwojennych dróg opisanych na początku książki.  Lata 30-te XX wieku, a na drogach motocykl. Młode małżeństwo wyruszyło z Druskiennik. Warto przeczytać jakie wrażenie robił, czy dużo było wtedy pojazdów, czy łatwo było kupić benzynę. Mamy także opis Bliskiego Wschodu z lat 30-tych XX wieku, Bliskiego Wschodu, który był inny niż teraz. Syria pełna była Europejczyków. Wspomnijmy na przykład Agathę Christie, która tam mieszkała ze swoim młodym mężem archeologiem... A co mamy teraz? Mamy też inne Indie, inne Chiny... Ja to wszystko z większym talentem obserwacyjnym czytałam u Korabiewicza, ale i na tę książkę warto jest spojrzeć. 
Oceniłam ją na 3 gwiazdki, ale polecam. Bo nie każdy jest takim fanem dawnych podróżników jak ja, za to więcej osób zainteresuje się opowieścią kobiety, młodej mężatki, która przeżywała tak piękną miłość. I jakie zawierzenie mężowi! Przecież w tamtych czasach kobiety nie podróżowały tak swobodniej jak teraz! Nie było Martyny Wojciechowskiej i Beaty Pawlikowskiej.  Podróż motocyklem była sprawdzianem męskości dla Stanisława Bujakowskiego. I tak sobie myślę, ze nasze babki były mądrzejsze od nas. Nasze pokolenie już nie sprawdza swoich mężczyzn. A powinniśmy. 

zdjęcie z książki

Moja opinia z LC z maja 2014 roku:
Wszystkim się książka podoba, ma piękną okładkę, ciekawą genezę, a mnie się nie podobała. Co tam nie podobała, znudziła mnie śmiertelnie. Ledwie skończyłam, gdyby nie muzyka w tle, to bym nie dała rady.
Konkretnie, to w podobnych latach podróżował Wacław Korabiewicz. Dotarł do Indii. Opisuje to książka 'Kajakiem do Indii'. Jest konkretniejsza niż 'Mój chłopiec, motor i ja'. Styl Haliny Korolec-Bujakowskiej jest dla mnie zbyt kwiecisty, zbyt emocjonalny. W dodatku narratorka przechodzi z jednego wydarzenia w drugie. Często musiałam kilkakrotnie przechodzić do tego samego fragmentu, żeby zorientować się w podróży. Jedyne co mnie zaciekawiło, to opis reakcji świata na śmierć Piłsudskiego.
Świat, który widzieli nasi podróżnicy jest światem przeszłości. Jest to gościnna Arabia, dziwne Indie, i 'obrośnięty' Daleki Wschód'. Ale wszystko jak dla mnie napisane na kolanie, takimi fragmentami. Po przeczytaniu serii 'Naokoło Świata' od reportaży z podróży oczekuję więcej.
W tym wszystkim ciekawa jest relacja pomiędzy młodymi małżonkami. Taka podróż to sprawdzian dla związku, czy on nie wyrzuci jej z kosza, czy ona nie będzie zrzędzić. To tyle plusów. 
3 gwiazdki

środa, 20 maja 2015

Sándor Márai 'Sąd w Canudos'


Okładka książki Sąd w CanudosJest to moje pierwsze spotkanie z prozą tego węgierskiego pisarza.
Pierwsze, ale nie ostatnie. Książka jest niesamowita. Niby prosta historia, a ma się wrażenie obcowania z Wielką Literaturą.
Autor przedstawił historię z Brazylii, z Canudos, z końca XIX wieku, 5 października 1897 roku. Wcześniej, charyzmatyczny prorok, Antônio Doradca założył tam osadę dla wiernych, sektę, mówiąc wprost. Na tych fanatyków wysłano wojsko.
Narratorem jest skryba, który po 50 latach pisze o tym co widział wtedy, gdy pacyfikacja Canudos dobiegała końca.
Książka Sándora Márai jest w zasadzie opisem jednego dnia oraz retrospektywnych wspomnień na temat wydarzeń wcześniejszych.
Akcji jest mało, za to każde zdarzenie, każda postać, każdy przedmiot nabierają wymiaru symbolicznego. Książkę czyta się z drżeniem rąk i wykwitem na policzkach.
Uważam, że jest to parabola, przypowieść o całym naszym minionym XX wieku, ale i o wiekach wcześniejszych, o kolonializmie, który Europa zafundowała reszcie świata. O ideologiach i wojnach, o kobiecie i mężczyznach, o pięknie i brzydocie, sensie życia i śmierci.
Przy tej książce trudno jest w zasadzie opisywać słowami wrażenia. Jest to literatura niezwykła, którą trzeba poznać samemu.
Skupię się może na momentach, które mnie najbardziej poruszyły. Jest to scena, gdy w szopie wyłożono noże i inne narzędzia zarekwirowane po pacyfikacji Canudos, scenę z wyciąganiem głowy z rumu i scenę kąpieli kobiety.
Każda z tych scen to nie tylko kolejne epizody z Canudos, ale i wielkie metafory literackie. Mistrzostwem pisarstwa jest wszystko, każde zdanie. Pisarstwo Marai'a podoba mi się tak samo jak Myśliwskiego. Wyraża niewyrażalne, wyraża obawy i lęki świata, nasz europejski kryzys tożsamości. Bo taki, uważam, jest.
Mamy w tym tygodniu 21 rocznicę ludobójstwa w Rwandzie, więc ta książka jest trafnym podsumowaniem i wielkim ostrzeżeniem dla nas, ludzi.
Wynotowałam sobie na karteczce etapy odczłowieczania Canudos w książce:
Najpierw mamy więc opis suszy, głodu i pragnienia. Pozbawiania obu stron podstawowych potrzeb ludzkich: jest susza, brakuje wody, panuje coraz większy brud, smród i zapach krwi. Potem mamy opis nasilających się bestialstw żołnierzy:
s.25: "To już nie były działania wojenne, żadna konieczność wojskowa nie nakazywała, żeby ludzie posuwali się do takiej rzeźnickiej roboty. Raczej był to sposób spędzania czasu...".
s. 26: "Lecz przymykano oczy, bo uważano, że szeregowcy nudzą się, a coś trzeba robić… poza tym tutaj, na pustkowiach, pośród jam i pieczar Canudos, ludzkie życie i tak nie miało już żadnej wartości. O tej powtarzanej dzień za dniem obozowej rozrywce – o podobnym do sportu tępieniu ludzkich odpadków, co uszły z Canudos – wiedziano i po tamtej stronie, w tym błotnistym dole, jaki pozostał z Canudos. W jamach, wypełnionych rozpadającym się, gnijącym, zżeranym przez gangrenę ludzkim mięsem i odchodami, wciąż jeszcze żyło kilka setek buntowników, którzy teraz, w ostatnich godzinach, jakby zdziczeli od zapachu końca i porażki – od tej gorzko-trupiej woni śmierci, gęstymi woalami, podobnie jak poranne mgły u początku zimy, lgnącej ku twardej niczym kamień i spękanej ziemi. Ci maruderzy walczyli teraz podstępniej i okrutniej niż podczas miesięcy oblężenia, kiedy to na obu jeszcze liniach frontu widać było ślady jakiegoś wojskowego planowania. Najwyraźniej i po tamtej stronie, na froncie z gliny cały porządek uległ rozpadowi''
s. 27: 'staną się ofiarami „oczyszczania”: to było to cyniczne, fachowe słowo, którym nasi witali kościotrupie zjawy, chwiejnie wyłaniające się z jam Canudos'.
'„oczyszczanie” jest dla naszych jedynie żmudną robotą, wykonywaną bez specjalnego rozkazu z góry, za wiedzą przymykających oczy przełożonych. To wyrzynanie – bliskie pełnej nudy mitrędze – nie było już ani widowiskowe, ani ekscytujące. W miarę możliwości oficerowie nie pokazywali sprawozdawcom wojennym stosów kości. Lecz nawet bez pokazywania o tej ohydnej rozrywce wiedzieli wszyscy – wiedzieli w obozie, a także po przeciwnej stronie. Było to coś takiego, jakby jedni przeciw drugim walczyli już nie ludzie, ale zwierzęta z pustkowi, hieny i pumy'.
Narrator odnosi się do noży i innych narzędzi leżących na stole. Mówi, że było w nich 'coś ludzkiego', bo wymagały one walki wręcz, jednego człowieka na drugiego. I stawia to w opozycji do śmiercionośnej broni XX wieku. To zaś poszerza narrację z zasięgu brazylijskiego skryby ku widzącego Zimną Wojnę i tragedie wojny światowej człowieka, pisarza.

Wynotuję jeszcze raz wyrażenia odczłowieczające ofiary:
'maruderzy', 'porządek uległ rozpadowi', 'zwłoki', 'stos trupów', 'skóry wołu', 'oczyszczanie'.
Kluczowym i zmieniającym wszystko momentem jest kąpiel kobiety. Takie wciśnięcie pierwiastka żeńskiego w ten cały obłęd 'izmów'. Choć to nie zmieniło zakończenia. A może zmieniło? Może ukazało bezsens wojen i ideologii, które w imię ludzkości zapominają o człowieku?
Pokazują to słowa z końcowej części książki:
'Albowiem choć szaleństwo jest straszne, to jednak jest w nim coś ludzkiego, żywy Chaos. We wszystkim, co rozpoczęło się od momentu przybycia marszałka, nie było już nic ludzkiego, jedynie gorliwa krzątanina Systemu'.
10 gwiazdek

wtorek, 19 maja 2015

Marcin Wroński 'Kino Venus' i 'A na imię jej będzie Aniela'

Marcin Wroński 'Kino Venus'

Pierwszy z kryminałów, które dziś zaprezentuję to druga część kryminałów lubelskich Marcina Wrońskiego z Zygą Maciejewskim. 
Jest rok 1931, Lublin: pełen ludzi niepewnego prowadzenia się, brudu, smrodu i ubóstwa, przekupnych władz i mafii, zarabiających na czym się da. Zyga Maciejewski trafia do służby mundurowej w Lublinie i tu próbuje pracować swoimi niekonwencjonalnymi metodami. Sprawa zaczyna się od informacji o zaginięciu pod Warszawą Lilli Byoros, córki zamożnego handlarza. Niespodziewanie sprawa przechodzi do środowiska żydowskiej biedoty w Lublinie.... Okazuje się, że tylko niecodzienne metody Zygi, jego znajomość jidysz i dziwne znajomości 'na mieście' oraz negatywny stosunek do władz i elit pozwolą rozwikłać zagadkę. 
Obraz Lublina w książce nie jest różowy, nie wygląda jak film z Jadwigą Smosarską. Za to jest prawdziwy i oparty na rzetelnych badaniach historycznych....
Kino Venus
Okładka książki Kino Venus
Okładki książki
Okładka książki Kino Venus

Moja opinia z 6 maja 2014:
No więc przeczytałam wreszcie pierwszy z dwóch kryminałów Wrońskiego, prezenty gwiazdkowe. To jest dopiero trafny wybór, po prostu świetna książka.
Kryminał retro, jak to sam autor określił, zachwycił mnie. Akcja wciągająca, intryga trzymająca w napięciu, postacie napisane barwnie, Lublin - aż chce się wsiąść w busa i przemierzyć uliczki, a do tego problemy aktualne. Sam komisarz Maciejewski podbił moje serce, swoją niedoskonałością i zaangażowaniem w sprawy. Problem z szefem też znajomy.
Inną zaletą kryminału jest język. Barwny, zawierający zwroty w jidysz. Czytałam z ciekawością. Zauważyłam też ciekawą cechę języka autora: opisując postać stosuje porównania dostosowane do cech tej postaci.
Cudze chwalicie, swego nie znacie. Pan Wroński pisze o wiele lepiej niż Rowling i Larsen.
Że też wcześniej nie trafiłam na tego autora.

8 gwiazdek

Marcin Wroński 'A na imię jej będzie Aniela' 

"A na imię jej będzie Aniela' to część trzecia serii o komisarzu Maciejewskim. Znów sprawa dotyczy kobiet i dziwnych zabójstw popełnianych w imieniny Anieli 9 września. Zaczyna się w 1938 roku i popełniane jest co roku. Łatwo wyliczyć, że następne morderstwo popełniono już po wybuchu wojny, a następne w ogarniętym okupacją Lublinie, Lublinie, gdzie Niemcy utworzyli getto, gdzie jest Majdanek i gdzie na pewno jest o wiele więcej zmasowanych morderców niż ten ów dziwny zabójca kobiet. 
Najpierw mamy więc Kampanię Wrześniową. Wroński świetnie opisał bombardowania, panikę i chaotyczne działania ludzi i służb. Mamy poetę, który ginie w bombardowaniu miasta: pewnie odpowiednik literacki Józefa Czechowicza.
Potem Niemcy się rozgaszczają na Zamku Lubelskim i zaczyna się apokalipsa. Zyga zapisuje się do policji i ciągle szuka mordercy. Jeździ to tu to tam, zagląda do getta, wspomina o Majdanku, a nawet wtyka głowę do ... burdelu dla Niemców w getcie, prowadzonego przez Żyda, gdzie łamie się zasady czystości rasy aryjskiej..... (przepraszam za nazwanie tego wprost, ale elegancki lokal toto nie był).
U Wrońskiego nie ma póz, nie ma szufladkowania. Natomiast mamy nazwane czyny: zło jest złem, a ci, którzy z pozoru pracują dla Niemców, są przyzwoitsi niż Porządni Obywatele. Bo w książce to Porządna Obywatelka napisała donos do 'Szanownego Pana Giestapo'. Przełożony Zygi, Austriak, jest przyzwoitym człowiekiem, a pod płaszczykiem Walk Rasowych szumowiny prowadzą biznesy. Pokazuje to spraw domu publicznego w getcie. Autor ciągnie akcję aż do wkroczenia Rosjan, więc widzimy likwidację getta, kolejne dymy nad Majdankiem i smutny koniec wojny dla Zygi.
Akcja jest wartka, a dbałość o szczegóły świadczy o szacunku dla czytelnika. Widać wiele pracy włożonej w napisanie książki. 
Komisarz ma imię mojego Taty, więc już go lubię. Powiem, że przeczytałam "Kwestję krwi' więc wiem co będzie z Maciejewskim. I czekam na dalsze części! Apeluję o nie do autora.


Okładka książki A na imię jej będzie Aniela Okładka książki A na imię jej będzie Aniela


Moja opinia z 14 maja 2014:
Drugie spotkanie z kryminałem Wrońskiego i dawnym Lublinem przebiegło świetnie. Świetny kryminał, a przede wszystkim świat, który wciąga.
Na pewno przeczytam inne części historii Zygi Maciejewskiego.
Naszymi, polskimi kryminałami retro możemy się chwalić na świecie.
 
8 gwiazdek

poniedziałek, 18 maja 2015

Philip Marsden „Dom na Kresach. Powrót’. Powrót do Kresów Utraconych, czyli apokalipsa przeczuwana.

Okładka książki Dom na Kresach. PowrótPiękna, wzruszająca książka. Opisuje świat kresowy, którego już nie ma. Warte uwagi jest to, że autorem jest Anglik, przyjaciel Zofii Ilińskiej, jednej z bohaterek.
Mamy tutaj napisaną z rozmachem opowieść o życiu, o miłości, o ludziach i o życiu polskiego ziemiaństwa w majątku na Polesiu, ale i w Wilnie, Petersburgu.
Autor jako Anglik i piszący po angielsku, opisuje historię tego rejonu z dystansem, objaśnia wydarzenia historyczne i postacie historyczne, które dla polskiego czytelnika są oczywistością.
Perspektywa czasowa odbywa się na kilku obszarach: młodości Heleny, dzieciństwa Zofii, i przyjazdu do Mantuszek Zofii z Philipem po 60 latach, już za Białorusi.
Opisy przyrody często przeskakują z opisów ludzi na opisy przyrody i ziemi, która dojrzała. Przypomina to literaturę apokalipsy spełnionej, i współgra z wydarzeniami opisywanymi w powieści.
Autor ukazał świat ziemiaństwa kresowego, który żył w pełni, ale i w przeczuciu apokalipsy. Narrator wspomina o napiętych stosunkach z chłopami białoruskimi przez wiele lat przez rokiem 39. Z książki można wywnioskować, że Kresy to był świat, który musiał się skończyć, tak arkadia przeszłości. Przyjazd powtórny Zofii do Mantuszek uświadomił to, że tamtego świata już nie ma, ale i że należy pogrzebać zmarłych i uporządkować groby dosłownie i w przenośni.
Życie polskich kresowiaków wywołało nostalgię do przodków, chociaż nie wszyscyśmy wywiedli się z dworków, o czym czasami nie wspominamy. Ale ta bujna przyroda, ten świat w pełni, te historie o duchach, przeplatający się świat prawosławia i chrześcijaństwa, łowienie raków, to wszystko znam z opowieści tych, którzy ocaleli.
Jeszcze jedno wrażenie z książki: piękne listy miłosne Heleny i jej adoratorów, a potem męża. Niespotykane w dzisiejszych czasach.
Ja słuchałam książki w wykonaniu Krzysztofa Kołbasiuka, którego dźwięczne kresowe 'h' pasowało do opowieści. 
8 gwiazdek

niedziela, 17 maja 2015

Moja biografia czytelnicza....

Witam serdecznie moich czytelników!

Pomyślałam sobie, że wielu czytelników nie zna mnie ani osobiście, ani z lubimyczytać. Mamy niedzielę, przerwę w czytaniu, więc chciałam Wam opowiedzieć o sobie i wytłumaczyć kilka spraw, które mogą być różnie interpretowane. Wypowiadam się często na forach lc i czasami powstają nieporozumienia. 
A o sobie opowiadać lubię. Opowiem o tym jakim czytelnikiem jestem.

W poście o kryminałach Agathy Christie napisałam, że dzięki jej kryminałom 'wróciłam do czytania'.  
Chciałam wyjaśnić jak ja to rozumiem. 
Przez 'czytanie' rozumiem czytanie w każdej wolnej chwili, nawet po kilka książek tygodniowo. 
Takim czytelnikiem byłam od zawsze. W czasach licealnych, gdy moje rówieśniczki czytały poważne romanse, ja od etapu książek młodzieżowych, typu Siesicka, książek historycznych dla młodzieży, a wcześniej różnych bajek i wielkiej miłości do skandynawskiej literatury dziecięcej i książek typowo dziewczęcych, przeszłam w wieku nastoletnim do czytania sensacji i kryminałów. Po kilka tygodniowo.
Potem były studia i życie. Czytałam dużo, ale coraz więcej książek ważnych w literaturze światowej i polskiej, a coraz mniej zwykłej fabuły. I tak z okresu czytania bardzo dużo, przeszłam do czytania rzadkiego, konkretnych tytułów i tego, co udało mi się upolować. Bo nie kupuję dużo książek, a biblioteka, z której korzystałam zmieniła lokalizację na niekorzystną dla mnie. 
I to nazywam okresem nieczytania, czyli około 10 książek rocznie. To i tak więcej niż statystyczny Polak czyta rocznie, ale dla mnie było mało. Ale już wtedy odkryłam audiobooki. Wspaniały wynalazek! Koszę trawę i mogę słuchać. Czekam na autobus, i mogę słuchać. Siedzę na słońcu i mogę słuchać! Wyściskać wynalazcę książki słuchanej.
Potem, czyli jakieś 3 lata temu postanowiłam zrealizować pomysł przeczytania wreszcie całej Agathy Christie, po kolei. zajęło mi to całą wiosnę. Potem postanowiłam przeczytać wreszcie książki z półki, które kupowałam, z myślą, ze przeczytam. Naskładało się tego. I tak natknęłam się na 'Naokoło świata',potem wymyśliłam, że przeczytam cała Joannę Chmielewską. A potem kupiłam czytnik. No i czytam hurtowo, namiętnie i ogromnie dużo. 
Czytam papierowe, na czytniku i słucham. Raczej kieruję się tytułem albo autorem, a forma to tylko następstwo. 
Teraz znów czytam tyle co w dobrych czasach buntu i naporu. Kupiłam sobie wreszcie porządną lampę. Mam też umoszczony fotel do czytania i zestaw płyt do słuchania w tle. 
Mam swoje kręgi zainteresowań  i pytania, na kótre szukam w książkach odpowiedzi. Czytam więc różne rzeczy. Ale unikam niekórych: 
- romansów, 
- obciążających emocjonalnie historii z życia 
- obyczajówek, które są stekiem plotek, a nie nośnikiem nastrojów. 
Lubię tematykę:
- historyczną.
- podróżniczą,
- psychologiczną,
- przeczy o człowieku i dla człowieka. 
- klasykę literatury.
- poezję.

Jeszcze o jednej sprawie chciałam napisać. Chodzi mi o moje stanowisko na temat list 'książek, które człowiek musi w życiu przeczytać'. Wyraziłam raz swoje negatywne stanowisko na ten temat na forum lubimyczytać, ale zostałam kompletnie źle zrozumiana. Autorka forum odczytała to jako atak na swój gust literacki. Napisałam bowiem, że wiele książek z listy są banalne. 
No to wyjaśnię o co mi chodzi, bo w pyskówkach nie uczestniczę, i wówczas też nie odpowiedziałam. 
Napisałam, ze czytałam zawsze dużo, a czasami mniej, i książki kocham od zawsze. Ale przekonałam się, że w życiu zdarzają się chwile, któe pokazują nam, ze czytanie to wspaniałe, ale jednak hobby, tylko hobby. 
Poza tym, to że w pewnym wieku zachwyciłam się 'Trędowatą' czy 'Ptakami ciernistych krzewów" (bo o tę książkę wybuchła kłótnia), nie znaczy, że do końca życia będę czytać to samo. 
Więc listy i rankingi są bez sensu, według mnie. U jednego człowieka gust się zmienia, a co mówić o setce czy tysiącu?! 
 Czytałam jakiś czas temu książkę 'Książki i ludzie'. Różni wielcy ludzie - autorytety naszej kultury - opowiadali o swoich biblioteczkach. Jeden z rozmówców, przedwojenny bibliofil (zapomniałam kto, proszę wybaczyć), po tym jak w czasie okupacji stracił wszystkie woluminy, gdy przeszedł gehennę wojny, powiedział, że 3 książki są książkami ważnymi w życiu: Pismo Święte, 'Iliada' i 'Odyseja'. A reszta to marność. 
I coś w tym jest. Na szczęście nam dane jest żyć w pokoju.
Ale ważne jest też, żeby umieć po prostu usiąść z książką i zapomnieć o problemach, wyłączyć się. To jest ważna umiejętność. I nie zawsze nam się ona udaje. 
Czytałam raz w jakimś blogu. Pisała kobieta o swoim małżeństwie. Że podczas kłótni, gdy emocje dochodzą zenitu, ona wyciąga telefon i czyta książkę. A on 'wychodzi z siebie i staje obok'. Podziwiam tę panią. Ja nie potrafiłabym się skupić ani na jednej literce.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam.
Do robienia zdjęć swoich kilku półek z książkami jeszcze nie  dojrzałam wewnętrznie. Nie mam aż tylu książek, co niektórzy blogerzy. Ale te moje kocham bardzo. Czasami pożyczam, czasem oddaję książki. 
Chciałabym mieć własnego Pawła Jasienicę, kolekcję Myśliwskiego, książki historyczne i podróżnicze i serię Naokoło Świata. Ale nie mam. Posiadam na własność słowniki, albumy i encylkopedie. Lubię je i cenię na półce. 
Książkami nie da się nasycić. Zawsze jakąś chcemy dokupić.
Pozdrawiam
Renax

piątek, 15 maja 2015

Jolanta Maria Kaleta 'W cieniu Olbrzyma'


Opinia:
Okładka książki W cieniu OlbrzymaNa książkę trafiłam przypadkiem. Nie znałam tej autorki, ale zaciekawiła mnie okładka.
A otrzymałam świetną sensację osadzoną w realiach powojennych, w Jedlinie, tam gdzie wciąż historycy i poszukiwacze skarbów buszują wokół zbudowanego przez jeńców obozów kompleksu Riese (jak określał ro Bogusław Wołoszański w cyklu 'Skarby III Rzeszy') i Olbrzyma - jak przetłumaczyła na polski autorka.
Bohaterką jest kobieta, około trzydziestoletnia - Antonina, Polka, która po okrucieństwach wojny przyjechała w te Ziemie Odzyskane, aby znaleźć jakiś ślad po ojcu, o którym wiedziała, ze był więźniem Gross-Rossen. Dostaje pracę jako dyrektorka sierocińca w Jedlinie Zdrój, w pałacu pozostawionym przez opuszczających te ziemie Niemców i tu próbuje poskładać sobie życie. No i wypytuje o ojca. Spotyka dawną miłość, ale nie jest to takie proste... Bo te tereny to Dziki Zachód. Grasuje Werwolf, przyszły nowe władze, a starzy mieszkańcy znaleźli się w nowej sytuacji. Czy opowiedzą się za odchodzącymi Niemcami, czy za Polakami? Wszyscy są wykończeni wojną, każdy chce żyć.
Książka jest solidną dawką historii, ale i hipotez historycznych, ubranych w ciekawą akcję, pełną wrogów i sojuszników: protagonistów i antagonistów. Jak to się skończy, nie zdradzę Wam, ale czytałam z niepokojem o Antoninę, która na koniu jeździła a to do miasta, a to po okolicy. Miała piękne zielone oczy i postawę godną księżniczki. Źli chcieli ją zgwałcić, dobrzy ochronić, a starzy ludzie dostrzegli w niej osobę godną powierzenia jej tajemnic.
Sceneria książki jest iście filmowa - jak pamiętam ze 'Skarbów III Rzeszy'. Język i dialogi pisane językiem współczesnym, bez archaizacji. Ale w sumie to zrozumiałe, jeśli czytelnikami mają być zwykli czytelnicy, na przykład młodzi. Bohaterowie opowiadają o wojnie, o tym jak było, a Warszawie, w Poznaniu, w obozach, na ziemiach miejscowych, objętych zaciętymi walkami niemiecko-radzieckimi przecież, pokaleczonymi obrazami obozów, na które mieszkańcy musieli się natykać. Te nieliczne opowieści oddają grozę wojny, grozę tym bardziej straszną, gdy pokazaną przez pryzmat sensacji, thrillera z elementami tajemnicy, okultyzmu i perspektywy już powojennej, a jeszcze pełnej skutków okupacji.

To świetna książka z potencjałem na film.
Nie za długa, więc można śmiało poczytać.
6 gwiazdek

czwartek, 14 maja 2015

Camilla Läckberg 'Fabrykantka aniołków' - w cieniu przeszłości....


Opinia:
Okładka książki Fabrykantka aniołków I tym razem mi się spodobało. Kryminały Camilli Lackberg mnie po prostu wchłaniają. Siadam i czytam od deski do deski z przerwą na sen.
Część 8 to dla mnie część trzecia przeczytana. Przeskoczyłam kilka wydarzeń w życiu Ericki i Anny. Ale autorka zręcznie wplata wydarzenia w narrację, więc można się połapać w wątku osobistym. W ogóle para Ericka Patrick jest moim zdaniem jedną z najsympatyczniejszych par, jakie czytałam. Wspierający się, z poczuciem humoru, pełni pozytywnej energii. Nie sposób nie uśmiechnąć się czytając ich losy.
W wątku kryminalnym tym razem cofamy się daleko, aż do roku 1917. Czy wydarzenia z przeszłości kształtują teraźniejszość? Czy grzechy przodków wpływają na to kim jesteśmy? Czy można rozliczyć się z przeszłością i przebaczyć sobie? Oto są pytania, z którymi zmierzają się bohaterowie tej części, bardziej i mniej pierwszoplanowi. Bo bohaterów mamy kilkoro. Pojawia się wątek neofaszyzmu i skrajnej prawicy w polityce. Jeden z bohaterów jest szefem takiej partii i stopniowo zdobywa coraz większy poklask i poparcie. Jak to się dzieje? Przykrywa się postulaty złe, krzywdzące, a zastępuje się je populistyczną papką, że trzeba bronić kraju, że obcy atakują, że nam zagrażają... Że tylko MY ich uchronimy. Tak mówi ta partia. Ale co odkrywa Ericka? Że pod płaszczykiem 'ochrony' czai się dywersja, jak mawia znane z podręczników językoznawczych zdanie. Że taki neonacjonalizm to tak naprawdę odradzający się faszyzm, który w rękach szaleńca kończy się masakrą.
Jest to wątek w książce ciekawy, a zarazem bardzo aktualny, tym bardziej, że Europa i Polska włącznie muszą przetrawić to, że będziemy mieć społeczeństwa coraz bardziej zróżnicowane kulturowo.
W tym całym zamieszaniu mamy również wątek osobistej tragedii z przeszłości, z którą zmaga się małżeństwo. Jak się to skończy? A to już trzeba przeczytać.
W każdym razie akcja jest dynamiczna, niebanalna. Zapraszam.

środa, 13 maja 2015

Frances Mayes 'Pod słońcem Toskanii'

Recenzja książki w ramach projektu 'Kuchenne szaleństwo', wymyślonego przez Sylwię P z bloga (http://tu-sie-czyta.blogspot.com/2015/05/celuj-w-zdanie-moj-debiut-wyzwaniowy.html).
Powrócę do audiobooka, czytanego przez panią Danutę Stenkę. Bohaterką książki jest pisarka, która postanawia kupić stary dom w Toskanii. Tam zaczyna nowe życie. I cała książka jest o Toskanii, o remontowaniu domu, o wycieczkach toskańskich, o warzywach, jakie uprawia nasza bohaterka, o potrawach, jakie z tego przyrządza, czyli sałatkach z pomidorów i bazylii, deserach z arbuza i oliwek. 
Okładka książki Pod słońcem ToskaniiNie ma tutaj ociekającej sensacją akcji, ale mnie to się spodobało. Być może jest to kwestia sposobu przekazu tej książki. Tak się złożyło, że słuchałam jej wiosną, kosząc trawę i wygrzewając się pośród drzew. Jakoś mi to pasowało do klimatu książki. Stąd moje bardzo pozytywne skojarzenia. Książka poprawia humor, odpręża i aż namawia do pojechania i zobaczenia Toskanii. Ja uwielbiam pomidory z bazylią, więc nie nudziły mnie te przepisy, czytane aksamitnym głosem pani Stenki. 
Natomiast film, emitowany niedawno przez jedną ze stacji 'Pod słońcem Toskanii' był nudny jak flaki z olejem. Pewnie obnażył gołe fakty, to 'że król jest nagi'. Akcji zero, a to kupuje dom, a to je kolację, a to wyłania się jakiś amant. W zasadzie nie powiem więcej, bo przełączyłam na kanał o dziwnych strojach naszych celebrytów, bo było tam więcej napięcia niż w tym filmie.
Znalezione obrazy dla zapytania Pod słońcem Toskanii kadry z filmu Znalezione obrazy dla zapytania Pod słońcem Toskanii kadry z filmu
Kadry z filmu...
Znalezione obrazy dla zapytania Pod słońcem Toskanii kadry z filmu

Moja opinia z maja 2013 roku:
Okładka książki Pod słońcem ToskaniiPrzed przeczytaniem, a właściwie wysłuchaniem, tej książki, przeczytałam opinie innych użytkowników. Okazało się, że jest nieciekawa. Ale mi się spodobała. Nie wiem czy to zasługa tego, ze poznałam ją poprzez znakomitą interpretację pani Danuty Stenki, ale była to naprawdę pozytywna lektura, szczególnie teraz, gdy wiosna w pełni.
Nie ma tutaj artyzmu książki, ani metafizycznych odniesień, ale mamy tutaj do czynienia z urokiem Toskanii, który to urok przenika słuchacza w wersji elektronicznej książki. Pełno jest tutaj ziół, kwiatów i roślin, małych uliczek i grobowców etruskich, słyszymy 'alfę' mknącą przez Włochy i przenosimy się myślami do Włoch. W każdym razie ja poczułam Italię w tej książce. 

6 gwiazdek

 Celuj w zdanie

wtorek, 12 maja 2015

Camilla Läckberg "Kaznodzieja' - w świecie szwedzkich kryminałów....

Opinia:
Po sporej dawce książek poważnych postanowiłam zrobić sobie przerwę na małą dawkę kryminału. W tym celu sięgnęłam na swoją półkę i postanowiłam wreszcie przeczytać dwa kryminały Camilli Lackberg.
Przyznam szczerze, że zostałam uprzedzona do nich: że nudne, że bez talentu, że gorsze niż Mankella. Postanowiłam wyrobić sobie własną opinię.
No i przekonałam się. Książka tak mnie wciągnęła, że tylko resztką siły woli nie czytałam przez całą noc! W zeszłym roku wysłuchałam części pierwszej, więc zostałam wprowadzona w losy Eriki i jej siostry. Prawdę mówiąc, losy małżeństwa Anny i jej męża 'damskiego boksera' i manipulanta ciekawią mnie bardzo. Z oczekiwaniem będę czytać następne części. Taki kontrast osobowości, jaki mamy w przypadku Eriki i Anny jest bardzo prawdziwy. Są osoby o skłonności do autodestrukcji, sprowadzające na siebie kłopoty. Ten wątek mnie zaciekawił.
Tym razem mamy do czynienia ze sprawą rodzinną, ze szczątkami dwóch kobiet znalezionych pod zwłokami innej, zabitej niedawno.
Co zaciekawia w całej sprawie? Otóż napięcia pomiędzy członkami opisanej rodziny, ich stare grzechy i tajemnice, które wypływają z czasem.
Jako polonistka potrafię wyszczególnić powtarzalność schematu u autorki, ale ten cały warsztat pisarski nie przeszkadza mi w pasjonującym czytaniu książki. Jest tak, że akcja wciąga bez reszty.
Jest chyba bardziej kobieca niż u Stiega Larssona albo Mankella. Mniej mafii i spisków, ale za to więcej napięć psychologicznych, problemy rodzinne i tajemnice z przeszłości.
Ja to kupuję i dodałam autorkę do ulubionych.
Powiem więcej, te książki podobają mi się bardziej niż te Mankella.
Cała książka na temat spraw Eriki czy Anny nudziłaby. Ale takie przeplatanie z kryminałem jest ciekawe.
Czyli jak zwykle szwedzka autorka zapewnia akcję i napięcie.
Ja jestem na tak.
6 gwiazdek

poniedziałek, 11 maja 2015

Jerzy Markiewicz 'Paprocie zakwitły krwią partyzantów'

 Dzisiaj wspomnę książkę niezwykłą, która na mojej półce oczekiwała długie lata. Teraz jest 'w czytaniu', ale mam nadzieję, ze ją odzyskam....
Jest to publikacja historyczna, wydana w roku 1987 przez Wydawnictwo Lubelskie. Autor jest urodzonym w Biłgoraju profesorem doktorem habilitowanym, polskim prawnikiem, historykiem publicystą, żołnierzem AK. Znalezione obrazy dla zapytania Jerzy MarkiewiczNapisał kilkanaście książek o walkach w regionie Biłgoraja w czasie II wojny Światowej, o AK i BCh na Lubelszczyźnie:
  • Nie dali ziemi skąd ich ród, Lublin 1967;
  • Partyzancki kraj, Lublin 1980;
  • Paprocie zakwitły krwią partyzantów, Lublin 1987
  • O wielkich bitwach w Puszczy Solskiej w czerwcu 1944 roku, Warszawa 1962
  • Odpowiedzialność zbiorowa ludności polskiej powiatu biłgorajskiego podczas okupacji hitlerowskiej
  • Bataliony Chłopskie w obronie Zamojszczyzny
  • Bitwy pod Wojdą, Zaborecznem i Różą, 1957
  • Powstanie Zamojskie 1942–1943, Lublin 2004
  • Powiatowa Delegatura Rządu Rzeczypospolitej Polskiej w Biłgoraju 29 VII 1944 – 8 VIII 1944 r., Biłgoraj 2006.
  • Szkoły partyzanckiej walki. O szkoleniu wojskowym w Batalionach Chłopskich., Warszawa 1979 (praca habilitacyjna)
  • Przestępstwa przeciwko rodzinie w Kodeksie Karzącym Królestwa Polskiego z 1918 roku, Lublin 2006,
  • Znaczenie badań nad przysłowiami dla nauk społeczno–prawnych, Lublin 1956.
  • Dzieje Biłgoraja, Lublin 1985.
Jerzy Markowski zmarł 3 marca bieżącego roku w wieku lat 87. ( http://www.tygodnikzamojski.pl/artykul/58538/bilgoraj-nie-zyje-prof-jerzy-markiewicz-mial.html).
 Książka 'Paprocie zakwitły krwią partyzantów' dogłębnie analizuje wydarzenia z czerwca 1944 roku z Puszczy Solskiej i Lasów Janowskich. Akcja Niemców przeszłą do historii jako akcja Sturmwind II (niem. Wicher II) – niemiecka akcja przeciwpartyzancka przeprowadzona w dniach 16 - 25 czerwca 1944 w lasach Puszczy Solskiej. Przeprowadzono ją po fiasku operacji Sturmwind I w Lasach Janowskich (Sturmwind I ("Wicher I") – niemiecka operacja przeciwpartyzancka przeprowadzona w okresie 11-15 czerwca 1944 roku). Jej zasadniczym celem było zniszczenie niezwykle licznych na tym terenie polskich i sowieckich oddziałów partyzanckich, które paraliżowały niemiecką komunikację i niemalże całkowicie kontrolowały sytuację na terenie lasów, w takich miejscowościach jak Józefów Biłgorajski czy Aleksandrów.
OsuchyBitwa2009.JPG
Rekonstrukcja historyczna bitwy pod Osuchami w jej 65. rocznicę 28 czerwca 2009 r.
Egzekucja wziętych do niewoli partyzantów. Uroczysko Mariarze, 25 czerwca 1944
 Polecam również artykuły w Wikipedii: Bitwa pod Osuchami, Sturmwind I i Sturmwind II.
Walki te były bardzo zacięte, bardzo krwawe.Brały w nich udział wojska AK, BCh, AL, I Armii Wojska Polskiego i Armii Czerwonej.  Zakończone rzezią i zapędzeniem pozostałych żołnierzy i cywilów do obozów w Biłgoraju i Zwierzyńcu, a następnie do Majdanka i Bełżca.
Książka pokazuje ten tygiel, który rozgrywał się w przededniu 'wyzwolenia', ten 'mix' wojsk, w którym ginęli wszyscy równo: Polacy i Rosjanie. prof. Markiewicz zebrał nazwiska, miejsca, zdjęcia i oddziały. Książka podzielona jest na część 'narracyjną', indeks i fotografie. To co się wyłania, to masa poległych ludzi, w tym wielu Rosjan, którzy otrzymali rozkaz 'w pieriot' - nie cofać się. Zginęło ich tam wielu. Markiewicz pokazał trudność dowodzenia tą akcją przez AK: tak żeby odeprzeć Niemców, a jednocześnie oddalić się od osad ludzkich, w głąb puszczy. Jednocześnie obrona w głębi tej puszczy była utrudniona. Po wszystkim Niemcy spacyfikowali ludność cywilną.

Moja opinia z maja 2014 r:
Okładka książki Paprocie zakwitły krwią partyzantówŚwietna książka historyczna. Bardzo mnie poruszyła z kilku powodów. Po pierwsze są to dzieje Zamojszczyzny, wiele nazwisk kojarzę, tragedia Zamojszczyzny jest jeszcze żywa, choć umierają ostatni 'akowcy' i ostatni 'Dzieci Zamojszczyzny'.
Zaletą książki jest rzeczowość, skrupulatność - fakty, nazwiska, wspomnienia. Kopalnia wiedzy i ogrom pracy.
Po drugie jest to opowieść bardzo 'narracyjna', jeśli tak wolno mi powiedzieć o tak TRAUMATYCZNYCH I PRZERAŻAJĄCYCH WYDARZENIACH. Mamy tutaj zdarzenia w Puszczy Solskiej i Lasach Janowskich, wydarzenia obejmujące tydzień, i mamy tragicznego bohatera, mjra Kalinę (warto go 'wguglować'). Profesor opisuje kontrowersje na jego temat, bohaterstwo jego i innych żołnierzy, sanitariuszek i cywilów, podaje wszystkie za i przeciw w kontekście akcji 'Burza' i nacierających Rosjan. Tragedia Polski skumulowana w mojej Zamojszczyźnie. Przyznam się, że książka jest warta popularyzacji, bo o ile o wysiedleniach (tzw. Dzieciach Zamojszczyzny) uczyliśmy się w szkole, to o Powstaniu Zamojskim i atakach UPA i obronie ludności cywilnej przez BCH i AK, nie wiemy nic. Nie wiemy o istnieniu obozów w Biłgoraju,o oddziałach kałmuckich i Ukraińskich. O trudnych wyborach ludności. Tym tyglu narodowościowym, o którym, gdy się czyta z perspektywy, widać całą złożoność mojego regionu i wiele bohaterstwa. Może i tematy 'niepolityczne', ale tak było i TO wciąż tkwi w podświadomości narodowej.
Polecam więc książkę. Może zostanie wydana jako e-book, przez co więcej ludzi po nią sięgnie, tych zainteresowanych historią, których jest przecież dużo. Bo czy jest dostępna, nie wiem. Ja posiadam wersję papierową.
Po trzecie, autor 'dokopał się' do wspomnień, pamiętników i dowodów ekshumacji, przez co jak mógł to unaocznił dramat uczestników walk. Końcówka była przerażająca i wpadająca w pamięć. Skłoniła mnie do refleksji nad istota zła w człowieku i pokładów dobra. Tak np. scena, w której nagiego powstańca rozbestwiony Niemiec włóczy po okolicy, bije i poniża, po czym szczuje psem. Pies nie chce gryźć (I kto tu jest 'zezwierzęcony?), więc Niemiec bije psa... Po odejściu przełożonego, inny żołnierz niemiecki płacze nad powstańcem. Wiele dramatycznych wyborów opisuje - wpaść w ręce Niemców, czy wybrać śmierć? Niesamowita książka.
Na koniec, mam taką refleksję, ze historia opisana w książce i postać mjra Kaliny to świetny materiał na wspaniały film. W każdym razie, prof. Markiewicz napisał 'Paprocie...' tak, ze w myślach widziałam film i scenę końcową. A rzadko mi się to zdarza, bo raczej wolę książki, chyba że są to filmy wg A. Christie.
Polecam.
10 gwiazdek
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...