piątek, 8 stycznia 2016

Louis Armstrong 'Moje życie w Nowym Orleanie' - amerykański sen, który się ziścił.

Okładka książki Moje życie w Nowym OrleanieAutobiografia w oryginale nosi tytuł "Satchmo: My Life in New Orleans'. Pierwotnie wydano ją w 1954roku. Polskie tłumaczenie pochodzi z roku 1974 w tłumaczeniu Stefana Zondka przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne w ramach serii Pamiętniki muzyczne. Jest to niewielka objętościowo książka, bo licząca sobie 204 strony.

Książka od ponad roku była na mojej liście biografii do przeczytania. Bo lubię Armstronga. Ale w sumie to dobrze, ze tak długo czekałam na przeczytanie jej, bo tak się złożyło, że natrafiłam w telewizji na cykl dokumentalny Kena Burnsa o jazzie. Jeszcze dwa odcinki, ale to kopalnia wiedzy o korzeniach jazzu i mistrzach gatunku.
No i przeczytałam autobiografię Armstronga. To wspaniała książka i naprawdę budująca opowieść! Pieśniarz snuje opowieść o swoim dzieciństwie i młodości w Nowym Orleanie. O rodzicach, rodzinie, otoczeniu, o muzyce i biedzie.
Louis Armstrong miał w życiu naprawdę pod górkę. Miałby moralne prawo, żeby być złym na cały świat, a jednak w tym wszystkim zachował życzliwość i wykształcił w sobie wielkie pokłady miłosierdzia dla ludzi i bycia pomocnym. Po skończeniu tej książki zaczęłam czytać biografię Armstronga pisaną przez Colliera, i tam zaczęłam czytać o tym, że Armstrong tę swoją pomocność i życzliwość rozwinął do maksimum, że przez całe życie pomagał ludziom, że nawet był oszukiwany, że ludzie 'wciskali mu rzewne opowiastki', a on pomagał.

Wracając do opowieści Armstronga, to sam mówił o tym, że prawie do dorosłości nie miał butów, że ojciec go opuścił, że wychowywał się wokół domów publicznych, że musiał pracować, że był w domu poprawczym itd., że przecież doświadczył rasizmu. Ale w tym wszystkim godne podziwu jest to, że on nie walczy z warunkami, jakie dał mu los w sensie, jakim teraz widzimy to np. we fracuskich dzielnicach, zamieszkałych przez imigrantów, nie chciał 'wysadzać' Ameryki, ale chwycił się jedynej dostępnej dla niego możliwości rozwoju, czyli grania. Miał świetne słuch muzyczny i wiele wytrwałości. Do tego podbudowująca jest postawa matki Armstronga, też osoby, która miała bardzo ciężko i wzorem matki nie była, ale miała cechę, która nie podcięła synowi skrzydeł: wierzyła w jego talent.
W książce nie ma nic o wierze, o religii, ale według mnie jest to jedna z najpiękniejszych opowieści o istocie chrześcijaństwa, jaką czytałam. O tym, żeby być dobrym dla świata, żeby nie złorzeczyć na los, ale żeby powolutku, małymi kroczkami rozwijać w sobie talenty otrzymane od Boga.
Jeszcze o języku i stylu napisania. Jest ciekawy i barwny. Armstrong narrator wielokrotnie zwraca się bezpośrednio do czytelnika, mówi, że o tym opowie później albo podsumowuje pewne sprawy. Opowiada o świecie w sposób plastyczny i przytacza wiele anegdotek. Jego widzenie świata i ludzi jest konkretne, sensualne i plastyczne. Możemy wyobrazić sobie miejsca, ludzi, zapachy i odgłosy, muzykę i śpiewy.
Książkę bardzo polecam. Ja czytałam w akompaniamencie muzyki Armstronga, bo dwupak z jego piosenkami sobie kupiłam. 

Świetna jest część pierwsza, gdzie jest więcej swingu. Oto piosenka, jedna z piękniejszych na tej płycie: 


A na drugiej mamy piosenkę z podkładem rosyjskiej piosenki 'Oczi cziornyje':

To wspaniały głos i życiorys warty zgłębienia. Oddaje historię rasizmu w Ameryce i jest przykładem kariery typowo amerykańskiej. 
8 gwiazdek

6 komentarzy:

  1. Słucham czasami Armstronga, raczej jego fanką nie jestem. Nie wiedziałam, że jego przeszłość jest tak bolesna, jednocześnie ciekawa. Wydaje się niezłomny w swoim dążeniu do celu, to ciekawe i warte poznania, przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać, ze nie znałam historii Armstronga. Nabrałam ochoty, żeby lepiej poznać jego twórczość.

    OdpowiedzUsuń
  3. Głos niezapomniany ...,, rewelacyjny...
    Mam tę autobiografię w starym wydaniu...nawet zamieszczałam z niej coś wcześniej cytat, ale nigdy jej do końca nie przeczytałam.....zachęciłaś mnie do powrotu do niej....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ten o idiotach, którzy nie widzą żadnej strony danej sprawy? Bo zapamiętałam.

      Jutro napiszę recenzję biografii Armstronga. Bo dziś wreszcie skończyłam ją czytać.

      Usuń
  4. Dla mnie Armstrong to największy artysta XX wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też, choć i Elvisa uwielbiam, ale bez Armstronga nie byłoby Elvisa. Collier, autor biografii, jest tego samego zdania - że Armstrong był największy.

      Usuń

Dziękuję za komentarze. Będę usuwać komentarze rasistowskie i wulgarne.
Czytam wszystkie wasze opinie.
Proszę też anonimowych piszących o podpisanie się jakoś.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...