poniedziałek, 11 stycznia 2016

Wywiad z Robertem Nowakowskim, autorem 'Człowieka z sową'



          
        Zaraz po świętach opublikowałam recenzję świetnej, debiutanckiej książki Roberta Nowakowskiego pod tytułem 'Człowiek z sową'. Pamiętacie? Oto recenzja: http://literackie-zamieszanie.blogspot.com/2016/01/robert-nowakowski-czowiek-z-sowa.html. 

      Dziś mam przyjemność zamieścić wywiad z autorem. Jak zwykle, przeprowadziłam go drogą internetową, bo mieszkam na końcu Polski. Postanowiłam nie zadawać pytań uzupełniających. Zapraszam więc do czytania wywiadu i książki! 

     Jak długo pisał Pan ‘Człowieka z sową’?

Zacząłem pisać wiosną 2011 roku. Pierwszą wersję skończyłem w maju 2013. Potem od sierpnia do stycznia planowałem drugą wersję. Książka w ostatecznym kształcie powstała w ciągu dwóch miesięcy. Całość była gotowa w połowie marca 2014. Zanim ukazała się w druku, minął kolejny rok.
 
              Jako czytelnik mam prawo doszukiwać się nawiązań literackich, jakie tylko zapragnę, ale czy te,  których się doszukałam, czyli do Mistrza i Małgorzaty, do Carrolla (‘Kraina Chichów’), Pynchona, są zgodne z myślą autora?

„Mistrz i Małgorzata” to jedna z moich ukochanych książek. Mogła także przeniknąć do mojej powieści pośrednio, przez inspirację twórczością Rushdiego. On także nie ukrywał, że dzieło Bułhakowa było jednym z jego wzorców literackich.
Inaczej sprawa wygląda, jeżeli chodzi o Carrolla i Pynchona. Gdybym nawiązywał do ich twórczości, „Człowiek z sową” byłby zbyt szalony, aby znalazł wydawcę. I tak został okrojony z niektórych odważniejszych środków artystycznych.

          Czy lubi Pan postmodernistyczne powieści i czy napisanie takiej było Pana celem?

Nie miałem założenia typu: chcę napisać powieść postmodernistyczną. Nie lubię siadać do komputera z określonym założeniem dotyczących książki. Wydaje mi się jednak, że po prostu urodziłem się postmodernistą.„Człowiek z sową” spełnia bowiem każdą definicję postmodernistycznej książki, jaką stworzyła teoria literatury. Wręcz modelowo wpasowuje się w ten nurt. Wynika to jednak nie tyle z mojego celu, ale z mojego spojrzenia na literaturę. Chociażby z tego, że nie jestem miłośnikiem książek gatunkowych. Jakakolwiek zabawa konwencją i mieszanie gatunków, wprowadzanie absurdu, humoru i ironii jest w swojej istocie postmodernistyczne.
W odróżnieniu od niektórych klasyków postmodernizmu chciałem, aby moja książka była spójna. Na tyle, że redaktorka „Człowieka…”, pani Anna Seweryn stwierdziła, iż nie udało się jej znaleźć żadnych błędów w fabule, co podobno rzadko się jej zdarza. Dodatkowo starałem się, aby najdrobniejszy fakt historyczny znajdował potwierdzenie w literaturze przedmiotu, co także trochę wykracza poza typowe zasady postmodernizmu.
Autorzy tworzący książki postmodernistyczne często przekraczają pewną granicę, poza którą tekst staje się niestrawny lub jest akceptowalny tylko przez ograniczoną grupę odbiorców. W dodatku lubiących specyficzny rodzaj humoru lub określone postrzeganie świata przez autora. Chciałem tego uniknąć, chociaż wiem, że „Człowiek z sową” zdecydowanie nie jest książką dla wszystkich.

              Jakie książki lubi Pan czytać?

Lubię autorów mieszających gatunki literackie oraz fikcję z wydarzeniami realnymi.
Moi aktualni ulubieńcy: Zadie Smith, Jennifer Egan i Michael Chabon to przedstawiciele nowej fali postmodernizmu i ten nurt jest mi najbliższy.
Dodatkowo bez przerwy czytam książki Grahama Greene’a. To inna kategoria literatury, ale lubię jego ironię, subtelny humor i pisanie o poważnych sprawach w ramach lekkiej (chociaż nie zawsze) fabuły.

             I dlaczego w czasie pisania książki Pan schudł?

Mógłbym powiedzieć, że pisanie było przekleństwem (nie ze względu na opór materii pisarskiej, ale świata zewnętrznego, pracy itd.), próby znalezienia wydawcy piekłem, a schudłem ze stresu. To wszystko prawda, ale schudłem akurat dlatego, że coraz lepiej się odżywiam. Wiele lat temu byłem fanem słodyczy, teraz pieczywo Wasa (nie polecam) jest dla mnie słodkim ciasteczkiem. Śniadaniowym przysmakiem nazywam otręby owsiane zalane maślanką z dodatkiem truskawek lub malin (zimą wykorzystuję mrożonki). Więcej jabłek ode mnie jedzą tylko słonie w ogrodach zoologicznych.

         Jaki typ humoru lubi Pan i jakie ‘dowcipne’ książki poleciłby Pan czytelnikom?

Mój humor jest natury czesko-angielskiej. Nawet niektórzy entuzjastycznie nastawieni czytelnicy określali go jako niestrawny. Innym się jednak bardzo podobał. To chyba tak, jak z humorem Monty Pythona. Z tym trzeba się urodzić.
Jeżeli chodzi o „dowcipne” książki, nie jestem zwolennikiem czarnego lub zupełnie absurdalnego humoru (mój jest lekko absurdalny, chociaż według niektórych granicę pomiędzy lekko a zupełnie przekroczyłem).
Trudno mi polecić szczególnie zabawne książki. Wszyscy moi literaccy ulubieńcy znani są ze swojego humoru, bardziej subtelnego niż dosadnego. Żałuję tylko, że Zadie Smith gdzieś po drodze straciła swoją nieposkromioną radość życia, przynajmniej literacko.
Jedną z najzabawniejszych książek, jaką mam w zbiorach, jest zbiór korespondencji „Kochane Zwierzątka”: listy Zbigniewa Herberta do przyjaciół – Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich. Ale to jest perełka tylko dla miłośników Herberta.

      Czy chciałby Pan napisać bestsellerowy kryminał? Jeśli tak to jakie miasto wybrałby Pan na akcję? Lwów? A może Toruń? Kraków?

A który pisarz nie chciałby napisać co najmniej jednego popularnego bestsellera? No dobrze, są tacy. Ja jednak chciałbym. Obawiam się tylko, że nie byłbym w stanie zmusić się do napisania typowego kryminału. Od razu zboczyłbym w inne rejony literatury.
Jeżeli chodzi o miejsce, byłby to Toruń, bezwzględnie. Może z dodatkiem Krakowa. To dwa zupełnie magiczne miasta. Nie mówię o ludziach w nich mieszkających, ale o miastach jako miejscach. Wymyśliłem nawet zarys fabuły jakiś czas temu i zachowałem go gdzieś głęboko w pamięci. Może za kilka lat się uda.

        Jakie kino Pan lubi?

Nie jestem wielkim miłośnikiem kina. Wolę dawkować przyjemność i pobudzać wyobraźnię, a to dają tylko książki. Jeżeli już mam wymieniać jakieś ulubione kino, to najważniejsi byli dla mnie: Tarkowski i Bergman. Ostatnio ulubionym filmem są „Cudowni chłopcy”, ekranizacja powieści Chabona z Michaelem Douglasem grającym główną rolę pewnego pisarza. Oglądałem go już wiele razy. Jest to niepowtarzalne i ponadczasowe spojrzenie na pewien wycinek środowiska literackiego. Oczywiście, jaka to bywa z moimi gustami, niezgodny z niektórymi stereotypami.

       Czytając ‘Człowieka z sową’ miałam wrażenie, że jest to dyskusja z realistycznymi książkami o tych czasach w typie ‘Czas honoru’.  Jak to jest?

Oczywiście, że tak było. Obawiam się jednak, że mój głos nie ma żadnego znaczenia w tej dyskusji. Czytelnicy i widzowie lubią jednoznacznie pozytywnych lub negatywnych bohaterów, osadzonych w jasno określonej rzeczywistości, realistycznej i z góry zdefiniowanej dla wygody wszystkich, twórców i odbiorców. W Polsce spór został rozstrzygnięty jeszcze zanim się zaczął. Do mnie jednak takie traktowanie historii nie trafia. Cała historia jest pogrążona w szarości, z której nie powinniśmy wybierać sobie dowolnie tylko złych lub dobrych zdarzeń i osób. Może to powodować zafałszowania, które mogą wywrzeć trudny do przewidzenia skutek na przyszłość. Historia to kontinuum, a wszystko, co zdarzyło się w przeszłości, znajduje swoje odzwierciedlenie obecnie i będzie oddziaływać jeszcze długo.Z historią jest dokładnie tak, jak z życiem pojedynczego człowieka.

        Czy lubi Pan Trylogię?

Trudno chyba nie lubić Trylogii. Nawet, jeżeli traktujemy ją jako prawie całkowitą fikcję osadzoną w czasach historycznych. Jest to po prostu dobra literatura. A jeżeli nie ma w niej owej szarości, o której mowa powyżej – cóż, widocznie Sienkiewicz już dawno temu rozstrzygnął dyskusję o roli i sposobie pisania książek historycznych.

       Co będzie następne? Jaka książka?

Postanowiłem poddać się studiom nad techniką. Oznacza to, że zablokowałem swoją fantazję i humor, a pracuję nad solidnym rzemiosłem. Będzie to zwykła obyczajówka. No, może nie zwykła. Jedna z czytelniczek już określiła ją jako oryginalną. Mam nadzieję, że tak będzie w rzeczywistości. Niestety, moja żona stwierdziła, że nie będzie czytać żadnej szmiry i nie będzie mnie wspierać w czymś, co nie ma za grosz fantazji. Piszę więc tylko wtedy, kiedy wychodzi na spacer z psem, żeby nic nie widziała. Jest nawet jeszcze gorzej. Ostatnio wyrzuciłem do kosza 200 stron, bo uznałem, że jakość jest niezadowalająca. Zostałem z 50 stronami i pracę zaczynam prawie od początku.
Ale już ostrzę sobie zęby na trzecią powieść, której wstępny plan przygotowałem dawno temu. Połączenie doświadczeń z postmodernistycznych eksperymentów literackich i solidnie opanowanego rzemiosła może zaowocować naprawdę niezłą pozycją. Postaram się jednak nawet przy trzeciej książce powściągnąć swój humor i ciągoty do eksperymentów, żeby nie przerazić wydawców.

      Pracował Pan w korporacji. Czy tłamszenie indywidualności jest według Pana możliwe? I jak się nie dać?

Tłamszenie indywidualności to jedno z kluczowych doświadczeń człowieka jako istoty społecznej. Od urodzenia walczymy o wytyczenie granicy pomiędzy swobodą poglądów a próbami narzucenia przez innych swojego zdania. Tak dzieje się już w relacji dziecko-matka/ojciec. Szkoła to tragedia pod tym względem. Uczymy się rzeczy odgórnie wyznaczonych przez państwo, w określonym schemacie i systemie. Trochę wolności daje uniwersytet, ale to tylko chwila oddechu przed pracą. Korporacje to straszne miejsca pod tym względem. Praca w mniejszych firmach daje możliwość większej indywidualności, chociaż częściej można trafić na niezrównoważonego szefa, co może spowodować większe straty moralne niż praca w korporacji.
Często możemy powiedzieć „nie” (nie zostanę dzisiaj do dwudziestej albo nie przyjdę w weekend do pracy). Należy liczyć się z tym, że w dłuższej perspektywie zablokujemy sobie możliwość kariery, ale zyskamy trochę wolności. O dziwo, pod tym względem niektóre korporacje mają przewagę. W mniejszych firmach mówienie „nie” może spowodować, że stracimy pracę i już jej nie znajdziemy. Niektóre korporacje tego nie praktykują, przynajmniej w przypadku pracowników z pewnym doświadczeniem. Praca w korporacji często też daje prestiż, który można przełożyć na łatwość znalezienia innej pracy.
Nonkonformistyczne zachowania wobec współpracowników w pracy dają tylko pozorną wolność i lepiej powstrzymać swoje drugie ja przed taką autodestrukcją. Budowanie indywidualności wymaga wolnego czasu i najlepiej praktykować ją poza pracą. Oznacza to posiadanie osławionego i wyszydzanego drugiego życia.Ja przez lata wyrobiłem sobie nawyk ukrywania swoich dość licznych osobowości. Ostatnio jednemu z dobrych znajomych zdradziłem, że ukazała się moja książka. Odpowiedział: „zastanawiam się, czego jeszcze się o tobie dowiem. Może tego, że jesteś agentem ABW”. Kiedy opowiedziałem o tym żonie, odparła: „wcale bym się nie zdziwiła”.

Dziękuję za wywiad.

4 komentarze:

  1. Świetny wywiad. Interesujący i dla tych, którzy już znają "Człowieka z sową", i dla tych, którzy jeszcze książki nie czytali.
    Gratuluję i pozdrawiam:)
    allison

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę doczekać się kolejnej książki autora :) Świetny wywiad, celne pytania.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze. Będę usuwać komentarze rasistowskie i wulgarne.
Czytam wszystkie wasze opinie.
Proszę też anonimowych piszących o podpisanie się jakoś.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...