czwartek, 31 marca 2016

Leopold Tyrmand 'Tyrmand Warszawski'

RECENZJA PREMIEROWA

 Leopold Tyrmand dotychczas był dla mnie interesującym imieniem i nazwiskiem z Historii Literatury Polskiej czasów powojennych. Zamierzam czytać książkę 'Zły', więc z ochotą i radością dowiedziałam się o wydaniu jego felietonów powojennych przez wydawnictwo MG. Książka jest oczywiście pięknie wydana, liczy sobie 159 stron. Ukazała się 16 marca 2016 roku. Tekstów tych nie da się przeczytać na kolanie. Trzeba się skupić. Nie dlatego, żeby były one wyjątkowo skomplikowane, ale dlatego, iż napisane zostały starannym językiem. Trzeba się nim podelektować.
O Tyrmandzie wiem coś niecoś. Bardziej 'niecoś', niż 'coś'. Wiem, że podpadł władzy, pomimo że pisał dobrze i zadawałoby się, niepolitycznie. Tak. Władza nigdy nie lubiła talentów. Lepszy mierny, ale wierny. Tak było za cesarstwa rzymskiego (wybrałam szalonych cezarów, bo akurat czytam 'Szatę', i tak było za Stalina). Król Lir urągał wichrom i zdawało mi się, że są mu posłuszne. Taka jest władza. 

Felietony z niniejszego tomu pokazują, że Tyrmand miał talent pisarski, talent do zauważania nastrojów ulicy, że to był dobry felietonista. Jego teksty są teraz pamiątką historyczną nastrojów powojennych Polaków. Nie takich jak mówią podręczniki historii, ale takich jak to czuli ludzie wówczas.

Okładka przykładowa, zdjęcie: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/dlibra/doccontent?id=11957
Okładka przykładowa, zdjęcie: http://mbc.malopolska.pl/dlibra/docmetadata?id=3341&from=publication
Okładka przykładowa, zdjęcie: http://mbc.malopolska.pl/dlibra/docmetadata?id=58822&from=publication

Teksty z 'Tyrmanda Warszawskiego' to felietony z gazet powojennych. Pierwszy ma tytuł '...U mojego króla...' z 'Przekroju' z 1947. Jest jeszcze pełen nadziei i optymizmu. Podobnie 'Warszawa 48'też z 'Przekroju' z 1948. Następnie mamy tekst pt. 'Lessepers życzliwy Warszawie' z 'Tygodnika Powszechnego' z 1950, 'Nowe oblicze starek Warszawy'i 'Sacco di Varsavia' też z 'Tygodnika Powszechnego' z 1950, potem 'Atakuję Nowy Świat!' opublikowany w 'Stolicy' w 1950 i 'Tygodniku Powszechnym' w 1952, a następnie cykl artykułów 'Warszawa 50' publikowanych w 'Stolicy' w 1950 i cykl 'List z Warszawy' pod pseudonimem Jan Andrzej z 'Tygodnika Powszechnego' z 1951 roku.

W tych ostatnich, pod pseudonimem, najsmutniejsze jest to, że nie było w nich nic, co mogło nie podobać się władzy. Historia pokazała, że PRL padł, a Tyrmanda czytamy. W ogóle nawet czytelnik z antypodów, nieznający historii Polski, zauważy, że coś się musiało stać w 1948 roku, że Tyrmandowi nagle znika entuzjazm powojenny, że z pochwały 'wspólnej Polski' do której powinni wracać wszyscy, nagle zaczyna pisać nie o radosnej naprawie gruzów, ale coraz częściej pytać czytelników, gdzie podziewa się europejskość Warszawy, że stopniowo coraz więcej żalów i odgórnego planowania. 

Tyrmand w felietonach uchwycił rozmowy ulicy, uchwycił to, o czym rozmawiali przechodnie, uchwycił poszczególne etapy odbudowy, odradzania się miasta. Były lata 1947-1952 i jeszcze było oczywiste dla Tyrmanda, ze Warszawa jest stolicą europejską, że mieszkańcy wychowani zostali w kulturze zachodnioeuropejskiej, co było widoczne we wzorcach architektonicznych, ale i w takich drobnych sprawach jak wybór mebli. I mi, czytelniczce urodzonej w 1979 roku i pamiętających lat 80-te, a potem 90-te, smutne było to, jaki regres zrobiła Polska. Po 50 lat od 'wyzwolenia' i od pisania tych tekstów, na ludzi było oczywiste, że nic poza takie same meble nie jest dostępne, że klitka jest szczytem marzeń, że Europę znaliśmy z bazarowych reklamówek i gum turbo oraz filmu 'Policjanci z Miami'. A czy pamiętamy dramatyczne apele świętego Jana Pawła II, żeby Polska 'wróciła do Europy'? Przypominające światu i Polakom, że jesteśmy krajem środkowoeuropejskim, a nie przyczółkiem Rosji? I że mamy moralne prawo do bycia członkiem Unii Europejskiej? Widać to w książkach 'Pamięć i tożsamość' czy 'Przekroczyć próg nadziei'. Młode pokolenie o tym nie wie, że nie bylibyśmy członkiem Unii, gdyby nie apel Papieża na parę dni przed referendum unijnym. Nie wiedzą, jak to jest, czuć się jak ubogi krewny, gdy się stanie na lotnisku. Mamy strefę Schengen i jest to dla nas oczywiste. Idzie młodzianin na studia i wie, że na praktyki pojedzie do Londynu, a na wymianę do Włoch. A jeszcze za moich czasów (a jeszcze nie osiwiałam!), było to marzenie. Erazmus był marzeniem nie dla każdego. Poza średnią 5,0, trzeba było zaświadczenie z banku, że student ma po co wracać. Poniżające? Tak było. A teraz nie doceniamy tego co jest. Zdaje nam się, że przejazd autostradą do Berlina na lotnisko, bo tak szybciej, niż do Warszawy bez zatrzymywania się na granicy jest oczywisty.... Dla Tyrmanda kontakt z Europą też był jeszcze oczywisty. Sam wspomina jeszcze czasy sprzed 12 lat, sprzed wojny. Po wielu latach nic nie było oczywiste, jak wtedy, gdy Tyrmand pisał te felietony. Dziesięciolecia PRLU u z tej 'Warszawy nadziei', została Warszawa z Alternetyw 4.
Dla młodego pokolenia, lata 1947-1952 to czas żołnierzy wyklętych. Pewnie tak. Ale wtedy Warszawa żyła nadzieją, i żyła odbudową stolicy. Cała Polska wpłacała na odbudowę Zamku Królewskiego. I to jest w tych felietonach....Taką rubrykę prowadził w gazetach Leopold Tyrmand. I pisał ją wzorcowo! To świetne reportaże.
Przepraszam, że tak odbiegłam od tematu, ale do tych refleksji skłoniła mnie ta książka. Czytałam ją rano w Wielki Piątek i prawdę mówiąc, po jej przeczytaniu zachciało mi się płakać nad Polską, nad tym jak łatwo zniszczyć dorobek pokoleń....
Polecam
8 gwiazdek  

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG

 Wydawnictwo MG

środa, 30 marca 2016

Zośka Papużanka 'On' - matka i dziecko. O Śpiku i reszcie świata

'Śpik też jest beznadziejnym bohaterem literackim. Nie nadaje się zupełnie do tej roli, trudno sobie wyobrazić, że można by o Śpiku napisać albo się utożsamić'.
 Zośka Papużanka 'On', str.144


RECENZJA PREMIEROWA

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, gdy tylko przeczytałam jej recenzję na jakimś blogu. Chciałam bardzo poznać świat wewnętrzny kobiety, której urodziło się dziecko nie takie jakiego każda matka oczekuje, żyjące w swoim świecie, niedostosowane, niepełnosprawne umysłowo, ale i niezborne fizycznie.
Książka ukazała się 16 marca 2016 roku w wydawnictwie Znak Literanova w ramach serii Proza.pl, w której między innymi wydano, moim zdaniem świetną, książkę Magdaleny Tulli 'Szum'. 

Zdawałoby się, że książka o macierzyństwie będzie książką słabszą artystycznie, ewentualnie napisaną łzawym językiem, który by bazował na emocjach czytelników. NIC PODOBNEGO! 'On' to proza bardzo dobra artystycznie, zawierająca wiele odnośników i dodatkowych treści.
Autorka, źródło zdjęcia: wydawnictwo

Zacznę jednak od napisania kilku słów o autorce. Oto garść materiałów, które cytuję za wydawnictwem: Urodzona w  1978 roku. Ukończyła teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim; obroniła doktorat o recepcji sztuk Federica Garcíi Lorki w polskich teatrach, uczy języka polskiego w bardzo dobrej szkole. Pisze. Czyta. Lista jej ulubionych pisarzy jest długa, na czele niezmiennie jednak Vladimir Nabokov.

W 2012 roku wydała pierwszą powieść Szopka, która zyskała duży aplauz wśród krytyków literackich, popularność wśród czytelników i przyniosła Autorce nominacje do NIKE i Paszportu Polityki. On jest jej drugą książką.  Mieszka w  Krakowie z  mężem i  dwoma synami. Pisze piórem. Nie ma ani jednej pary czarnych butów. Lubi jeździć po świecie. Lubi malarstwo, wino i ludzi. Nie lubi cyrku, mebli obitych skórą i ludzi. Zbiera kolczyki. Chciałaby mieć dom z ogrodem i koło garncarskie. Sadzenie drzew i lepienie garnków uważa
za ważniejsze od pisania książek.
(Podkreślmy fakt, że pani Papużanka jest matką dwóch synów, że uczy w szkole polskiego i że zna szkołę z późnego peerelu (jestem o rok młodsza, więc znam ją również). Te trzy fakty są istotne w książce 'On'

Narracja jest wewnętrzna. Na początku z punktu widzenia matki, a potem tak jakby z punktu widzenia rówieśniczki Śpika, ale to nie jest powiedziane. Jest powiedziane, że to narracja żeńskoosobowa. Jest Śpik kontra reszta świata. Śpik żyje według własnych reguł, żyje w swoim świecie. Zdawałoby się, że jego świat jest godny współczucia, ale gdy tak się przyglądamy bliżej, widzimy, że to reszta świata jest godna współczucia. Że Śpik zachował to, co tracimy my wszyscy w toku socjalizacji: autentyczność. Śpik nie ma oczekiwań. On przyjmuje świat taki, jakim on jest, ma jedną umiejętność i jej się trzyma. Kocha matkę i to się nie zmienia. W toku książki jest powiedziane, matka to mówi, że życie Śpika jest jednym wielkim trwaniem.
Śpik nie ulega doktrynom, ideałom, ani zmianom ustrojowym. Dla Śpika Lenin to buty, kościół to budynek i ksiądz, jedynie tramwaje trwają.
Śpik boi się, że mu umrze matka, boi się, gdy ucieka mu pies. Śpij jest czystym dobrem.
Gdy starszy brat Śpika odchodzi w dorosłość, to on zostaje z matką.

W toku książki wielokrotnie mamy odniesienia do Wielkiego Motorniczego Świata. Matka Śpika tyle razy zadaje to pytanie, że i ja zaczęłam nad tym myśleć. Zdawałoby się, że ON się pomylił, że popełnił błąd. Ale gdy poznałam życie tej matki do końca, doszłam do wniosku, że Śpik był Darem Boga dla tej kobiety, która musiała się nim opiekować, musiała być silna, nawet, gdy mąż wyjechał, nawet gdy jej małżeństwo przeżyło kłopoty....

Poza tym, cała szkolna edukacja Śpika odnosi nas do różnych ideologii, do martyrologii i innych izmów. I widać jak inaczej odbiera to Śpik. Mianowicie widzi tylko to co jest, czyli na przykład pana z kołnierzykiem.

Śpik jest moją ulubioną postacią literacką, obok Jakuba Wędrowycza. Przeczytawszy książkę, przypomniałam sobie wiersz księdza Twardowskiego o szkole specjalnej. Śpik jest chyba ukochanym dzieckiem Wielkiego Motorniczego, jest puzzlem, jakiego światu brakuje....

Dodam od siebie, że nie mam jeszcze dzieci, ale pamiętam z pracy w szkole, że najbardziej lubiłam obserwować uczniów z niepełnosprawnością umysłową. Dlatego, że ich nie dało się oszukać. Gdy działy się różne złe rzeczy to chyba tylko one zachowały właściwe odnośniki: ten jest dobry, a tamten zły - mówiły - bo ten daje mi rzeczy i się uśmiecha, a tamten ciągle warczy.

Wielkim dodatkowym tematem książki 'On' jest peerel i szkoła oraz środowisko z lat 80-tych. Jestem dzieckiem tamtych czasów i pamiętam te wszystkie relaxy i 'ruską' grę w łapanie jajek. Nawet ją ostatnio szukałam, żeby kupić.... Książka dała mi więc okazję, żeby powspominać to wszystko. Przypomniało mi to, że to nieprawda, że były tylko jednakowe relaxy! Bo ja miałam inne. Mama mi kupiła, bo uważała, że unifikacja jest zła. Książka stała się przyczynkiem do rozmowy z rodziną o tamtych czasach.....

Kolejnym motywem w książce jest LITERATURA. Co powinno być jej tematem? Czy świat z całym jego zróżnicowaniem? Papużanka pokazała, że można pokazać jedno dziecko i że w tym dziecku zawiera się cały świat.
Wydaje mi się, że to jest przesłanie chrześcijaństwa....


Książka bardzo dobra, znakomicie napisana, bardzo mądra i głęboka.

10 gwiazdek
Za książkę elektroniczną dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

Znak literanova

wtorek, 29 marca 2016

Wywiad z Janiną Lesiak, autorką ‘Wspomnienia o Cecylii, smutnej królowej’


http://smart.aanomaly.net/wp-content/uploads/2016/01/lesia.jpgPani Janina Lesiak jest autorką książki 'Wspomnienie o Cecylii, smutnej królowej', która ukazała się niedawno w wydawnictwie MG. Oto recenzja:
Mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam wywiad z Autorką, który przeprowadziłam przez Internet. Zapraszam:
Książka ‘Wspomnienie o Cecylii, smutnej królowej’ jest Pani pierwszą książką. Skąd ten pomysł na taki debiut? Pytam, bo to dosyć niecodzienny pomysł, dosyć nowatorski. Wydaje mi się, ze o polskich królowych w kontekście feministycznym nikt nie pisał. Czy to prawda?

 Ja się urodziłam w pierwszej połowie ubiegłego stulecia, kiedy słuchało się radia nadającego słuchowiska dla dzieci. Z takiego radia mrugającego zielonym oczkiem przyszła moja bohaterka...Radiowy Teatr dla Dzieci nadawał jakąś historyczną opowieść o budowaniu polskiej floty. Mgliście pamiętam, że okrętowi nadawano imię królowej: Cecylia Renata...jak to brzmiało! Pojęcia nie miałam, kiedy żyła, kim była, jak potoczyły się jej dalsze losy, ale imię zostało. Było we mnie przez sześćdziesiąt lat. Musiałam o niej napisać! To trochę jak z fragmentem piosenki; męczy cię, nie opuszcza, wraca, dopóki się nie nauczysz słów i melodii i wreszcie nie zaśpiewasz. Więc zaśpiewałam...
Czy  planuje Pani następne części? Nadal będą to cienkie objętościowo książki czy coś wielotomowego?

 Pod koniec sierpnia ukaże się moja następna książka: 'Miłosna kareta Anny J.'
Ostatnia z rodu Jagiellonów opowie o czterech królach swego serca. Jej też życzę: idź kochana w świat i pokaż na co cię stać. Jestem po twojej stronie, więc jak u Norwida „(...) nie stargam cię, nie, ja – uwydatnię (...)” Trzecia bohaterka dopiero się wysuwa z mroku średniowiecza. Zobaczymy, co mi zechce o sobie powiedzieć?

Czekam więc z niecierpliwością.... Uwielbiam Annę Jagiellonkę.

Jaką postać historyczną lubi Pani najbardziej?

 Staję po stronie cichych, mądrych, dobrych kobiet. Tyle ich było...Każda inna, a prawie wszystkie zapomniane. Więc je trochę wyciągam z mroku, bo świat potrzebuje takich istot. Warto się im przyjrzeć i poznać, jak sobie radziły takie kruche, delikatne i niestety – niekochane. Cały czas mam wrażenie, że się do mnie uśmiechają i mówią: żyłyśmy bez miłości, może nas teraz ktoś, chociaż polubi?


Teraz panuje moda na Tudorów albo na caryce Rosji. Ma tam Pani swoje ulubione postacie czy jednak woli Pani polskie postacie historyczne?

 Zbyt mało wiem o tamtych władczyniach. Nie odważyłabym się ich niepokoić.

W książce bardzo mocno zaakcentowano frustrację kobiety. Skojarzyło mi się to z powieściami Margaret Atwood, a szczególnie z ‘Penelopiadą’. Czy lubi Pani powieści feministyczne? Jakie książki Pani czyta?

 Ze wstydem przyznaję, że nie znam tej książki. Poprawię się na pewno. Wybieram i czytam książki prosto mówiące o zwyczajnych sprawach. Mam na myśli: miłość, nienawiść, wojnę, zdradę, pychę i tak dalej i tak dalej...To wszystko są naprawdę sprawy zwyczajne i proste, jak wszystko, co nas ludzi dotyczy. Im dłużej żyję, tym bardziej się o tym przekonuję.

Jaki okres z historii był najlepszy dla kobiet?

Myślę, że każdy był trudny. Bycie kobietą, to czasami zadanie ponad ludzkie siły. Nie wiem, jak my to wytrzymujemy?

Jak się Pani relaksuje?

 Odpoczywam też zwyczajnie. Kocham las, ale mam coraz mniej siły na bardzo dalekie spacery...To był kiedyś najlepszy wypoczynek. Szczerze powiedziawszy niewiele potrzebuję; byle by nie było tłoku i hałasu, to mnie męczy.

Jakie są Pani zainteresowania?

 Życie mnie interesuje. Jak to jest, że jesteśmy, dlaczego właśnie tacy, skąd i dokąd idziemy, czy mamy jakieś zadania do spełnienia i jak je rozpoznać, jak nie krzywdzić innych, nie zazdrościć, nie wpadać we wściekłość, kiedy nas ktoś wkurzy...To są ciekawe sprawy.

Co Pani sądzi na temat spadku czytelnictwa w Polsce?

 Ludzie są wygodni i coraz mniej pewni siebie. Wolą obrazki i cudzą wyobraźnię, sobie nie wierzą, szybko się męczą, nudzą, złoszczą. Dlatego mieszkania są wszystkie jak z katalogu mieszkaniowego, piękne dziewczyny jak klony samych siebie, mężczyźni spod jednej sztancy...Nawet ogrody zaczynają być jednakowe, chociaż przyroda się jeszcze broni. Książka to wysiłek...Trzeba czytać, myśleć, czasami czegoś poszukać, bo nie wszystko jest od razu jasne. Na szczęście zawsze będą ci, którzy czytają. Mam nadzieję.

Lubi Pani nowe technologie w książkach? Myślę o ebookach albo audiobookach.

 Ja kocham książki papierowe, ale wszystko, co ludziom służy jest dobre. Więc popieram.

Wielu pisarzy prowadzi swoje blogi. Przykładem jest blog pani Magdaleny Kordel. Wiele czytelniczek i czytelników w ten sposób czuje się bliżej swojego ulubionego pisarza. Co Pani sądzi?

 Nie mam bloga. Swoje drobiazgi, jakie nazwałam „Obrazki ze złotka”  zamieszczam na fb. Takie pisanie po prostu...
  
Czy Internet i szybszy obieg książek wpływa pozytywnie czy negatywnie na czytelnictwo? 
Zdecydowanie pozytywnie. Wszystko, co ułatwia komunikację międzyludzką oceniam pozytywnie. I cieszę się, że żyję w takich ciekawych czasach. 

Czy chciałaby Pani napisać książkę współczesną? 

Myślałam o tym, ale ja widzę współczesny świat oczami starszej pani, więc to chyba nie byłoby ciekawe? Ale, kto wie?... 

Czy wydanie książki uszczęśliwiło Panią? Czy było to spełnienie marzeń?

 Zdumiało, uszczęśliwiło i pomogło się wyprostować. Dokładnie taka kolejność.

Napisała mi Pani prywatnie, że posiada trzy psy: Manię, Tupcia i Stanisława.  Woli Pani psy czy koty?

Jeśli chodzi o psy i koty, to ja lubię je jednakowo, tyle, że moje psy nie bardzo kochają koty, więc koty są dochodzące. W moim życiu blisko były jedne i drugie, jednakowo kochane...mam nadzieję, że gdzieś tam na mnie czekają.
            Zakończę pytaniem banalnym. Co albo kogo zabrałaby Pani na bezludną wyspę?  

         Jak bezludna, to bezludna. Lubię samotność. Taki trochę dziwak ze mnie. Poza tym każdy   człowiek ma coś w rodzaju bezludnej wyspy: w łazience, sypialni po kołdrą, samochodzie, na działce, no, jednym słowem tam, gdzie ucieka przed światem. Tam inni ludzie nie są potrzebni, nawet najżyczliwsi...Więc byłaby wyspa, morze, niebo i ja. Wystarczy.

Bardzo dziękuję za rozmowę. 

poniedziałek, 28 marca 2016

Janina Lesiak 'Jak Gucio i Franciszek nauczyli się przyjaźni' - bajka zwierzęca. Premiera na moim blogu

Przedstawiam Wam bajkę, autorstwa pani Janiny Lesiak, autorki 'Wspomnienia o Cecylii, smutnej królowej'. Mam nadzieję, że bajka oczaruje Was tak jak mnie:

 Oto ona. Zdjęcia są mojego autorstwa. W roli Gucia obsadziłam mojego ukochanego psa Bąbla, a w kota Franciszka wcielił się mój kotek Myszka.

 Janina Lesiak 'Jak Gucio i Franciszek nauczyli się przyjaźni'
Znalezione obrazy dla zapytania janina lesiak
autorka
      Było sobie miasteczko ukryte wśród lasów i jezior. Nad miasteczkiem wznosiła się wieża starego zamku, a przy wąskich uliczkach brukowanych kostką  z wypalanej cegły stały domki kryte czerwoną dachówką. W ogrodach kwitły różowe malwy i niebieskie szafirki, albo fioletowe i białe astry, hiacynty i konwalie, pnące amarantowe róże i głogi obsypane koralami.

W ogrodach kwitły różowe malwy...

       Każda pora roku rozpościerała pod oknami domków kolorowe dywaniki...nawet jesienią było tam złoto i pomarańczowo, bo jesień taka jest: pomarańczowa i złota.
Każda pora roku rozpościerała pod oknami domków kolorowe dywaniki...
 
Natomiast zima zamieniała zieloną trawę w białe, puchate futerko, błyszczące i migocące, jak najpiękniejsze kolczyki mamy, bo to nieprawda, że śnieg jest biały! Każde dziecko wie, że śnieg w słońcu mieni się wszystkimi kolorami tęczy!

Natomiast zima zamieniała zieloną trawę w białe, puchate futerko, błyszczące i migocące, jak najpiękniejsze kolczyki mamy, bo to nieprawda, że śnieg jest biały! Każde dziecko wie, że śnieg w słońcu mieni się wszystkimi kolorami tęczy!
        W ogrodach rosły jabłonie i śliwy. Nad ich kwiatami i owocami fruwały trzmiele, motyle i pszczoły.


Nad ich kwiatami i owocami fruwały trzmiele, motyle i pszczoły...
 W wilgotnych paprociach chowały się zielone żaby, a po trawie wolno wędrowały ślimaki. Kiedy je coś wystraszyło, chowały się w swoich domkach i nie pomagała wtedy żadna prośba, nawet ta: ślimak, ślimak pokaż rogi...

       Za miasteczkiem rósł ciemnozielony las pełen grzybów, jagód i słodkich poziomek. W gorące dni, po korze rudych sosen płynęła żywica podobna do miodu...Las śpiewał głosami ptaków, szumiał wiatrem i wodą  leśnych strumyków, buczał jak kosmate chrabąszcze albo bąki i oddychał wonnym, czystym powietrzem. Pod bukami, sosnami, brzozami o białych pniach leżał mech i kwitły liliowe wrzosy, skromne, drobne kwiatki przyczepione do sztywnych gałązek i zapowiadające, jaka będzie zima danego roku?
- Zobaczcie, jakie bujne wrzosy, ile nad nimi pszczół! - mówili ludzie – Oj, przyjdą chyba ostre mrozy i to wcześniej, niż zwykle! Wrzos, to najlepszy pogodynek! Każdy, kto choć raz był w takim lesie wie, że jest to najpiękniejsze miejsce na świecie!
         
Blisko lasu, w chatce ze szpiczastym dachem i zielonymi okiennicami mieszkali: Babcia, Dziadek, kot Franciszek i szczeniak Gucio. Kot był duży i bardzo mądry. Miał tak błyszczące futro, jakby je ktoś wysmarował czarnym lakierem, a potem jeszcze długo polerował miękką szmatką, żeby świeciło i strzelało iskrami, przy każdym dotknięciu. Chodził cicho i miękko na swych ostrożnych łapkach, mrużył okrągłe złote oczy z dziwnymi źrenicami podobnymi do pionowych, czarnych kresek, wyginał grzbiet, jakby wcale nie miał kości. Zręcznie i lekko skakał z parapetu na stół, ze stołu na szafkę, a, kiedy już się tak naskakał i nachodził, wylizywał do czysta miseczkę z pysznym jedzeniem i drzemał na poduszce umieszczonej  w szufladzie wysokiej komody.
Blisko lasu, w chatce ze szpiczastym dachem i zielonymi okiennicami mieszkali: Babcia, Dziadek, kot Franciszek i szczeniak Gucio....
        W całym domku słychać było wtedy mruczenie, bo Franciszek uwielbiał być najedzony i wypoczęty, więc swoim mmrrrr, mrrruuuu, mmmrrry oznajmiał, że podoba mu się tak leżeć i słodko leniuchować, więc grzecznie prosi, żeby nikt nie odważył się mu przeszkadzać!
podoba mu się tak leżeć i słodko leniuchować, więc grzecznie prosi, żeby nikt nie odważył się mu przeszkadzać!
   -To moje miejsce. Nie mam zamiaru nikogo tu wpuszczać...lubię się zwijać w kłębek i rozkładać jak długi, kiedy mi przyjdzie na to ochota. Niech się nikomu nie wydaje, że można mnie stąd wygonić. Jestem delikatny i nie lubię się awanturować ani przemęczać, ale umiem pacnąć łapą, kiedy trzeba! Popatrzcie na mój ogon; jeśli jego koniuszkiem kręcę kółka, to znaczy, że jestem bardzo zły. Wąsy też potrafię nastroszyć jak Dziadek, kiedy ma kiepski humor. A, kiedy głośno prychnę, omijajcie mnie z daleka!
      Niestety, małe szczeniaczki nie rozumieją kociego języka, więc tłusty, jamniczy Gucio o sierści rudej jak wiewiórka i bystrych ślepkach z niebieską mgiełką  podrygiwał na krótkich łapkach próbując się dostać do Franciszka i skubnąć jego ucho albo koniec ogona.
       Gucio był jeszcze malutki, niezdarny, bez przerwy się potykał i przewracał, ale miał uparty i ciekawski charakter, oraz, z niczego łatwo nie rezygnował. Podskakiwał, piszczał, zaczepiał się ostrymi pazurkami o drewniany blat, chwilę tak wisiał pokazując różowy brzuszek, ale zaraz spadał jak kluska, po czym piszcząc rozpaczliwie zaczynał wspinaczkę, od początku! Raz nawet udało mu się wleźć na kanapę! Stamtąd już prawie dosięgał franciszkowej poduchy, ale nagle poczuł mocne szturchnięcie i sprężysta łapa Franciszka zmiotła go jak piórko. Grubiutki Gucio leżał na podłodze i wniebogłosy płakał.
       Długo i żałośnie użalał się nad swoim losem, nie rozumiał, czemu starszy kolega go odpycha? Był malutki, potrzebował przyjaciela, podziwiał poważnego, rozsądnego Franciszka i było mu bardzo przykro, że jest przy nim taki niezgrabny i do niczego...W jego niebieskawych oczkach połyskiwało coś jakby łzy...ale przecież psy nie płaczą, wiec, chyba tylko tak się nam wydawało!
     Mijały dni i tygodnie...Gucio rósł, ale w długość. Jego sierść traciła dziecięcą puchatość, z oczu znikała błękitna mgiełka, stawały się bystre i błyszczące, jak przystało na sprytnego, rezolutnego psiaka. Najbardziej zmieniła mu się śliczna mordka z policzkami, w kolorze mlecznej czekolady albo pysznego kakao.
Jego sierść traciła dziecięcą puchatość, z oczu znikała błękitna mgiełka, stawały się bystre i błyszczące, jak przystało na sprytnego, rezolutnego psiaka. Najbardziej zmieniła mu się śliczna mordka z policzkami, w kolorze mlecznej czekolady albo pysznego kakao
     Do tej pory była okrągła jak u żaby, aż nagle wyciągnęła się w dłuuugi, wąski pyszczek zakończony czarnym nosem. Wyglądało to tak, jakby ktoś na koniec ołówka wsadził mokrą śliwkę. Gucio często oglądał się w dużym, stojącym lustrze Babci i uważał, że jest bardzo przystojny! Już nie był mazgajem i marudą...Znał wszystkie dziury w płocie, rozróżniał coraz więcej zapachów, a jego wilgotny, czuły nos z rozkoszą węszył woń dalekich przygód, nieznanych dróg i zarośli, krecich kopców i mysich norek. Coraz bardziej pragnął poznać je osobiście, zanurzyć w ziemię krzywe łapki z mocnymi pazurami i kopać, grzebać, rozgarniać, przesypywać, rozrzucać...To była jego najulubieńsza zabawa!
     Miał wielu znajomych dużych i mniejszych. Od wszystkich czegoś się uczył, bo małe zwierzęta i małe dzieci poznają świat przez dotyk, smak i węch! Dopiero później kojarzą i wyciągają wnioski. Gucio był bystrym psiakiem, więc obserwował i zapamiętywał kolejne przygody. Lubił na przykład wiewiórki, których nawet nie próbował prześcignąć, chociaż śmigały tuż przed nim i zapraszały do zabawy. Były śliczne i bardzo wesołe. Stawały blisko, patrzyły czarnymi oczkami podobnymi do guzików, podnosiły przednie łapki i wołały: goń nas! Gucio parę razy dał się nabrać i ruszył w pościg, ale odkąd walnął łepkiem w drzewo i usłyszał chichotanie z wysokiej gałęzi, zrozumiał, że nie ma z nimi szans. Zwinne wiewiórki przekonały Gucia, że jeśli się naprawdę nie da  czegoś zrobić, to – trudno! Trzeba się z tym pogodzić i nie nabijać sobie guzów, w daremnych wysiłkach. Jamnik, to nie wiewiórka, nie skoczy z gałęzi na gałąź, choćby się nie wiem jak starał!
Coraz bardziej pragnął poznać je osobiście, zanurzyć w ziemię krzywe łapki z mocnymi pazurami i kopać, grzebać, rozgarniać, przesypywać, rozrzucać...To była jego najulubieńsza zabawa!
     Śmieszne jeże tuptające po ścieżkach wyglądały sympatycznie, ale nie można było do nich podejść za blisko, bo się zwijały w kolczasty kłębek, podobny do tego, jaki leżał w koszyku z robótkami Babci. Wystawały z niego igły, druty i szydełko i choć wydawał się mięciutki i bezpieczny, to porządnie kujnął Gucia w pupę, kiedy szczeniak chciał sobie zrobić z niego piłkę! W dodatku dostał burę od Babci, a bardzo tego nie lubił, bo kochał Babcię całym swoim psim sercem i pragnął, żeby była z niego zadowolona! Dzięki jeżom Gucio pojął, że każde stworzenie broni się przed niebezpieczeństwem tak, jak potrafi i że nikogo nie wolno lekceważyć, choćby był najmniejszy i niepozorny!
Śmieszne jeże tuptające po ścieżkach wyglądały sympatycznie, ale nie można było do nich podejść za blisko, bo się zwijały w kolczasty kłębek, podobny do tego, jaki leżał w koszyku z robótkami Babci.    .źródło zdjęcia: Interenet
        Była wrzaskliwa sójka przelatująca nad ogrodem, której obiecankom nie warto było wierzyć, bo tylko paplała i ogłaszała, że już leci za morze, a wcale nie była gotowa do podróży. Był kret kopiący tunele pod rabatkami z maciejką; jedni go lubili, bo spulchniał ziemię, a inni uważali za szkodnika, wiec Gucio się przekonał, że w tej samej sprawie, może być wiele różnych opinii. Była zwinna kuna migająca wśród gałęzi czeremchy i był kolega z sąsiedniej wioski – czupurny i trochę zarozumiały Azorek, w biało czarne łaty. To on namawiał Gucia na coraz dalsze wycieczki...
-Nie bądź tchórzem...ciągle siedzisz w domu, nosa nie wysuwasz poza ogrodzenie, nie wiesz, co się dzieje na świecie...czy ty kiedyś porządnie zmokłeś, czy się wytarzałeś w kałuży, albo poczułeś, jak pachnie las?
-Mnie nie wolno samemu chodzić do lasu – tłumaczył Gucio – mam szlaban na las.
-Co z tego? - kusił Azorek – Nikt nie będzie wiedział. Wymkniemy się po śniadaniu, pobiegamy i wrócimy na obiad. Nikt się nawet nie zorientuje!
            Tak się składało, że świadkiem tych szczeniackich rozmów zawsze był czarny kot Franciszek. Zjawiał się jak duch, siadał w pobliżu, owijał ogonem i udawał, że drzemie, ale, ponieważ  strzygł lewym uchem, można było przypuszczać, że wszystko dobrze słyszy i rozumie. Odkąd Gucio trochę dorósł, przestało mu tak bardzo zależeć na przyjaźni Franciszka. Potrafił się nawet odszczeknąć, kiedy pewnego razu kot na niego prychnął i bojowo wygiął grzbiet.
      Wtedy na karku Gucia krótka sierść ułożyła się jak ostra szczotka, górna warga podjechała do góry pokazując białe kły, a w gardle zabulgotało, jak w kranie... Gucio nie miał pojęcia, że potrafi tak groźnie wyglądać, ale bardzo mu się to spodobało i odtąd na widok Franciszka, często robił  głupie  miny. Nic dziwnego, że o przyjaźni między nimi nie mogło być mowy tym bardziej, że Franciszek ciągle się wtrącał i pouczał Gucia, jakby pozjadał wszystkie rozumy
-Znowu kopałeś na grządce koło jaśminu – zrzędził  - Babcia posadziła tam herbaciane smolinosy i pachnącą rezedę..Zezłości się na ciebie, zobaczysz!
-Skąd będzie wiedziała, że to ja? Chyba nie naskarżysz, chociaż to do ciebie podobne! Ciągle  latasz i miauczysz, nawet, kiedy cię nie proszą...Podlizujesz się, żeby cię bardziej lubili! Zawsze byłeś wredny!
-A ty głupi! Robisz doły i niszczysz ogród Babci...Nie rozumiesz, że może się potknąć i złamać nogę? Że ją boli krzyż od schylania i że nie powinno się niszczyć cudzej pracy!
-Nic złego nie robię! Zresztą, zaraz pójdę i wszystko wyrównam. Nie będzie śladu
-Mówiłem, że jesteś głupi! Cebulki kwiatowe już zniszczyłeś, nic tam nie urośnie. Babci będzie przykro...
         Gucio nie znosił pouczania. Dorastał i z każdym dniem sam sobie wydawał się najmądrzejszy na świecie, więc takie wtykanie kociego nosa w jego psie sprawy, bardzo mu się nie podobało. Dlatego postanowił trzymać Franciszka z daleka od siebie. Nawet, kiedy układali się do snu Gucio tak manewrował, żeby kot nie mógł na niego patrzeć. Przeciągał zębami swoje posłanie w kąt za drzwi albo pod stół i zasłaniał oczy łapką.
-Jak ja niczego nie widzę – myślał – To on pewnie też nic nie zobaczy. I, nie będzie mógł o mnie plotkować..
           Życie Gucia było bezpieczne i szczęśliwe. Oczywiście miał gorsze chwile, na przykład wtedy, gdy użądliła go osa albo wtedy, gdy przestraszył się ogromnego wilczura i uciekając wpadł w kolczaste osty.
       Babcia długo wyciągała mu z boków, uszu i łap ostre igiełki...Popłakiwał, ale był szczęśliwy, że ma mu kto pomóc...Był psem domowym, nie musiał się martwić. Opiekunowie zawsze byli blisko!Minęło upalne lato, potem jesień pokolorowała świat na złoto, rudo i czerwono, a jeszcze później  przyszła zima.
a jeszcze później  przyszła zima.....
Kałuże pokrył lód, a krople wody wiszące na gałęziach zmieniły się w błyszczące korale. Mróz odebrał drzewom ostatnie liście, ale w zamian podarował im brylantowe naszyjniki i białe girlandy, żeby się nie gniewały i spokojnie czekały wiosny.
       Gucio był bardzo zadowolony. Uwielbiał harce w puchatych zaspach,  przekopywał się przez zaśnieżony ogród, węszył pod krzewami, gdzie, jak mówił jego nos na pewno zimowały myszy i nornice. Już nie zwracał uwagi na kota Franciszka, choć często widział jego wyprostowaną sylwetkę siedzącą na parapecie i owiniętą w puchaty ogon.
     Franciszek godzinami obserwował białe motyle śniegu i chmary ptaków przylatujące do karmnika na akacji. Były tam wesołe sikorki w błękitnych czapeczkach i wróble kłócące się o każde ziarenko, i jemiołuszki, i gile z czerwonymi brzuszkami. Był nawet dzięcioł w malinowych rajtuzach i jaskrawym berecie, ale on wpadał tylko na chwilę i od razu przeganiał całe skrzydlate towarzystwo. Franciszek odruchowo oblizywał wąsy, ale robił to wyłącznie z przyzwyczajenia, bo był tak najedzony, że ptaki mogłyby mu bezkarnie spacerować, nawet po nosie!
           Po wielkich mrozach, które skuły ziemię przyszły śnieżyce i zamiecie zmieniające pola i łąki w białe, równe prześcieradła i przyginające do ziemi ogromne sosny i świerki. Świat zrobił się cichy i  trochę zaspany, bo długie godziny tylko drzemał pod puchową pierzyną.  Mijały dni, a śnieg padał i padał, tworzył zaspy i wypełniał wszystkie doły i nierówności terenu. Wszędzie panowała cisza, tylko czasami przerywana krakaniem wron i czarnych kruków.
           To była pierwsza zima małego Gucia i to od razu taka, że kiedy nurkował w sypkim śniegu widać było tylko koniec jego cienkiego ogonka.

To była pierwsza zima małego Gucia i to od razu taka, że kiedy nurkował w sypkim śniegu widać było tylko koniec jego cienkiego ogonka....
          Gucio się nudził...Czasami wybiegał z domu i obszczekiwał okoliczne płoty wołając kolegów i koleżanki do wspólnej zabawy, ale nikomu oprócz Gucia nie chciało się wychodzić z ciepłych kuchni i marznąć pod szarym niebem. Czasami  któryś wyskakiwał z sieni, podnosił to lewą, to prawą łapkę, otrząsał się i wracał, żeby się położyć przy piecu lub kaloryferze
-Zostań jeszcze trochę – namawiał Gucio – Pobiegamy...zobacz, jakie tunele można robić w śniegu...Pobawmy się w jaskiniowców, będzie fajnie!
Ale, nawet łaciaty Azorek bardziej wolał się zakopać w kocyku, niż w śniegu...
         I znowu Gucio nauczył się, że samotne zabawy są do niczego, bo każdy psiak wie, jakie smutne i nudne jest kręcenie się bez celu  i bez dobrego towarzystwa!
        Pewnego dnia już miał zaskrobać w drzwi, żeby sprawdzić, co Babcia gotuje na obiad, kiedy przypomniał sobie, że po drugiej stronie jeziora mieszka bardzo miła i ładna koleżanka, więc postanowił ją namówić na wspólny spacer. Wymknął się z podwórka przez niedomkniętą furtkę, a potem wystarczyło tylko przemknąć przez brzozowy zagajnik, minąć kępy tarniny, znaleźć ścieżkę w trzcinie i... już się było na miejscu. Gdyby nie świeży ślad sarny albo daniela Gucio dotarłby tam bez najmniejszego problemu! Jednak, co z niego byłby za jamnik, gdyby zrezygnował z takiej okazji?!
          Wrażliwy nos, który potrafił rozróżnić pół miliona zapachów prowadził go jak najlepszy GPS. W każdej komórce nerwowej czuł radosne drżenie, jego krótkie,mocne łapki ledwo dotykały śniegu i, choć był nadal grubiutki mknął jak strzała, prawie nad ziemią!
           Gucio nikomu nie chciał zrobić krzywdy! Był radosnym, sympatycznym psem i lubił cały świat! Tylko z kotem Franciszkiem miał swoje porachunki, ale unikał awantur, schodził mu z drogi i nie zwracał uwagi na dąsy i prychania, bo, jak mówiła Babcia: zgoda jest najważniejsza!
      Więc teraz wciągając powietrze przesycone ostrym, cudownie dzikim zapachem sarny Gucio gnał przed siebie, bez opamiętania! Miał nadzieję na dobrą zabawę...Chciałby pofikać koziołki, na chwilę przylgnąć do ziemi przednimi łapkami wypinając przy tym pupę i wachlując ogonem, piskliwie poszczekać, wskoczyć na jakąś górkę i zjechać z niej na brzuchu...no, w ogóle miał Gucio sto pomysłów na porozrabianie z leśną nieznajomą!
       Niestety, kiedy się tak pędzi i pędzi nie zwracając uwagi na otoczenie, łatwo o przykrą niespodziankę! Babcia zawsze powtarzała: uważaj, nie wtykaj łapki w nieznane szczeliny, nie zbliżaj się do ognia, nie próbuj polizać gorącego, miej oczy dookoła głowy! Miała rację!
       Gdyby Gucio o tym pamiętał, pewnie by zauważył, że zbliża się do miejsca okrągłego jak studnia i ciemniejszego, niż biały śnieg dookoła. Ale Gucio niczego nie widział...trzeba szczerze powiedzieć, że nawet nie mógł niczego zobaczyć, bo taki był zadowolony, że przymknął ślepka i biegł trochę na oślep! Zbliżał się do brzozowego zagajnika. Za nim rosły wielkie, rozłożyste, grube świerki obwieszone długimi, jasnobrązowymi szyszkami pełnymi nasion, które uwielbiają leśne wiewiórki.
       Gucio lubił zapach żywicy i wiatru, a, w kosmatych, zawsze zielonych i trochę kłujących świerkowych gałązkach ten zapach był najmocniejszy, wiec Gucio jeszcze przyspieszył, zrobił dwa wielkie susy i właśnie chciał zrobić trzeci, gdy...ziemia się pod nim zapadła i koziołkując stoczył się na dno głębokiej jamy.  
    Nie rozumiał, co się dzieje? Bolała go przednia łapka, cały był poobijany i trochę mu się kręciło w łepku. Ale przede wszystkim nie wiedział, gdzie jest i jak ma się wydostać z dołu, w jakim zmieściłoby się dziesięciu Guciów i to wtedy, gdyby ktoś ich ustawił, jednego na drugim!
       Gucio nie miał pojęcia, że ostatnia jesienna wichura wyrwała ogromny, stuletni świerk i zostawiła w ziemi ślad po jego korzeniach – czeluść wypełnioną śniegiem i dlatego prawie niewidoczną...
      Na dnie tej czeluści, w czasie deszczu albo odwilży zbierała się woda, potem ścisnął mróz i woda zamieniła się w twardy lód, wiec dlatego Gucio tak się poobijał podczas upadku i teraz nie mógł utrzymać równowagi. Krótkie łapki rozjeżdżały mu się na boki, ta potłuczona jeszcze bardziej bolała, mokry, okrągły brzuszek przywierał do śliskiego podłoża... no, jednym słowem Gucio był w bardzo trudnym położeniu!
Na dodatek był głodny!
       Minęła pora obiadu, pusty żołądek Gucia skręcał się, jak obwarzanek. W jego domu na pewno czekała miseczka pełna wspaniałego, smacznego jedzenia. Biedny psiak wyobrażał sobie, jak Babcia wychodzi na ganek, rozgląda się, robi z dłoni daszek i wypatruje, czy nie nadbiega jej ulubieniec?
-Pewnie się martwi, że mnie nie ma – myślał – Znowu będzie brała krople na serce! Żeby się tylko nie przeziębiła, bo na pewno wyglądała już ze sto razy, a nigdy się nie okryła ciepłą chustką...Babcia ma delikatne zdrowie, tyle razy sobie przysięgałem, że będę o nią dbał, a tu, proszę...Znowu narozrabiałem!
        Przez moment Guciowi się wydawało, że czuje na łepku ciepłą i dobrą dłoń Babci. Westchnął zadowolony, ale to jego marzenie nie trwało długo; robiło się coraz zimniej...Gucio marzł, bo jego króciutka sierść nie chroniła dostatecznie przez mrozem. Zaczął dygotać...był coraz bardziej przerażony! Czuł się dokładnie tak, jak wtedy, gdy spotkał nos w nos ogromnego owczarka kaukaskiego i ze strachu nie wiedział, co ma robić?
        Na wszelki wypadek przewrócił się wtedy na grzbiet podnosząc wszystkie cztery łapki i prosząc: zostaw mnie w spokoju...jestem grzeczny i malutki, nie rób mi krzywdy!
         Wielki kaukaz nie miał zamiaru zajmować się taką psią pchełką. Sapnął, powąchał wystraszonego Gucia i pobiegł swoja drogą, ale Gucio do końca życia będzie pamiętał, jak się wówczas bał! Teraz bał się dokładnie tak samo!Zimowy dzień trwa krótko; zmierzch zapada szybko i od razu dookoła robi się czarno i ponuro. Gucio jeszcze nigdy nie był nocą poza domem. Po kolacji zasypiał spokojnie na swoim mięciutkim posłaniu, a stary zegar śpiewał mu kołysankę: bim, bom,bim, bom, bim...
         Teraz nawet mruczenie kota Franciszka wydawało mu się najpiękniejszą melodią. Dałby wszystko, żeby być w swoim domku, czuć zapach ciasta z jabłkami, jakie na pewno upiekła Babcia i woń mięska z kaszą i warzywami – ulubionej potrawy wszystkich Guciów na całym świecie!
       Niestety, tutaj tylko obco pachniał stary las, a z ciemności dochodziły trzaski, huki, skrzypienia, jakich Gucio nie znał i jakie sprawiały, że trzęsły się i dygotały wszystkie guciowe mięśnie i kostki,  długie uszy pojechały na tył głowy i leżały płasko na szyi, a ogona  wcale nie było, bo przylgnął do brzucha i nie chciał się stamtąd odkleić!
        Tyle się w nim nagromadziło uczuć i emocji, że po raz pierwszy w życiu nagle wysoko podniósł długą mordkę i głośno zaśpiewał: aauuu, ooouuu, raaatuuunku, pooomoocy, SOS!
        Gucio bardzo chciał, żeby ktoś go usłyszał, najlepiej Dziadek, który był mądry i na wszystko miał sposób i radę. Dziadek umiał naprawić żelazko i radio, znał wszystkie hasła do krzyżówek, wiedział, jak włączyć kosiarkę i pięknie rzeźbił w lipowym drewnie. Gdyby wiedział, co się przytrafiło Guciowi na pewno by go nie zostawił i uratował. Więc Gucio śpiewał i śpiewał, wołał, popłakiwał rozpaczliwie, aż zachrypł i zaczęło go boleć gardło.
Wtedy pojął, że chyba wszystko stracone!
Mówiliśmy wcześniej, że psy nie płaczą, ale chyba nie mieliśmy racji...
         Gucio płakał wielkimi, prawdziwymi łzami, miał mokry pyszczek i nos, a krople, jakie z nich spadały od razu zamieniały sie w lodowe kuleczki i uderzając o twardy grunt dzwoniły dzyń, dzyń...zupełnie, jak małe, srebrne dzwonki!
I wtedy Gucio sobie przypomniał, że Dziadek zawsze powtarzał
-Nie ma sytuacji bez wyjścia! Zdarza się, że złapiemy zająca, przewrócimy, nawet potłuczemy kolana i łokcie...Trudno! Trzeba się wtedy podnieść, otrzepać, zacisnąć zęby i iść do przodu!
Trzeba być dzielnym i  mieć charakter...Próbować raz, drugi, trzeci...do skutku!
       Gucio nie był głuptasem. Rozumiał, że jeśli się podda, to przegra, więc zaczął drapać pazurami oblodzone krawędzie dołu, ale to się na nic nie zdało. Podciągał się na jednej zdrowej łapce i zaraz zjeżdżał w dół. Było zbyt wysoko i stromo, żeby mógł sobie sam poradzić. Wreszcie, bardzo już zmęczony, skulił się jak malutki szczeniaczek, wsunął nos pod tylną łapę i zasnął.
Miał nad sobą ciemnogranatowe niebo pełne gwiazd i okrągły, jasny księżyc, który wyglądał tak, jakby się martwił o biednego, samotnego i nieszczęśliwego Gucia.
          Miał nad sobą ciemnogranatowe niebo pełne gwiazd i okrągły, jasny księżyc, który wyglądał tak, jakby się martwił o biednego, samotnego i nieszczęśliwego Gucia. Ale, co mógł zrobić daleki księżyc? Mógł tylko świecić tak mocno, żeby Guciowi było nieco raźniej, bo trzeba powiedzieć, choć to tajemnica, że wesoły i dzielny Gucio troszkę się bał ciemności...
       Mglistym, śnieżnym świtem obudziło Gucia krakanie wrony. Chyba się dziwiła, co robi taki nieduży pies w głębokiej pułapce i opowiadała o nim każdemu, kto chciał słuchać, bo takie są obowiązki wrony: krra, krra, halo, halo...uwaga, ostrzegam wszystkich mieszkańców: nie jesteśmy tutaj sami...obcy w lesie!
Gucio czuł się jeszcze gorzej, niż wczoraj!
      Chora łapka piekła żywym ogniem, rwała, jakby ją ktoś piłował tępym ostrzem. Gucio aż zapiszczał, kiedy nieostrożnie próbował się na niej oprzeć. Nos i uszy płonęły mu od gorączki, a na  szpiczastej kufie, jak na rozpalonej fajerce roztapiały się płatki śniegu. Gucio jeszcze nigdy nie był chory; zwykle skakał i biegał całe dnie, a energii miał w sobie więcej, niż mała elektrownia.
        Teraz leżał bez ruchu, a przez jego długi tułów przebiegały dreszcze podobne do czerwonych mrówek. Gucio wiedział, jak one potrafią ukąsić, bo kiedyś goniąc za motylem wlazł na ich terytorium. Och, jak się wtedy namęczył, żeby je z siebie pozganiać, a i tak go mocno i boleśnie poszczypały za karę, że zakłócił ich spokój! Oprócz dreszczy miał w gardle ostrą drzazgę, która nie pozwalała mu oddychać i przełykać śliny. Chciało mu się pić, więc wziął na język trochę śniegu, ale nie zaspokoił pragnienia.  
         Próbował się chować przed słońcem, które, jak na złość świeciło dzisiaj bardzo mocno i odbijało się od śniegowej bieli, puszczając oślepiające zajączki, A Gucia piekły oczy, jak wtedy, gdy zrzucił ze stołu pojemnik z przyprawami i zaprószył sobie ślepka pieprzem!
      Babcia długo przemywała mu pyszczek letnia wodą. Jak zwykle pomogła i pocieszyła, bo na Babcię i Dziadka zawsze można było liczyć! Teraz Gucio wiedział, że sam się nie wydostanie, a, że  nie było przy nim nikogo, kto mógłby go wyciągnąć z tarapatów, więc, chociaż był już nastolatkiem, popiskiwał, jak malutki szczeniaczek. Było mu bardzo smutno!
Znowu szybko zapadł wieczór, świat poszarzał, a potem pociemniał, bo tym razem księżyc chował się za chmurami
        Znowu szybko zapadł wieczór, świat poszarzał, a potem pociemniał, bo tym razem księżyc chował się za chmurami. Guciowi wydawało się, że do jego jamy zagląda drapieżny rosomak i chytry lis, że niedaleko siedzi sowa z zakrzywionym dziobem i  czarna kania z żółtymi nogami, o mocnych, ostrych szponach. Wszyscy tak wyglądali, jakby też byli głodni i wyraźnie na coś czekali.
Gucio wolał nie wiedzieć, na co?
     Biedny, mały psiak był zupełnie sam nie tylko w ogromnym lesie, ale również w wielkim świecie, a samotność nie jest dobra i Gucio właśnie się o tym przekonał!
      Małe serce Gucia odmierzało coraz straszniejsze godziny, jego nos łowił nieznane, groźne zapachy; pies kulił się, zwijał w kłębek, wstrzymywał oddech, aż nagle... coś mu kazało się podnieść i wyprostować. Stanąć prosto, jak na warcie! Podnieść uszy, znieruchomieć i słuchać.
Ktoś nadchodził...
       Gucio coraz wyraźniej słyszał ostrożne kroki, tak miękkie i delikatne, że nawet nie zapadał się pod nimi puszysty śnieg. Według Gucia tylko jedna istota umiała się tak skradać, tak prześlizgiwać  z miejsca na miejsce, jak cień albo dym. Tą istotą był czarny kot Franciszek!
Gucio się nie mylił!
     Aż pisnął z wielkiego szczęścia, kiedy się przekonał, że Franciszek naprawdę go odnalazł. Najpierw jego trójkątny pyszczek pojawił się na tle nieba, a potem jednym lekkim susem kot znalazł się na dnie jamy, tuż przy Guciu.
Gucio coraz wyraźniej słyszał ostrożne kroki, tak miękkie i delikatne, że nawet nie zapadał się pod nimi puszysty śnieg.
       Gucio znowu przewrócił się na grzbiet, ale tym razem, z radości. Pokazał różowy brzuch zwykle okrągły jak piłeczka, a teraz pusty i zziębnięty, odwrócił w bok łepek, przymknął ślepka i podniósł łapki. W ten sposób psy mówią: boję się, daj mi spokój, odejdź, jestem słabszy od ciebie, ale mówią także – mam do ciebie zaufanie, chcę się bawić, bardzo cię lubię, cieszę się, że mam takiego fajnego kolegę!


Gucio przepraszał Franciszka i przyznawał: odtąd będę cię słuchał, bo jesteś mądrzejszy ode mnie!
        Gucio przepraszał Franciszka i przyznawał: odtąd będę cię słuchał, bo jesteś mądrzejszy ode mnie! Pozwolił się obwąchać, poszturchać aksamitną łapką i pokornie wysłuchał kociego narzekania
-Kto to słyszał – szeptał gniewnie Franciszek – Żebym ja, stateczny i wygodny kot w dojrzałym wieku włóczył się po nocach w poszukiwaniu smarkacza, któremu zachciało się uciekać z domu!
-Nie uciekałem...To był wypadek –o tłumaczył Guci – Chciałem pozwiedzać okolicę, naprawdę tak było!
-Pozwiedzać, pozwiedzać – przedrzeźniał go Franciszek – Przez to twoje zwiedzanie Babcia i Dziadek prawie się pochorowali ze zmartwienia! Patrzeć na to  nie mogłem. Musiałem zaryzykować przeziębienie, wyjść na mróz, jakiego nie znoszę i cię poszukać. Na szczęście jestem inteligentny i mądry, więc się domyśliłem, gdzie mogłeś pójść...
Gucio chciał powiedzieć, że Franciszek jest także skromny, ale tylko westchnął i grzecznie poprosił
-Zabierz mnie stąd...Jak najszybciej!
      Franciszek zaczął starannie opukiwać łapką oblodzony dół, wysuwał pazury i zaczepiał je o zmarzniętą ziemię, myślał, szukał sposobu wydostania się na zewnątrz. Nie dla siebie, on dałby sobie radę, bo był zręczny jak linoskoczek, ale trzeba było przecież wyciągnąć zmęczonego, niewyspanego i głodnego Gucia, który na dodatek nie potrafił się wspinać, miał bardzo krótkie nóżki, w tym jedną bezwładną i  obolałą...
     Więc Franciszek marszczył czoło, kręcił płaskim łepkiem i przymykał oczy, wielkie, okrągłe i żarzące się, jak drewienka w ognisku.
-Noo, nie wiem, nie wiem – mruczał – Jak tu sobie poradzić z takim niezdarą? Co wymyślić?
Nagle złożył łapki, jakby samemu sobie chciał bić brawo i zawołał
-Mam pomysł! Słuchaj mały, skakałeś kiedyś na batucie?
-Nigdy. Nawet nie wiem, co to jest...
-Batuta, to taka trampolina, skocznia...jak się dobrze odbijesz możesz polecieć w górę, a nawet zrobić parę fikołków. Dałbyś radę?
-Ale tu przecież nie ma batuty!
-Jest. Popatrz na mnie...
-Patrzę. I, co?
-Będą mnie znowu bolały kości, ale, co tam! Poświęcę się dla ciebie!
-Nic nie rozumiem...
-To proste. Mój grzbiet będzie dla ciebie batutą. Podrzucę cię tak wysoko, jak się da. Reszta zależy od ciebie...musisz polecieć w górę i wylądować obok tego dołu, w jakim teraz obaj siedzimy. To proste. Nie bój się! Pamiętasz, jak nasz Dziadek mówił "nie święci garnki lepią!", a to, co masz zrobić jest łatwiejsze, niż ulepienie garnka. Rozumiesz?
           Gucio wszystko rozumiał, ale rozumieć, to nie znaczy – zrobić! Rozumie się na przykład, żeby nie jeść za dużo słodyczy, bo potem boli brzuch i zęby, ale rozumienie w niczym nie pomaga, bo słodycze są takie smaczne! Rozumie się, że samotne wyprawy do nieznanych, dalekich miejsc mogą się źle skończyć i...co z tego? Gucio był najlepszym przykładem, że samo rozumienie nie wystarczy!
-Co będzie, jeśli źle wyceluję i z powrotem trafię do tej jamy? - zapytał
-Właśnie o to chodzi, żebyś nie trafił! Masz celować obok...
Kot Franciszek mówił takim pewnym, spokojnym, przyjaznym głosem, jakiego Gucio jeszcze nigdy u niego nie słyszał. Chwalił Gucia, twierdził, że sobie świetnie poradzi w tej niezwykłej i trudnej sytuacji, chociaż Gucio myślał, że będzie  odwrotnie. Mówił, że zawsze wierzył w guciową zręczność i siłę. Na koniec pogłaskał psiaka po uchu i rozkazał
-Policzę do trzech, a wtedy ty, gramol mi się na plecy. Potem już myśl tylko o tym, że to twoja jedyna szansa. Musisz ją wykorzystać!
Potem dodał...
-Całe szczęście mały, że trochę schudłeś. Takiego serdelka, jakim byłeś, mógłbym nie udźwignąć! Noo, zaczynamy? Przybij piątkę!
         Kot położył się na dnie lodowej jamy, a Gucio wdrapał na jego grzbiet. Nigdy by nie przypuszczał, że w takim jedwabistym, delikatnym i mięciutkim futerku mieści się stalowa sprężyna umiejąca się zginać i prostować, kiedy tylko Franciszek zechce.
     Koci kręgosłup był elastyczny i giętki. Gucio nie miał pojęcia, że mały kot ma, aż o czterdzieści kości więcej, niż duży człowiek i że kręgi kociego kręgosłupa od szyi, do końca ogona tworzą długi i mocny łuk, przy pomocy którego Franciszek miał zamiar "wystrzelić" Gucia w powietrze. Wiedział tylko, że musi bezgranicznie zaufać Franciszkowi, posłuchać go i zrobić dokładnie to, czego on chce.
         Innego wyjścia nie było! Gucio w ciągu paru minut zmądrzał i wydoroślał, jakby nagle z zerówki przeszedł do trzeciej, albo nawet czwartej klasy! Zrozumiał, że są takie poważne i trudne chwile, kiedy trzeba słuchać starszych, robić to, o co oni proszą i nie marudzić, na przykład wtedy, gdy grozi jakieś niebezpieczeństwo.
         Przekonał się, że  ktoś bliski i godny zaufania na pewno pomoże...tak, jak teraz kot Franciszek, który w mroźną i śnieżną noc opuścił swoją wygodną poduszkę i poszedł szukać małego  Gucia, a jak powszechnie wiadomo koty nie lubią się przemęczać, nie znoszą wilgoci i bardzo dbają o swoje futerka!
         Króciutkie łapki Gucia trochę się ześlizgiwały z kociego grzbietu, więc musiał się najpierw nauczyć, jak utrzymywać równowagę, ale po paru próbach siedział na kocim grzbiecie, jak jakiś dżokej!
       Kot wolniutko wstał. Jego mięśnie zrobiły się twarde jak stal,  głęboko odetchnął, a potem głośno i stanowczo miauknął: Jesteś gotowy?...Uważaj...juuuż!
Gucio wyleciał w górę, jak z procy!


Gucio wyleciał w górę, jak z procy! (źródło zdjęcia: Internet)
        Instynkt kazał mu szeroko rozłożyć łapki, a płasko położyć łepek i ogon...Gucio wyglądał jak mały spadochron...Szkoda, że nie było wtedy nikogo z aparatem fotograficznym, albo chociaż komórką, bo zrobiłby wspaniałe zdjęcie.
Ale ponieważ nikogo takiego nie było, to może można by to, chociaż narysować?...
          Wspominaliśmy, że zmartwiony księżyc właśnie tej nocy chował się za chmurami; widocznie jednak trochę zerkał na Ziemię obserwując małego Gucia i jego przygody, bo właśnie wtedy, gdy Gucio tego najbardziej potrzebował odsłonił jeden pyzaty policzek i oświetlił świat, jakby pstryknął  tysiącwatową żarówkę!
        Dzięki temu Gucio lecąc w dół mógł tak celować, żeby spaść nie do głębokiej jamy, ale obok, prosto w puszystą śnieżną zaspę... Był bezpieczny: Troszkę poobijany, mocno wystraszony, głodny, ale bardzo, bardzo szczęśliwy!
         Podniósł się, otrzepał, postawił ogonek jak antenkę i przysiągł sobie, że już nigdy, przenigdy nie narobi żadnych głupstw!
Jak myślicie, można mu wierzyć?
         Czekała ich jeszcze droga powrotna, ale to już była pestka, chociaż Franciszek trochę narzekał, że zimno i pogoda nie dla poważnych, roztropnych kotów, a Gucio musiał kuśtykać na trzech zdrowych łapkach, ale, gdyby nawet miał się czołgać jak żołnierz na poligonie, też by się nie skarżył!
Prawdziwa radość czekała ich dopiero w domu!
         Babcia, aż się popłakała ze szczęścia, a Dziadek od razu opatrzył łapę Gucia i umieścił ją w sztywnych drewienkach owiniętych elastycznym bandażem, żeby wydobrzała i znowu była sprawna. Najedzony, wytarty do sucha piesek długo leżał na kolanach Babci czując jej dłoń na swoim łepku i grzbiecie. Drzemał, ale od czasu, do czasu podrygiwał, jakby przyśniło mu sie coś strasznego.
        Wtedy Babcia szeptała: ciiicho, nie bój się już...jesteś w domu...i Gucio znowu zasypiał chowając nos, w babcinym fartuchu. Babcia i Dziadek chodzili na palcach, żeby go nie przestraszyć, szykowali przysmaki, głaskali i przytulali, nawet okrywali kocykiem, ale prawdziwym bohaterem był kot Franciszek.
       Miał nową, jeszcze wygodniejszą poduszkę i miseczkę pełną przysmaków. Dziadek go bardzo pochwalił, a na pochwałach Dziadka Franciszkowi zawsze zależało, bo Dziadka  najbardziej kochał i szanował. Na koniec dostał od Babci mały, płócienny woreczek z kocimiętką, która jest dobra na kaszel, przeziębienie i wszelkie skurcze i którą bardzo lubią wszystkie koty do turlania, wąchania i tarmoszenia ...Tak właśnie zachowywał się Franciszek przymykając z rozkoszy złotozielone oczy.
        Gucio mu wcale nie zazdrościł...Był bardzo wdzięczny Franciszkowi i rozumiał, że zasługuje on na wszelkie nagrody i prezenty, a także, na dużo więcej!
Nadeszła noc.
        Babcia i Dziadek poszli spać, w domku było ciepło i bezpiecznie, miło grzał kaflowy piec, a stary zegar, jak zwykle wydzwaniał godziny: bim bom, biiim, booom...
       Tylko Gucio nie mógł zasnąć. Co przymknął ślepka,  to mu się wydawało, że znowu jest w czarnym, lodowatym dole bez wyjścia, że słyszy szum lasu i szmer drapieżników przemykających między drzewami...Popiskiwał ze strachu, a może nawet cichutko płakał?
        Wtedy, ze swojej poduszki leżącej na komodzie zeskoczył czarny kot Franciszek. Podszedł do małego Gucia, który zamknął oczy, bo się wstydził, że jest takim mazgajem, ułożył się obok i objął Gucia miękkimi, aksamitnymi łapkami. Pozwolił, żeby Gucio się do niego mocno przytulił i zaczął mu mruczeć najpiękniejszą, kocią kołysankę.
       Dopiero wtedy Gucio naprawdę głęboko i spokojnie zasnął. Miał przy sobie prawdziwego przyjaciela, miał kochanych i kochających Babcię i Dziadka, miał dom i ogródek, posłanie i własną miseczkę. Miał wszystko, czego potrzebuje pies, żeby był szczęśliwy.
A wy, jak myślicie? Czy człowiek potrzebuje dużo więcej?
Miał wszystko, czego potrzebuje pies, żeby był szczęśliwy.... (źródło zdjęcia: Internet)

Napisała Janina Lesiak
Zdjęcia: Izabela Łęcka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...