wtorek, 28 listopada 2017

Madeline Thien ' Nie mówcie, że nie mamy niczego' - o Chinach, muzyce i losie, który bywa przewrotny

Książka jest przepiękna. To jedna z tych powieści, które urzekają treścią, językiem, klimatem. Słusznie autorka nawiązuje do Lwa Tołstoja, bo książka ma właśnie taki klimat. Byłam urzeczona tą przepiękną powieścią. Czytałam ją przez kilka dni bo to długa książka, ale za każdym razem, gdy musiałam przerwać czytanie, to już tęskniłam za bohaterami. Wszyscy są artystycznymi duszami, a to właśnie wypleniała nowa władza z dusz swoich obywateli. Ich życie i postawy życiowe zostały postawione wobec 'być, albo nie być'. Bohaterowie przeżywają niewyobrażalne cierpienia. Pozbawienie dobytku, narażenie życia, obozy, emigracja, wyrzuty sumienia, masakry - droga, jaką przeszli bohaterowie powieści może być symboliczną drogą człowieka w XX wieku, i wszystko to nie wypaliło z nich człowieczeństwa. W tym wszystkim zaczyna być widoczne, że w Chinach człowiek nie miał szans jako jednostka, a jednocześnie pomimo najgorszych prześladowań, wyzuwania ludzi z wszelkich uczuć wyższych, nie mówiąc już o przeżyciach estetycznych, to ludzie ci zachowywali w sobie wrażliwość. Książka jest dziełem na miarę Lwa Tołstoja, że przeczytanie jej było niesamowitym przeżyciem czytelniczym, że książka pozostawiła we mnie miejsce, że jest niesamowitym przeżyciem czytelniczym.
Jego V Symfonia, którą kompozytor napisał w roku 1937, roku Wielkiego Terroru w ZSRR, jest ważnym motywem książki.:


10 gwiazdek

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:


poniedziałek, 30 października 2017

Jean Hatzfeld 'Więzy krwi' - 19 lat po masakrze. Spotkanie z dziećmi ofiar i katów

Zdjęcie tylnej okładki

Autor, który naprawdę zna temat daje w 'Więzach krwi' głos rwandyjskiej młodzieży, równolatkom ludobójstwa z 1996 roku, dzieciom katów i ofiar i pyta o przebaczenie, o to, co w przyszłości i co teraz. 
Rzuca się w oczy czytelnika jak bardzo odmienne są teraz światy ofiar i katów. Zdałoby się, że jest jak w bajce. Zło zostało ukarane, a dobro nagrodzone. W dodatku dzieci obu stron mówią, że szkoły dbają o to, żeby nie nazywać grup etnicznych, ale mówić o zbrodni. Jest tydzień pamięci oraz Mauzoleum. I nawet rodziny Hutu zdają sobie sprawę z ogromu krzywd jakie wyrządzono Tutsi, nie mówiąc o Tutsi, którzy pamiętają. Ale problemem zdaje się niesprawiedliwość systemu edukacji. Ślepy los, jak by to powiedzieli liberałowie. Wygląda na to, że edukacja w Rwandzie nie jest darmowa, że rodzice za nią płacą, więc uczą się te dzieci, których rodzice za to płacą. Jakże więc na opłaty czesnego może sobie pozwolić marka, której mąż siedzi w więzieniu, a ją pozbawiono pracy po wojnie, bo była Hutu? Dzieci Tutsi dostają stypendia z organizacji międzynarodowej. Po 20 latach od ludobójstwa tę rozbieżność widać już wyraźnie. O ile dzieci Tutsi są pełne nadziei na przyszłość, marzą o płatnej pracy, o wyjazdach, o szczęśliwym świecie po prostu, to dzieci uwięzionych Hutu czują wielkie rozdarcie i rozpacz. Dotykają ich tytułowe 'więzy krwi'. Czują więź z rodzicami, ze swoją naznaczoną rodziną, kochają ich, a z drugiej strony doświadczają ostracyzmu społecznego. System społeczny o nich zapomniał i skazał na los biedaków. Nawet zazdrościć tym uprzywilejowanym im nie wolno, bo w sumie zdają sobie sprawę, że stypendyści przeżyli piekło. 
Bardzo to wszystko smutne, tragiczne i wołające o zauważenie. Trzeba, żeby edukacja i wsparcie międzynarodowe dotyczyło większej ilości ludzi w Rwandzie. Bo tak jak jest, nie jest dobrze. Sprawiedliwość dosięgła katów, ale znów sprawiła, że nierówności społeczne i poczucie osadzenia jednej grupy społecznej, a faworyzowania innej są znów widoczne jak w czasach kolonialnych. I nie trzeba specjalisty od socjologii, żeby po lekturze tej książki stwierdzić, że taka sytuacja znów może zaowocować wojną. Oby nie.
Znalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld
Jean Hatzfeld, źródło: http://www.alamy.com/stock-photo/hatzfeld.html

Książka zasługuje na 10 gwiazdek
Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:
Znalezione obrazy dla zapytania degustatorka literatura faktu

sobota, 28 października 2017

Guzel Jachina 'Zulejka otwiera oczy'

Ogólnie można powiedzieć, że książka traktuje o Tatarce, którą zesłano na Sybir, uprzednio zabiwszy jej męża i zabrawszy im majątek. Ale to byłoby znaczne uproszczenie, a powieść uproszczenia obala. 
Powieść jest studium psychologicznym Zulejki. Tytułowym otwieraniem oczu. Zulejka jest typową reprezentantką swojej nacji. W dodatku kobietą zgnębioną. Ale żyje według norm, jakie wyniosła z domu, i norm typowych dla środowiska. Wyrwanie jej z tego środowiska z jednej strony ją psychicznie ubogaciło, ale z drugiej strony postawiło ją razem z najbardziej światłymi ludźmi ZSRR, którzy jako element kontrrewolucyjny zostali zesłani. To wszystko odbiło się na życiu Zulejki, która jednak coraz bardziej potrafiła walczyć o swoje i nazywać swoje uczucia. Mniej szukać woli nieba, a bardziej kształtować swój los. Obrazy w całości, powtarzające się myśli, jak to zdanie 'Zulejka otwiera oczy' z jednej strony mają znaczenie dosłowne, ale z drugiej strony - przenośne. Oznaczają etapy rozwoju bohaterki. Los Zulejki i jej towarzyszy z transportu pokazuje, iż mimo wszystko warto jest być człowiekiem uczciwym, znającym się na swoim zajęciu, pomagającym innym. 
Takie optymistyczne przesłanie w książce o zesłańcach to coś rzadkiego, ale pięknego i wzruszającego.
Daję książce 10 gwiazdek. To jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam. 
Za książkę do recenzji dziękuję Noir sur Blanc.

sobota, 7 października 2017

Wywiad z Michałem Piedziewiczem, autorem trylogii gdyńskiej: 'Dżoker', 'Domino' i 'Dakota'

Mój rozmówca na tle klifu w Redłowie w Gdyni. Zdjęcia: MP
Dzień dobry,

Dziś zapraszam do przeczytania mojej internetowej rozmowy z bardzo ciekawym pisarzem, autorem książek o Gdyni, panem Michałem Piedziewiczem. Moje pytania były trochę naiwne, ale za to odpowiedzi - ciekawe. I to jest najważniejsze, PISARZ.
Książki ukazywały się w wydawnictwie MG. Przypomnę okładki i moje recenzje w linkach:
http://literackie-zamieszanie.blogspot.com/2016/01/micha-piedziewicz-dzoker-powiesc-retro.html
LZ: Trylogia gdyńska jest Pana debiutem powieściowym. Napisał Pan ją z okazji jubileuszu powstania Gdyni. Czy taki właśnie debiut był zamierzony, czy powstał przy okazji?

MP: Najpierw był pomysł. Który wziął się z kolei z pewnego zawodu – gdy uświadomiłem sobie, że historię Gdyni,

fenomen jej powstania i rozwoju mało się pamięta. A to przecież niezwykłe: z małej wioski powstało prężne miasto, do którego w krótkim czasie przybyło ponad sto tysięcy ludzi. Wyobrażam sobie, że niemal każdy z nich mógłby się stać bohaterem ciekawej opowieści. O zaczynaniu życia od nowa, o wgrywaniu swojej szansy, lub o jej zaprzepaszczaniu.


Pomysł zrodził się w roku 2012, sporo miesięcy zajęło mi pisanie. Lecz kiedy już wysyłałem tekst do potencjalnych wydawców to i zasugerowałem im: że w roku 2016 Gdynia obchodzić będzie okrągły jubileusz, więc wydanie książki mogłoby się wpisać w obchody 90 lecia miasta i przez to zyskać pewien rodzaj promocji.

I zapewne tak było, świętowanie zwróciło uwagę dziennikarzy na Gdynię, a wtedy łatwiej było ich namówić na omówienie Dżokera.

Promocja 'Dakoty' w Gdyni

 LZ: I promocja Gdyni się udała, a przy tym literatura popularna zyskała ciekawą książkę z historią przedwojenną w tle o wymowie pozytywnej. A moje pytanie brzmi: czy znalazł Pan inne książki o Gdyni? Czy Pana pomysł jest pierwszy?

 MP: Na pewno nie. Mimo wszystko. Stanisława Fleszarowa-Muskat pół wieku temu napisała trzyczęściową i bardzo popularną w Gdyni do dziś opowieść „Tak trzymać” - o tym, jak budowała się Gdynia, jak miasto zmagało się z Wrześniem, jak jej mieszkańcy trwali (to dobre słowo) w czasie wojny. Bohaterami tej opowieści byli między innymi Krzysztof i Łucka – jak widać w oczywisty sposób się w „Tak trzymać” zadłużyłem”, choćby biorąc imiona bohaterów.


Jednak powieści Fleszarowej brzmią dziś nieco staroświecko, dlatego spróbowałem pisać inaczej (ale też świadomie stylizując, chciałem by mój język miał pewien charakter, styl tchnący starym kinem). Poza wszystkim zaś inaczej wyobraziłem sobie, inaczej przedstawiłem tamtą epokę – po prostu nie potrafię uwierzyć, że tamte lata wyglądały tak, jak w powieściach Fleszarowej.


Gdyńską opowieść, nawiązującą do Grudnia 70 oraz zahaczającą o lata dziewięćdziesiąte napisał także Mirosław Tomaszewski („Marynarka”). Tę książkę poznałem jednak już po napisaniu „Dżokera” i „Domino”.


Tak czy inaczej to wciąż mało, Gdynia zasługuje na więcej.



LZ: Wychodzi Pan poza ramy gatunku obyczajówka historyczna. Jak się Pan czuje w tym 'gatunku' jako pisarz? Czy planuje Pan jakieś następne książki w podobnym stylu? Czy to będzie coś innego?


MP: Nie wiem czy nie powinienem poprosić o doprecyzowanie pytania. Szczerze mówiąc nie wiem też, jaki gatunek uprawiam. Na pewno nie chciałem, by Dżoker był kryminałem (choć wątek zbrodni i śledztwa jednak się w nim pojawia).


Interesuje mnie życie, zwykłe życie, nie obfitujące w „niewiarygodne” doświadczenia i przeżycia. A jednak takie, w które zdarza się śmierć, cierpienie, zdarzają się wielki miłości i wielkie w związku z nimi zawody. Zdarzają się radości i zdarza się strach.


Każdy z nas jest dla siebie samego głównym bohaterem opowieści (nawet gdy pozostaje ona nigdy niewypowiedziana). Przygód i dramatycznych zwrotów akcji wielu z nas chciałoby przeżywać jak najmniej – a jednak się nam zdarzają, musimy sobie z nimi radzić, bo tak toczy się ta „opowieść”.


Nie przypadkiem w Dakocie przywołuję film „Locke`a” Stevena Knighta, albo „Sekrety i kłamstwa” innego Brytyjczyka, Mike`a Leigh. Myślę, że moje dotychczasowe książki, gdyńska trylogia, wyrastały z podobnego gruntu i w podobnym duchu – z chęci opisywania dramatycznej zwyczajności, jaka przydarza się większości z nas.

Z tym że prócz tego jesteśmy też zanurzeni w historii, w zmieniającym się świecie – i o tym również są moje opowieści. Te zmiany świata odbywają się na wielu płaszczyznach: mód, technologii, polityki. I oczywiście odciskają na nas swój ślad. Przede wszystkim polityka, ale choćby technika – również. Wielką przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie tego, jaką z przyjemnością było dla Łucji słuchanie wynalazku tak wspaniałego jak radio. Albo korzystanie z lodówki. Albo – już po wojnie – z pralki, albo zakup pierwszego telewizora. Wyobrażam sobie, że za kilkadziesiąt lat i na nas ktoś spojrzy z pobłażliwą sympatią, wspominając nasze entuzjastyczne współżycie z internetem.


LZ: Czyli wychodzi Pan poza schemat gatunkowy. No i dobrze. Dynamika akcji w powieści jest większa niż w innych książkach o tym okresie. Poza tym sama Gdynia chyba gromadziła ludzi pełnych nadziei na lepszą przyszłość. Szkoda, że w trzeciej – współczesnej – części losy gdynian napotykają tyle przeszkód. Chodzi mi o ten kryzys w 2008 roku, a wcześniej o szarość PRLu i kiboli z początku lat 90-tych. Zauważyłam w Pana książce dbałość o szczegóły, na przykład sposób ubierania się albo to, z czego przygotowywano posiłki czy jak spędzano czas. Skąd brał Pan wiedzę na ten temat?




MP: Emocjonalnie to oczywiście „Domino” jest opowieścią, w której bohaterowie napotykają najwięcej „przeszkód”. Ja tę część zadedykowałem „moim babciom i dziadkom”, bo pisanie jej uświadomiło mi, że – zmyślając, gdyż nie odwzorowywałem dziejów własnej rodziny – opisuję coś ważnego. A więc losy pokolenia wychowanego przed rokiem 1939, potem doświadczającego wojny, a później zmagającego się z kolejnym horrorem. Dla kogoś, kto zna historię, to rzeczy oczywiste, jednak kiedy spojrzy się na ten w sumie nagły obrót tragicznych wydarzeń z choćby odrobiną empatii, to nie sposób nie złapać się za głowę – tak wiele złego doświadczyło tamto pokolenie!


„Dakota” mówi o czasach łatwiejszych. Ale też nam bliższych, przez co trudniej je zrozumieć – w latach dziewięćdziesiątych byliśmy zanurzeni w żywiole codziennego życia i niekoniecznie potrafimy rozpoznać, co obiektywnie było istotne, co zadecydowało o naszych dalszych losach, oraz o kształcie świata jaki znamy dziś. Jednak powtórzę: to wciąż czasy łatwiejsze, możemy być szczęśliwi, że przyszło nam w nich żyć.


Jeśli chodzi o dbałość o szczegóły... Właściwie to wydaje mi się, że dbałem o nie zbyt mało. Że moje opowieści powinny jeszcze intensywniej pachnieć, brzmieć, wyglądać. Przecież na tym polega literatura, nie tylko na relacjonowaniu historii.


Źródłem wiedzy był oczywiście internet. Książki, albumy, filmy. Współcześnie to już nie takie trudne – wybierać się w przeszłość. Materiałów jest wokół mnóstwo. Dlatego istotna jest selekcja, wybór.


LZ: Przyznam szczerze, że trzecia część trylogii spodobała mi się najmniej. Przyznam się, że losy Joaśki wydały mi się papierowe. Natomiast Łucja nadal była najbarwniejszą kobietą tej trylogii. Dlaczego nie dał jej pan ostatniej szansy na miłość? Może jakieś sanatorium?

MP: Wychodząc za Konstantego Łucja miała, zdaje się, sześćdziesiąt cztery lata. Gdy Konstanty umarł, miał lat blisko dziewięćdziesiąt! Tak, wiem, rozumiem, że dawało się ją polubić i wiele czytelniczek życzyło jej jak najlepiej. Niestety, musiałem już oszczędzić jej zbyt wielkich uniesień. Proszę to zrozumieć.!


Natomiast co do Joasi. Ha, właściwie żadnych jej, nazwijmy to dość lekko: perypetii, nie wymyśliłem na kartce, lecz gdzieś podejrzałem lub zasłyszałem. A cała druga część jej życia – począwszy od początków warszawskiej kariery, po powrót do Gdyni – zapewniam – nie jest papierowa.


LZ: A tam, Hugh Heffner ożenił się w sędziwym wieku, więc i Łucja mogłaby. Miałam wrażenie, że witalności miała w sobie tyle, co 10 młódek. Polubiłam ją bardzo. A losy Joasi nie wydają mi się sztuczne, nie o to mi chodzi, ale nie nabralam do niej żadnych emocji, poza zakończeniem. Jej brata – przeciwnie – polubiłam od początku. Może dlatego, że on był buntownikiem, a Joasia nie. Żałowałam, że calość trzeciej części nie ujął Pan z perspektywy brata.

MP: Nie potrafię odpowiedzieć. Ja Joannie wierzę, rozumiem ją niemal w każdej sytuacji. Co więcej – jej historia wydaje mi się charakterystyczna i ważna. Ale być może nie potrafiłem przedstawić tego należycie.


LZ: Myślę, że po prostu postać brata przemawia do mnie bardziej, bardziej się z nim identyfikuję niż z nią, bo jest bardziej zwariowany. Joasia jest poukładana. Ale przejdźmy do następnego pytania. Jak długo trwało u Pana pisanie książki? Czy najpierw zbierał Pan materiały i miał ułożony plan? Czy postacie 'kreowały' się same? Dużo Pan wykasowuje tekstu? Czy pozwala Pan komuś czytać swoje teksty przed ich ukończeniem?


MP: Dżokera pisałem niemal dwa lata. Domino już tylko rok, a Dakotę kilka miesięcy. Przy czym nie wynikało to wcale z mniejszego przykładania się do tematu; z czasem po prostu pisało mi się łatwiej, robiłem to zresztą wiedząc już, że kolejne książki zostaną wydane (czego nie wiedziałem w przypadku Dżokera); wreszcie: pisałem o czasach coraz mi bliższych, więc nie wymagających aż tak wielkiego szperania po archiwach czy choćby internecie.


Postaci na początku rzeczywiście pojawiły się same: Łucja, Krzysztof i Adam. Kot przyszedł później i na pewno nie spodziewałem się, że stanie się tak ważną postacią.


Przy okazji kolejnych tomów pojawianie się nowych bohaterów było już dość naturalne: myślę tu o Anusi, jej dzieciach. Najważniejszy, a może i najpiękniejszy, najbardziej ekscytujący był jednak ten pierwszy moment – kiedy Krzysztof spotkać musiał Łucję, a wszystko na oczach Adama. Oni, w trójkę, stanęli mi przed oczyma w jednej, niespodziewanej chwili. I niemal dokładnie tacy, jak zaprezentowali się w książce. Krzysztof drapieżny i mroczny, Łucja troszkę wycofana, ale i skłonna do ryzyka, no i Adam – któremu prawdziwej śmiałości, nuty szaleństwa przez całe życie brakuje. On jest zawsze na trzy-czwarte, zawsze czegoś mu nie starczy.


Teksty czytał mój przyjaciel, moja żona, a także rodzice. Zwłaszcza ci ostatni więcej wiedzieli o Gdyni, więcej pamiętali – więc liczyłem na ich pomoc. Czytała również moja siostra, kolejni przyjaciele. Może nie w całości, ale w części.


A czy dużo poprawiam? Bardzo dużo, niestety. Zawsze znajduję coś do przepisania, mogę to robić w nieskończoność, bardzo powoli uczę się w tej kwestii ograniczać. Wyrzucać wiele nie wyrzucam, zwykle wcześniej dane sceny mam szczegółowo naszkicowane, wiem, co powinno się w nich znaleźć. Inna sprawa, że wyrzucanie zwykle robi tekstom dobrze.


LZ: Czym się Pan interesuje? Co Pan lubi czytać?

Czytam, wydaje mi się, mnóstwo, czytam zdecydowanie więcej, niż oglądam – filmów czy seriali. Ostatnio, tak się złożyło, wpadały mi w ręce biografie: Prusa, Wandy Rutkiewicz, Sat Ohka, Lema. Albo książki historyczne np. Historia Warszawy. Przeczytałem Fałszerzy Pieprzu Moniki Sznajderman – to wstrząsająca lektura. Czytam Bez dogmatu – Sienkiewicza, skończyłem Apokryf rodzinny Hanny Malewskiej. Właściwie kiedy się nad tym teraz zastanawiam to widzę, że krążę po XIX wieku i często zahaczam o Warszawę. Czyżby rodził się jakiś pomysł...?


Prócz tego namiętnie oglądam wyścigi kolarskie. To rodzaj guilty pleasure.


Lubię też chodzić do teatru. O spektaklu krakowskiej PWST „Do Dna” każdy zapewne słyszał, niemniej polecam, bo to perełka. Teraz czekam już na krakowski festiwal „Boska komedia” - to zwykle świetna okazja, by zobaczyć spektakle z wielu różnych scen: w ostatnich latach wielkie wrażenie robiły na mnie na przykład spektakle z Legnicy („Droga śliska od traw”), Jeleniej Góry („Karskiego historia nieprawdziwa”) czy Wałbrzycha („Zapolska Superstar”).


LZ: Widzę, że czytamy podobne książki. Na biografię Prusa poluję. Patrząc na sposób traktowania rzeczywistości, na realizm szczegółów to ten pisarz wydaje się być Pana wzorem? Bardzo go lubię i uważam, że to jeden z najwybitniejszych realistów w literaturze. Wyścigi kolarskie ogląda mój chrzestny. Zawsze narzeka, że nie ma w TV transmisji, że zostaje radio.
A teatr też uwielbiam, chociaż od lat mam zaległości w tej dziedzinie. Nie uważa Pan, że najtrudniej 'zrobić' dobrą sztukę współczesną? Że Czechowa gra się łatwiej?


MP: Na pewno chciałbym mieć tak czujne i wnikliwe spojrzenie jak Prus. Ale raczej nie mogę przyznać, że pisząc myślałem o „Lalce”. Więc pewnie trudno mówić o wzorze; no chyba, że o podświadomej matrycy jaką „Lalka” jest dla każdego piszącego po polsku.


Nie wiem czy w ogóle miałem jakiś wzór. Wrócę do „Tak trzymać”, które było być może jakimś rodzajem wzoru negatywnego (przy całej mojej sympatii dla tego cyklu!): gdy chciałem by moi Łucja i Krzysztof byli mniej niewinni, mniej uczciwi, mniej czyści. I żeby ich kamienica nie była gwiazdką z nieba, ale garbem, a nawet pretekstem do wyrzutów sumienia. O, miałem więc zatem nie wzór, ale rodzaj anty-wzoru.


A z ostatnią kwestią się nie zgodzę. Przeciwnie: mam wrażenie, że współcześnie powstaje mnóstwo świetnych, poruszających spektakli; z kolei klasyka – na mnie działa mniej. Właściwie tęsknię – za Szekspirem, Czechowem czy Wyspiańskim, którzy przemówią do mnie bardzo mocno.


Dziękuję za rozmowę.

sobota, 30 września 2017

Zbigniew Herbert 'Barbarzyńca w ogrodzie' - eseje o sztuce i pragnieniu duchowości

Okładka książki Barbarzyńca w ogrodzieTen zbiór esejów Zbigniewa Herberta poznaję po raz drugi. Pierwszy raz czytałam pospiesznie, przed egzaminem, ale obiecałam sobie, że przeczytam ponownie. 
Po pierwsze Zbigniew Herbert jest nie tylko znakomitym poetą, ale i ciekawym i frapującym opowiadaczem. Jego szkice o sztuce, zjawiskach i budowlach są ciekawe i przedstawione w sposób obrazowy. Ma się wrażenie, że stoimy wraz z nim i podziwiamy dzieło sztuki, że przechadzamy się po sieneńskiej uliczce i pijemy cappuccino wraz z nim, czy podziwiamy grę świateł w katedrze gotyckiej.Obrona templariuszy napisana jest tak, jak najciekawsza powieść historyczna. Zresztą, jest takowa o tej sprawie (trylogia 'Bractwo' Robyn Young). 
Zbigniew Herbert opisuje swój sposób zwiedzania miejsc i porównuje to ze zwiedzaniem turystycznym, w grupie z przewodnikiem, gdzie wszystko idzie szybko, bez refleksji, jakby odhaczając kolejne atrakcje i robiąc mnóstwo zdjęć. I mówi o swoim zwiedzaniu. Że siada przed obrazem i podziwia, że wybiera jedno dzieło w danej galerii, że chodzi sobie po uliczkach miasta i zwiedza, je, pije wino. Napawa się miejscem. 
Mówi, że tak jest lepiej, że obcowanie z pięknem wymaga spokoju i kontemplacji. 
Inna sprawa, najważniejsza w tych szkicach, to sztuka. Te 10 szkiców traktuje o kilku reprezentantach sztuki późnego średniowiecza i jeden początkowy esej o malowidłach prehistorycznych. Słuchałam tego z ciekawością. Miałam też nieodparte wrażenie, że Herbert widzi w nich ciągłe i zależne od warunków historycznych dążenie człowieka do sakrum, do czegoś co przekracza zwykłe życie, do idei bóstwa. To wszystko łączy byki z Lascaux, katedry gotyckie i obrazy z przełomu średniowiecza i renesansu, ale i ideę zakonu templariuszy. Zbigniew Herbert był intelektualistą, który na świat patrzył inaczej, szerzej, głębiej....
10 gwiazdek
Książka bierze udział w wyzwaniu Łów słów. Rybka wrześniowa AR

wtorek, 29 sierpnia 2017

Melchior Wańkowicz 'Szczenięce lata' - ten kraj zostanie święty i czysty, jak pierwsze kochanie.... O Kresach i dworku szlacheckim

Audiobook Szczenięce lata  - autor Melchior Wańkowicz   - czyta Michał BreitenwaldKsiążka mnie mocno wzruszyła, a zarazem w niektórych momentach oburzyła. Jednym słowem, nie słuchałam jej obojętnie, bo to lektura, której nie słucha się obojętnie. Nie jest to pierwsza książka Wańkowicza, którą czytałam, więc jakieś tam porównanie mam. Wydaje mi się, że jest to najwybitniejsze dzieło tego pisarza. W niespełna 150 stronach zawarł on całe piękno kresowego dworku, całą tęsknotę za utraconym dzieciństwem, za światem, którego już nie ma i ludźmi, którzy umarli. Konstrukcja książki jest przemyślana. Składa się z opisu najpierw dworku w Nowotrzebach, a potem dworku w Kałużycach. Opisy życia Kałużyc przeplata z opisami niszczenia tego miejsca w czasie rewolucji, potem znów jest opis życia dworku, tak jakby Wańkowicz próbował słowami przywrócić ten świat do istnienia. 
Wańkowicz rekonstruuje mentalność szlachecką ze wszystkimi jej zaletami: gościnnością, rodzinnością, ukochaniem przyrody, patriotyzmem, ale i wadami: na przykład oburzającym mnie traktatem o tym, że 'pan mógł 'brać' dziewki ze wsi, 'bo to Pan, a ludzie tego oczekiwali od niego'. Nie wiem, czy jakakolwiek kobieta oczekuje gwałtu! Ale taki był ten świat, zchierarchizowany, patriarchalny. I te poglądy na odwieczność przywilejów szlacheckich i położenia chłopów, tego że chcą żyć jak żyją. 
Majstersztykiem pisarstwa jest w tej książce opis polowania na głuszca. Czuje się aż zapach lasu i słyszy ptactwo leśne. Lektor ładnie czytał gwarą białoruską i zaciągał po kresowemu, co jest istotnym elementem tej książki.
Polecam tę książkę. Daję jej 10 gwiazdek

sobota, 19 sierpnia 2017

Wywiad z panią Beatą Agopsowicz, autorką książek ‘Cztery pory miłości’ i ‘Trudne wybory miłości’

Pani Beata Agopsowicz, źródło: autorka
Pani Beata Agopsowicz, autorka książek 'Cztery pory miłości' i 'Trudne wybory miłości', której książkę recenzowałam niedawno (Recenzja książki), zgodziła się na rozmowę. Oto ta rozmowa (przeprowadzona metodą elektroniczną):


          LZ: W Pani książce terapeutka łączy się z pisarką. Co było pierwsze, gdy postanowiła Pani napisać książkę? Problem do opowiedzenia czy historia?

         BA: W dzieciństwie marzyłam o napisaniu książki i zostaniu sławną pisarką. Podejmowałam małe próby w tym kierunku, pisząc do szuflady. Po latach odgrzebałam to dziecięce pragnienie i zastanawiałam się, w jakiej formie mogłabym przekazać to, co jest dla mnie ważne. Chciałam przekonać, że warto trwać w nierozerwalnym małżeństwie, walczyć o nie ze wszystkich sił. Zdecydowałam się na powieść, która wydaje mi się formą bardziej przyswajalną niż typowe poradniki. Moim zamysłem było, by napisać książkę dla zapracowanych kobiet, żon i matek; książkę, którą łatwo i przyjemnie by się czytało, taką "wciągającą", ale jednocześnie taką, po której przeczytaniu pozostaje coś w głowie i sercu.  Pomysł na książkę zrodził się właściwie w jednej chwili, podczas spaceru z rodziną. Chciałam, by opowiedziana w książce historia była pomocą, światełkiem w tunelu dla osób, które przeżywają trudności.  
Podsumowując i odpowiadając na pytanie: chyba najpierw był problem, który chciałam przedstawić, a potem powoli rodziła się historia oparta na bazie doświadczeń nabytych w pracy z małżeństwami i codziennych obserwacji.  

LZ: Dużą rolę dla bohaterów książki ma zrozumienie drugiej strony i odwrotnie - brak zrozumienia, nierozmawianie ze sobą. Czy mediacje w problemach rodzinnych naprawdę zaczynają się od rozmowy?
             
            BA: Mediacje rozpoczynają się od indywidualnych spotkań mediatora z każdą ze stron, podczas których przedstawiają problem, swój punkt widzenia w zaistniałym sporze, nieraz odkrywają go z innej strony.  Ostatecznie dochodzi do wspólnego spotkania małżonków i mediatora. Celem takiego spotkania nie jest rozmowa z mediatorem, ale małżonków ze sobą. Osoba trzecia ma tylko im towarzyszyć, by umożliwić spotkanie osobom, którym często bardzo trudno podjąć dialog. Mediator czuwa nad przebiegiem tego spotkania, natomiast nie bierze czynnego udziału w rozmowie, nie podsuwa rozwiązań. Często takie spotkanie staje się początkiem wejścia na drogę odbudowywania rozpadającego się związku.
             
            LZ:  Czy pisanie jest dla Pani misją, rozrywką czy pragnieniem pomocy czytelnikom?
             
            BA: Po części pełni każdą z wymienionych przez Panią ról. Muszę podkreślić, że nie byłoby tej książki gdyby nie Boża inspiracja i Jego pomoc w trakcie pisania. Wierzę, że jest to zadanie, misja, którą On mi wyznaczył. Jak już wspomniałam wyżej, poprzez książki chciałam wspierać osoby przeżywające trudności. Najważniejsze jest dla mnie to, że dostaję sygnały o tym, że moje książki dotykają czyjegoś życia, poruszają serca, komuś niosą nadzieję.
             
            Pisanie jest też dla mnie rozrywką, realizowaniem marzenia, powoduje, że odrywam się od codziennych zajęć. Choć oczywiście nieraz wiąże się z dużym wysiłkiem, by ogarnąć jednocześnie dom, dzieci, pracę, obowiązki... 
             
            LZ: Jakie książki Pani lubi czytać? Jakie gatunki, jakich autorów?
             
            BA: Wychowałam się na książkach Małgorzaty Musierowicz i nieraz do nich wracam, oczywiście na bieżąco czytam jej nowe książki. Kiedyś zaczytywałam się w kryminałach Joanny Chmielewskiej. Obecnie lubię czytać książki z przesłaniem, powieści obyczajowe nawiązujące do wartości chrześcijańskich, np. Karen Kingsury, Francine Rivers. Ostatnio sięgam również po literaturę typu Magdalena Kordel czy Dorota Gąsiorowska. Nie przepadam za poradnikami i nie znoszę science fiction. 

         LZ:  Znam książkę Karen Kingsbury. Gdy czytałam Pani 'Cztery pory miłości' od razu mi się skojarzyła tym, że mówi o trudnościach życiowych, że opowiadaną historią próbuje dodać czytelnikowi otuchy.  W polskiej literaturze popularnej jest Pani chyba pierwszą pisarką, która ma odwagę wplatać Boga w powieści?

          BANie jestem pewna, czy pierwszą, ale niewiele jest takiej literatury. Natomiast gdy wpadły mi w ręce książki Karen Kingsbury, pomyślałam, że chcę czytać książki, które umacniają moją wiarę; pokazują, jak Bóg prowadzi człowieka w przeróżnych sytuacjach życiowych. A potem jeszcze stwierdziłam, że to świetny pomysł na dzielenie się swoją wiarą z innymi...

        LZ: Czytałam 'Bożonarodzeniowe opowieści niezwykłe'. Bardzo pocieszyła mnie ta książka. Pamiętam, że pomyślałam, że szkoda, że u nas jest tak mało takich książek, bo człowiek potrzebuje literatury, która pociesza albo daje nadzieję, że życie jest dobre.

        BA: Zgadzam się. Ostatnio wybieram tylko takie książki, które mnie wzmocnią, podniosą na duchu. Szkoda mi czasu, którego i tak mam mało. na czytanie innych. Mam nadzieję, że moje książki poszerzą grono budujących lektur.

       LZ: Na pewno tak będzie. Odnośnie Pani wypowiedzi o Musierowicz, Rodzina Borejków jest chyba dobrym przykładem na to, że można rozmawiać o trudnych sprawach i problemach? Przecież w książce 'Cztery pory miłości' przezwyciężanie konfliktu zaczęło się od rozmowy w szpitalu?

        BA: Chyba każdego, kto czytał książki Małgorzaty Musierowicz urzekła rodzina Borejków, ciepło panujące w ich domu, atmosfera pełna życzliwości. Bardzo ważna jest umiejętność spotkania się ze sobą, cieszenia się swoją obecnością, rozmowy na każdy temat, czego nam często w naszej zagonionej codzienności brakuje. O tym zapomnieli bohaterowie mojej powieści i to doprowadziło ich do głębokiego kryzysu. Rzeczywiście rozmowa staje się początkiem naprawy tego, co sami zepsuli.

         LZ:  Pamiętam scenę bodajże z 'Nutrii i Nerwusa", w której dziadek uczył dziewczynki, że jeśli się kłócą, to mają to robić grzecznie. W rezultacie mówiły do siebie 'Za przeproszeniem, jesteś świnią'. Takie bycie grzecznym chyba ułatwia relacje? Ale w powieści 'Cztery pory miłości' zaskoczyło mnie to, że ten mąż też miał swoje racje. Bo czytając książkę wczułam się w punkt widzenia Asi, a zapomniałam, że i on miał swoje racje.... 

       BA: W kryzysie małżeńskim zawsze mamy do czynienia z dwoma stronami konfliktu i nigdy nie jest winna tylko jedna z nich. Najczęściej to konsekwencja braku dbania o relację małżeńską, braku dialogu... Ważne, by współmałżonkowie mieli świadomość, że są współwinni trudności w małżeństwie.. Obydwie strony muszą nazwać uczucia, które się w nich kłębią: gniew, poczucie odrzucenia, poniżenia i odtrącenia, pragnienie zemsty, odegrania się, wstyd i lęk przed zaufaniem małżonkowi; powinny przyjrzeć się, ale nie podsycać emocji, by ruszyć w kierunku jedności...

             LZ: Przeczytałam Pani pierwszą książkę. Czy ta kolejna też kończy się happy endem?
BA: Druga książka nie jest historią kryzysu małżeńskiego. Opowiedziana w niej historia kończy się pozytywnie, choć nie tak, jak bohaterka na początku oczekiwała. Wierzę w Bożą Opatrzność i w to, że Bóg kieruje naszym życiem, czuwa nad nim. Nie zawsze wszystko układa się zgodnie z naszymi wyobrażeniami, ale z perspektywy czasu dostrzegamy wartość trudnych doświadczeń. Nieraz nawet przyznajemy, że jest lepiej niż sami sobie wymyśliliśmy. Książka pokazuje, że czasem wszystko musi się zawalić, by zbudować coś lepszego i trwalszego.
             
            LZ.: Teraz każdy pisze kryminały w wersji szwedzkiej. Ma Pani na to ochotę?
             
            BA: Nie, zupełnie o tym nie myślę. Póki co pozostaję przy powieściach obyczajowych. Moje dzieci namawiają mnie również na książkę skierowaną do najmłodszych.

          LZ: Pamiętam lata temu, że Andrzej Sapkowski na spotkaniu z czytelnikami mówił kiedyś, że gdy został pisarzem to przeczytał mnóstwo książek o powieściach, o pisaniu. A jak to jest u Pani?
             
            BA: Muszę przyznać, że nie przeczytałam żadnej książki o pisaniu.
             
            LZ: Jak Pani odpoczywa?
             
            BA: Spędzam czas z rodziną, rozmawiam z mężem, bawię się, gram z dziećmi, czytam książki, piszę książki, leżę na plaży, chodzę po górach…
             
            LZ: Co Pani sądzi na temat portali społecznościowych?
             
            BA: Uważam, że podobnie jak ze wszystkich zdobyczy techniki, należy korzystać z nich z umiarem. Z jednej strony umożliwiają nam kontakt z szerokim gronem osób, sprawiają, że znikają odległości. Z drugiej strony pożerają czas i nieraz doprowadzają, że rozmawiamy wirtualnie, zaniedbując dialog z najbliższymi nam osobami.
             
           LZ: Uważam, że jedną z zalet portali społecznościowych jest możliwość do napisania do ulubionego pisarza, że jego książka zrobiła na mnie wrażenie. Z drugiej strony wydaje mi się, że facebook wkracza w prywatność znanych osób. To chyba nie jest dobre?

             BA:Na portalach społecznościowych każdy odsłania swoje prywatne życie na tyle, na ile chce. Jeśli więcej pokazuje, więcej o nim wiedzą inni, ale na jego własne życzenie.
          

Bardzo dziękuję za rozmowę.
            
           
            
          

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wywiad z panią Katarzyną Ryrych, autorką powieści ‘Zginęła mi sosna’ i ‘ Życie motyli’



Moja rozmówczyni pani Katarzyna Ryrych, źródło zdjęcia: KR
    


LZ:  Napisała już Pani wiele książek, ale ze wstydem stwierdzam, że dopiero te dwie ostatnie przeczytałam (moje recenzje: 

Katarzyna Ryrych 'Zginęła mi sosna'

   Katarzyna Ryrych 'Życie motyli')

Powieści pani Ryrych, które posiadam
Zaintrygowała mnie ta książka...

.  Ukazały się one prawie jednocześnie w dwóch wydawnictwach. Dlaczego tak? I czy pisała je Pani w tym samym czasie? Bo każda jest inna! Nie powiela żadnego z wzorców powieściowych.


KR: Czyli jeszcze wszystko przed Panią. Dotychczas wydawałam książki dla młodzieży, a te dla dorosłych (zresztą czy jest jakaś różnica? ) powstawały w międzyczasie.  Było WDOWIE WZGÓRZE, taka dziwna książka, o miejscu nietypowym, trochę magicznym, a potem poszło w realizm. Kolejna  to ZGINĘŁA MI SOSNA, nawet kiedyś dostała jakąś nagrodę i zaproponowano mi wydanie jej własnym sumptem. Nie zrobiłam tego, bo dobrej książce szanujący się pisarz takich numerów nie robi. ŻYCIE MOTYLI to najnowsza. Z ubiegłego roku. Zaproponowałam dwu Wydawnictwom , trochę nietypowo. Jeśli chodzi o wzorce – ja lubię opowiadać, luźna narracja, dużo drobnych wątków. Pewnie stąd, że często podróżuję, słucham ludzi, widzę jak budują się historie.  I tak się narodził mój styl. Mój sposób na opowieść.   


     LZ:  Pisanie dla młodych czytelników jest chyba dobrą szkołą pisarstwa, bo dzieci wyłapują dłużyzny i inne oznaki nudy w narracji? 

KR: Zgadza się. To najbardziej wybredna grupa. Trzeba naprawdę dobrze ogarnąć temat, żeby zainteresował. 

       LZ: Czyli ile lat ma ‘Zginęła mi sosna’? 

KR:Pięć. Dokładnie tyle.

               LZ: Nazwałam Pani książki ‘powieściami terapeutycznymi’, bo obie bohaterki długo pracują nad swoimi problemami, analizują, żeby pokonać swoje traumy.  Czy Pani zdaniem z tego, co nam zalega w duszy, da się wyjść? Czy jest to balast na całe życie? Mam na myśli  problemy z relacjami.  Przy czytaniu książek Zginęła mi sosna’ i ‘ Życie motyli’ miałam wrażenie, że bohaterki te wszystkie problemy emocjonalne i niepowodzenia nabyły w rodzinach.  Czy można ‘z tego wyjść’ tak jak nasze bohaterki?

KR: Każdy z nas wlecze jakiś balast, jakieś traumy, jakieś wspomnienia. Czas nie leczy ran, to bzdura. Czas oddala pewne wydarzenia. Ran możemy wyleczyć jedynie my sami.  Sami musimy się uporać z tym, co nas gryzie. Co do rodziny – to pierwszy kawałek świata, tam uczymy się relacji, uczymy się siebie samych.  Często przenosimy złe wzorce. Często padamy ofiarą  zachowań, poglądów, tak, rodzina potrafi nam przyprawić skrzydła albo je podciąć. To tak z obserwacji. A czy można z tego wyjść – można, choć nie jest łatwo. Trzeba spojrzeć na siebie obiektywnie, nie rozczulać się nad sobą ale tez nie dokładać sobie.    

    LZ:  Obie książki są do siebie niepodobne. Jedna gra konwencją powieści o prowincji, a druga przypomina powieść wspomnieniową. Chciałam się zapytać co Pani lubi czytać? 

KR: Dobre książki. Pewnie padnie pytanie co to jest „ dobra książka”. Taka która się pamięta. Która coś wniosła w nasze życie. Dała jakąś odpowiedź na coś. Rozbawiła. Wzruszyła. Którą się trzyma w bibliotece domowej i kiedy zniknie z półki robi się przykro. Książki czasami znikają. Ja nie ukradłam ani jednej, słowo honoru.  



Biblioteczka autorki: rzeczytane



     LZ:  Czy lubi pani bohaterów męskich?  Bo w obu powieściach mężczyźni nie są idealni, delikatnie mówiąc…..

KR: Lubię bohaterów męskich. Józef, nie jest fajny? Dzisiaj na spotkaniu autorskim w Katowicach dowiedziałam się, że wszyscy polubili Józefa…bo Józef to Józef… A moje bohaterki są idealne?


     LZ: Nie są, ale są miłe i można je polubić, bo mają takie same wady co my, czytelniczki. 

KR: Bo to o to chodzi. Żeby zobaczyć coś z siebie. 

   LZ: Czy lubi pani tradycyjne książki , czy nowoczesne formy, takie jak książki elektroniczne czy audiobooki.  Niektórzy pisarze boją się udostępniać swoje książki w formie elektronicznej, bo te łatwiej jest rozpowszechniać. Jakie Pani ma zdanie na ten temat?

KR: Tradycyjne. bo pachną, bo widać je na półce, bo są jakieś takie zwyczajne…w razie potrzeby kogoś w łeb książką można wyrżnąć…Ale z drugiej strony elektronika – ułatwia Zycie, łatwiej w podróż zabrać czytnik, audiobooki – mam tu obok szkołę dla niewidomych. Wszyscy korzystają z audiobooków. Form elektronicznych się nie boję - książka jest po to, aby ją czytano.  Niekontrolowanego rozpowszechniania uniknąć się nie da, takie czasy. 


L  LZ:   Proszę uchylić rąbka tajemnicy: czy ma Pani dużą biblioteczkę?

KR: Bardzo dużą. Książki praktycznie są wszędzie. Bardzo różne. 
Na moją prośbę pani Ryrych zaprezentowała swoją opasłą bibliotekę. To jest 'biblioteka ogólnie'
L
'W czytaniu'. Przepiękna lampa... (LZ)


         LZ: Na co Pani wolałaby się wybrać do kina: na ‘Ostatnią rodzinę’, ‘Pokój’, ‘Wołyń’, czy ‘Bridget Jones”?

KR: OSTATNIA RODZINA.  Sama maluję w wolnych chwilach. WOŁYŃ – nie. Moja rodzina to przeżyła.  Ostatnio zaliczyłam genialne POWIDOKI i SZTUKĘ KOCHANIA. W końcu kiedyś sama rozprułam poduszkę na głowie….nie powiem kogo. Było zabawnie.


      LZ: O tej poduszce chciałam… Ale Pani czytelniczki raczej nie mają udanego pożycia erotycznego….

KR: Ja mam. Ale to kwestia odpowiedniego partnera, zgrania, zaufania. To najbardziej intymne, najbliższe spotkanie dwojga ludzi. Seks to frajda. Ale tylko wtedy kiedy nadaje się na jednej częstotliwości.   Co do bohaterek – nie maja. Bo się nie udało. Ktoś rozminął się z kimś albo…nigdy nie spotkał. 


L   LZ:  Jakie są Pani plany na następną książkę? 

KR: Jedną przesłałam już do MG. A na pulpicie piszą się trzy. W zależności od nastroju. Trzy zupełnie różne i niepodobne do tych, które już są. Będzie coś przewrotnego, coś bardzo poważnego i coś z pogranicza…Myślę, że jesienią skończę i w 2018 trafią do Czytelników.

Dziękuję za rozmowę.



  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Top Commentators Widget for Blogger Blogspot with Avatars

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: