czwartek, 27 kwietnia 2017

Liao Yiwu 'Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu' - horror chińskiego więzienia: relacja świadka

Autorem książki jest Liao Yiwu, chiński poeta, który za publiczne wygłoszenie wiersza 'Masakra' spędził 4 lata w chińskim więzieniu jako kontrrewolucjonista. Więzienie zmieniło go całkowicie, nie tylko jego życie prywatne, ale i jego duszę poety. Po wyjściu napisał reportaż, wspomnienie o tym co widział w więzieniu, książkę 'Za jeden wiersz' oraz reportaż 'Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych'. Napisał również reportaż o chrześcijaństwie w Chinach pt. 'Bóg jest czerwony' oraz reportaż o ludziach z czasów Tiananmen pt. Pociski i opium'.  Książki te są zakazane w Chinach.
Liao Yiwu 2010 Cologne.jpg
Liao Yiwu, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Liao_Yiwu
Wszystkie te książki ukazały się w Polsce w wydawnictwie Czarne. 'Za jeden wiersz' w tym roku, 2017. 

Na książkę składają się trzy części tematyczne: najobszerniejsza, opowiadająca o pobycie w więzieniu, a konkretnie w Ośrodku przesłuchań, następnie w Ośrodku zatrzymań, aż wreszcie w więzieniu, rozdział początkowy,  w którym Liao Yiwu opowiada o sobie i swoim życiu przed zatrzymaniem oraz rozdział końcowy - o życiu po wyjściu z więzienia. 
Nic nie jest tak oczywiste w życiu autora jak by się mogło wydawać. Po pierwsze zdawałoby mi się, że ktoś, kto za wiersz jest wsadzony do więzienia, na pewno interesuje się polityką. A Liao Yiwu mówi, że nie, że nie rozumiał polityki, ale masakra nim strząsnęła. I za ten jeden wiersz spędził w zakładach karnych 4 lata, jak na Chiny i tak krótko, bo - opowiada w książce - że 'kontrrewolucjoniści' z wcześniejszych lat w więzieniu spędzali całe życie. Spotkał takich. Następne moje złudzenie to takie, iż areszt jest gorszy niż zakład karny. W Chinach jest odwrotnie. W Ośrodku zatrzymań bowiem byli i czekający na przyznanie się, i czekający na karę śmierci za przestępstwa kryminalne. Było tam gorzej niż w zakładzie karnym, gdzie osadzeni mieli już własne prycze i jakieś zajęcia, które tak ich męczyły, że nie mieli czasu na inne czynności. Nie jestem ekspertem, ale opisów znęcania się przez współwięźniów jest więcej w rozdziałach o Ośrodku zatrzymań i Ośrodku przesłuchań. 
Książka pokazuje psychiczną i fizyczną degradację człowieka w więzieniu, jego złagrowanie. Choć i tak sam autor nie miał tam najgorzej, bo sam mówi, że umieszczono go w hierarchii więziennej nie najniżej, że nie doświadczył wielu tortur, a nawet dawano mu czas na czytanie. Więzienie chińskie odzwierciedla hierarchiczną strukturę społeczną Chin.  W każdej celi był starszy, 'numer jeden', który przydzielał zajęcia i decydował o miejscu na podłodze, o tym, kto ma być dręczony, a kto nie. Liao Yiwu dzięki talentowi poetyckiemu i umiejętności pisania listów i pism oraz talentowi do negocjacji mógł czytać, był wysyłany do biblioteki, a nawet szanowano jego talent. Jednocześnie był świadkiem wielu tortur i całego upodlenia człowieka w więzieniu.  Tortury były fizyczne i psychiczne. Zadawano wyszukane rany (menu składające się ze 180 'potraw'), znęcano się seksualnie. Dręczyło ich zimno, wszy, smród i przepełnienie. Dodatkowo dręczyli ich strażnicy oraz własny umysł. Liao Yiwu mówi o beznadziejności oporu, o tym, że wiedział, że system sądowy nie działa, że jego obrona nie ma sensu. 
Po wyjściu z więzienia mówi o tym, że czuł się jak śmieć, że odrzuciło go społeczeństwo, rodzina i tylko upór o tym, żeby pozostać sobą, żeby nie ulec systemowi kazał mu trzymać się drogi outsidera.

Wiersz 'Masakra', za który został wtrącony do więzienia, gdy się w niego wczytałam, mówi właśnie o tym, o masakrze w duszach ludzkich jakie robi totalitaryzm, o zmiażdżeniu wolnej woli, o podporządkowaniu państwu:
A innego rodzaju masakra dokonuje się w centrum Utopii.
Gdy premier się przeziębi, lud musi kaszleć, raz za razem wprowadza się stan wyjątkowy,
Strupieszała machina państwa miażdży tych, co śmią się sprzeciwić chorobie (...)
Gnijące, upalne lato, ludzie i duchy śpiewają chórem:
Nie idź na wschód, nie idź na zachód, nie idź na południe i na północ.
Stoimy w świetle, lecz wszyscy są ślepi,
Stoimy na szerokiej ulicy, lecz nikt nie potrafi chodzić, 
Stoimy wśród zgiełku, lecz wszyscy są niemi (...)
Pies wylizuje mięsną miazgę, a ty płaczesz w brzuchu psa!
Płaaaczesz!
Z tej masakry, jakiej nie znała historia, tylko psi pomiot może ocaleć'. 

Smutna, ale prawdziwa diagnoza...
10 gwiazdek
Za książkę do recenzji bardzo dziękuję  wydawnictwu Czarne.
 Wydawnictwo Czarne

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Faustyna Kowalska 'Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej' - w święto Miłosierdzia

Okładka książki Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej  Dzienniczek przeczytałam w 2014 roku. Miałam sobie kupić własny egzemplarz, nie kupiłam. Oto moja recenzja właśnie z 2014 roku:
'Dzienniczek siostry Faustyny' czytałam długo, ponad tydzień, ale nie żałuję. Bo mogłam spokojnie przyswajać sobie treść i przesłanie ten mistyczki i świętej.
Gatunkowo, 'Dzienniczek' zawiera kilka gatunków literackich: dziennik intymny, modlitwy, litanie, hymny, dialogi średniowieczne i poemat teologiczny. Moim skromnym zdaniem, bardzo dobre literacko. Język jest językiem potocznym, ale tylko tam, gdzie św. Faustyna mówi 'od siebie'. Tam, gdzie opowiada o objawieniach i o Bogu, to jest to język, który próbuje oddać całą głębię i niezwykłość objawień. Występują nawet określenia od św. Jana od Krzyża, których święta nie mogła znać, bo pamiętamy, ze jeszcze w czasie II wojny światowej Karol Wojtyła, żeby czytać św. Jana od Krzyża musiał nauczyć się hiszpańskiego - nie było tłumaczenia na polski.
'Dzienniczek' jest ogromną kopalnią przeżyć świętej, oddaje Jej walkę duchową o miłosierdzie, o to, żeby mieć dobroć wobec swoich wrogów, mówi o objawieniach i charyzmatach, przedstawia wizje, które poruszają i pokazuje świat zakonu i otoczenie św. Faustyny we wszystkich 'ludzkich' odcieniach relacji: wrogości i sympatii, zazdrości i szacunku.
To bardzo ważna książka dla mnie. Tę pożyczyłam, ale kupię sobie, żeby czytać kilkakrotnie. 
8 gwiazdek

Koleżanka spytała mnie kiedyś, widząc, że czytam 'Dzienniczek', co myślę na temat wizji przedstawionych w książce. A co ja mam myśleć? Nie mam pojęcia. To kwestia wiary. Ale inna rzecz mnie poruszyła w toku narracji. Faustyna to jedna z najbardziej samotnych osób, jakie kiedykolwiek pisały dzienniczki. Bardzo do głębi mnie to poruszyło, może nawet bardziej niż jej modlitwy. Ta jej samotność przeogromna. Ona w zasadzie nie miała z kim porozmawiać! Człowiek sobie myśli, ze klasztor, to święte i pobożne mniszki, a w 'Dzienniczku' pokazano zawiść, zazdrość i niemiłe uczucia. A ona, biedna Faustyna te swoje kartofle z pokorą gotowała i przy furcie stała. Człowiek współczesny się z tego śmieje, ale w sumie pomyślmy co ona mogła zrobić? Musiała tkwić w miejscu, w którym była. Nie stała za nią ustosunkowana familia, ani wielki posag od rodziny. Była ubogą, prostą kobietą, która chciała być dobra. I zaakceptowała. Nie przymilała się na siłę. Oglądałam film z Danutą Segdą, piękny film, ale wydaje mi się, że pokazał kompletnie inną Faustynę, taką mistyczną. A Faustyna z Dzienniczka była bardzo osadzona w codzienności. Z tym garem kartofli ciągle. I ta jej wielka samotność. Przecież poza rozmowami 'mistycznymi' w swojej izdebce i spowiedziami ona nie miała do kogo ust otworzyć. Samotność jest plagą XXI wieku. Dlatego jej postać nie wydaje mi się archaiczna. Ileż teraz mamy takich samotnych ludzi?

I tak to widzę. Tę książkę.

sobota, 22 kwietnia 2017

Magdalena Jastrzębska 'Panie kresowych siedzib'

Dziś książka wyjątkowa, gratka dla kresofilów, książka opatrzona licznymi ilustracjami oraz przypisami do bogatych źródeł: listów, pamiętników itd. Wydana przez Wydawnictwo LTW w 2016 roku. Autorka, pani Magdalena Jastrzębska prowadzi ciekawy blog, na który zaglądają osoby interesujące się Kresami. Przed świętami Bożego Narodzenia zorganizowała konkurs i w tym konkursie miałam przyjemność wygrać tę oto Jej książkę z dedykacją autorki. Bardzo dziękuję. 
Książka składa się z 21 portretów 'Pań na Kresowych Siedzibach', wśród nich pani Fredrowa, portret jej i jej męża, hrabiego Fredry. To się z tego ucieszyłam, że zobaczę ich twarze, bo z pewnego nieładnego wierszyka, którego autorem był sam zbereźnik Fredro, wynikało, że dzieliła ich różnica wieku, że on był tym brzydkim i starym, a ona ładna i młoda ('Stary Fredro w książkach grzebie, a młody.....')
Okazuje się, że oboje byli uroczy, a ich miłość romantyczna i z przeszkodami (strony 123-135). 
Gdy myślimy o arystokratkach z polskich pałaców kresowych to wydaje się nam, że tylko pięknie wyglądały, że były czymś w rodzaju pięknej ozdoby domu, a równocześnie, że wiodły sielski żywot. 
Autorka przekopawszy masę dokumentów i tekstów pokazuje w tej książce, że nie zawsze było różowo, że ich życie było bogate, ale i czasami smutne, że doświadczały takich samych cierpień jak wszystkie kobiety wszystkich czasów: śmierć dzieci albo męża, mariaż popełniony z nakazu rodziny, szalona miłość, patriotyczne ofiary itd.. Najsmutniejszą kobietą wśród tych 21 portretów była przedostatnia bohaterka, Julia z Ledóchowskich Chodkiewiczowa oraz jej córeczka Zosia, które zginęły z rąk bolszewików w Młynowie w 19919 roku, męczone przez dwa dni. Największym oryginałem w tej plejadzie była 'singielka' i ekscentryczka, stara panna i autorka albumu heraldycznego, ciotka Josefa Conrada, Regina Korzeniowska. Były też rozwódki i ukochane żony, szacowne matrony i społeczniczki. 


Fragmenty książki...

Równocześnie książka pokazuje bogactwo i różnorodność życia kresowego, które zakończyły lata 1919, a potem druga wojna światowa. Poprzez pryzmat kobiet pokazano czym to życie kresowe tak naprawdę było, że tworzyli je arystokraci i polskie ziemiaństwo. Że były to ostoje patriotyzmu i polskości, skarbnice polskiej kultury i miejsca, gdzie był czas i ochota na poznawanie współczesnej kultury. Miejsca te były też ostoją nowoczesnej i wydajnej gospodarki na tych przeogromnych połaciach czarnoziemów. W majątkach były młyny, gorzelnie, oranżerie, stajnie itd.  Autorka popracowała nad wyszukaniem danych o tych sprawach, a przy okazji i na marginesie wspomina o tym, co zostało z pałaców, budynków itd. A zostało niewiele, ale i w tym mieszczą się teraz szkoły i inne ośrodki użyteczności publicznej. Gdy czytałam te opisy niszczenia tego wszystkiego, miałam wrażenie, że było to bezmyślne psucie, niszczenie, nie zastępowalne tworzeniem nowego. Palenie bibliotek, rozbijanie mebli, podpalanie budynków, wycinanie drzew. Nie opowiadam się za którąkolwiek ze stron w tym przeszłym już konflikcie narodowościowym na tych ziemiach, ale psucie wszystkiego, co mogło się przydać ludziom jest po prostu barbarzystwem.
Jest tam też mały epizodzik, który dał mi do myślenia. Mówiąc o majątku którejś z bohaterek książki, mamy podane, że miała ona 2000 hektarów i 3 tys. ludzi, albo odwrotnie. W każdym razie, jako córka rolnika, wyliczyłam, że jeden 'włościan' musiał obrobić około hektara ziemi. biorąc pod uwagę, że orano końmi, plewiono ręcznie, nie mając jeszcze oprysków (XIX wiek przecież!), to chłopi na tych terenach musieli się nieźle narobić....  Z drugiej strony książka wspomina o ochronkach, szkołach i innych formach troski arystokratów o swoich poddanych.
Książkę jak najbardziej polecam, bo jest niezmiernie ciekawa oraz przejrzyście napisana. 
Daję książce 8 gwiazdek
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:
 











Recenzję niniejszą umieszczę również na stronie:
Banerek

piątek, 21 kwietnia 2017

Agnieszka Meyer 'Karmin' - o miłości, cennych książkach i utraconej przeszłości

RECENZJA PREMIEROWA
Najnowszy debiut książkowy wydawnictwa MG zaintrygował mnie swoją nieoczywistością. Ale takiej książki się nie spodziewałam.
Powieść ukazała się30 marca 2017 roku w wydawnictwie MG. To debiut książkowy autorki, o której napisano na okładce książki, że pisała artykuły i wywiady do Twojego Stylu, Wiedzy i Życia oraz Gazety Wyborczej. Eseje na temat doświadczeń rodziny dwukulturowej opublikowała w formie e-booka pt. 'Zabierz mnie do domu'.
Książka 'Karmin' to opowieść o dwóch mężczyznach i dwóch kobietach, o miłości i książkach, o pięknych przedmiotach, a przede wszystkim o przeszłości. Niedawno, zdaje się Zimbardo napisał książkę o tym, w jakim czasie żyjemy. Twierdzi on, iż ludzie żyją w przeszłości, teraźniejszości i przeszłości. W książce troje bohaterów żyje przeszłością, tą ze wspomnień, z tęsknoty i utrwaloną w przedmiotach: Selina, Max i David, a jedna - Amerykanka Jessie - to kobieta żyjąca w przyszłości, kompletne przeciwieństwo Maxa i Seliny.
Powieść powoli, bardzo powoli i subtelnie osnuwa misterny czworokąt miłosny pomiędzy tymi postaciami. Dogłębnie pokazuje meandry uczuć, tych namiętnych, ale powierzchownych i tych głębokich, stanowiących sens życia. Selina jest kobietą pełną czaru. Jej praca również fascynuje. To konserwatorka starodruków, której babka traumatycznie wspomina wojnę i ma jakieś żydowskie korzenie. Natomiast miłością życia Seliny stał się Niemiec: Max. Max to stolarz wykonujący artystyczne meble. Druga kobieta w książce, Jessie, jest Ameryką, która nie rozumie europejskiego zakorzenienia w przeszłości. Natomiast David to postać kompletnie oryginalna i tajemnicza, o którym od początku wiadomo tyle, że ma staroświeckie maniery, potrafi uwodzić kobiety, zna się na starodrukach i potrafi 'wszystko, co praktyczne (...) Polować, podkuć konia, podzelować buty, szyć, gotować, sporządzać podstawowe leki - w myślach dodał jeszcze: 'sporządzać fałszywe dokumenty i trucizny'. '.(str. 201).  Czyli postać ciekawa.
Autorce udało się ukazać zdarzenia i postacie z niezwykłą przenikliwością. Z pozoru banalnej intrygi powstała niesamowicie intrygująca i pochłaniająca jak magnes książka o miłości i tęsknocie o miłości do rzeczy pięknych i o sensie życia. Przepiękny jest język książki i narracja, która dostosowuje się do osób, z których punktu widzenia w danym rozdziale poznajemy zdarzenia.
Poza tym wszystkim mamy też książki, przepiękne, cenne i takie, które stulecia ukrywały za cenę życia i wielkich poświęceń. I mamy teraźniejszość, w której książki są sprowadzone do pliku w komputerze. Nasze postacie toczą w pewnym momencie zażarty spór na temat książek papierowych i elektronicznych. Warto go przeczytać. Mówią też o tym, że dzisiejszy świat opiera się na jednorazowości przekazu i na ulotności, oraz znikaniu unikatowych zjawisk, przedmiotów i stworzeń i na ich potrzebie zachowania. Spośród wszystkich unikatów w książce, najbardziej unikatowe są:  'Księga z Kells', Selina oraz prawdziwa miłość, która zdarza się tylko raz....
Książka wchłonęła mnie nie od razu, powoli, ale jak już to się stało, to nie mogłam wyjść spod jej czaru jeszcze po skończonej lekturze...
Bardzo ją polecam.
9 gwiazdek
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG:
uc?export=download&id=0B_-TXCvN-hX-N

środa, 19 kwietnia 2017

William Makepeace Thackeray 'Barry Lyndon' - czyli jak nie zostać bohaterem i cieszyć się życiem...

Piękna okładka, twarda oprawa, duża czcionka - to niedawno, bo 15 lutego 2017 roku, wydane przez Replikę pierwsze polskie tłumaczenie książki autora 'Targowiska próżności', Williama Makepeace Thackeray'a, The Memoirs of Barry Lyndon. Książka czekała na polskie tłumaczenie około 150 lat, bo od 1844 roku. W sumie nie wiem dlaczego, bo skoro był film  w reżyserii Stanleya Kubricka z 1975 roku, to książka musiała być znana. Dlaczego nie u nas? Tego nie wiem, ale najważniejsze, że wreszcie jest. 
Ilustracja
William Makepeace Thackeray (ur. 1811 w Kalkucie, zm. 1863 w Londynie), źródło zdjęcia: Wikipedia

Thackeray'a znałam już w podstawówce z książki 'Pierścień i róża'. Potem jego 'Targowisko próżności' uderzyło mnie genialnością, gdy na studiach czytałam sobie literaturę angielską. Czytając epokami wyczuwa się schematy, nawet jeśli pisze wybitny pisarz. A po tych wszystkich słodkich pannach z brytyjskiej prowincji dostałam Becky, bohaterkę 'Vanity fair'. Pamiętam, że zachwycił mnie styl pisania, ironia i ciągłe bawienie się nie tylko konwencjami pisarstwa, ale przede wszystkim naszymi schematami myślenia o ludziach: że jak sierota, to na pewno chce być pokorna i dobra, jak bogata, to na pewno jest wredna. Thackeray odwraca wszystko i tworzy świetnie napisane powieści. 'Barry Lyndon' to potwierdza...
Moje własne 'Thackeray'e' ;) 'Vanity fair' dostałam po angielsku, z ilustracjami. Przymierzam się do czytania w oryginale.
Książka jest świetną powieścią o ciekawym i pełnym życia człowieku, który w swoich czasach, może i był uważany za ignorującego zasady i normy społeczne, ale teraz, w XXI wieku byłby, tak jak to opisał Thackeray, człowiekiem sukcesu. Redmond Barry z Ballybarry, po żonie Lyndon, to Irlandczyk, wychowany bez ojca, przez matkę, która wpoiła mu, że liczy się ogłada towarzyska, urok osobisty i pieniądze, które otworzą wszystkie drzwi. Do tego zestawu Redmond dodał swoje cechy charakteru, takie jak poczucie humoru, optymizm, determinację w dążeniu do celu oraz znajomość ludzkiej natury. To wszystko sprawiło, że nasz antyheros żył ciekawie i przeżył wiele przygód: był amantem i karciarzem, wojakiem i dezerterem, dżentelmenem i łotrem.  Dopiero kobieta, równie ciekawa jak on, sprawiła, że jego życiowa passa została narażona na próbę....
'Barry Lyndon' to ciekawa panorama Europy w II połowie XVIII wieku. To Europa trawiona wojnami, w których grabieni są i zabijani biedni, podczas gdy bogaci grają w karty, a królowie wynajmują wojska. To świat, w którym liczy się blichtr i pozory, a etykieta jest ważniejsza niż moralność. W zasadzie Barry Lyndon odnosi sukces wbrew swojej klasie społecznej i to dlatego, że ignorował zasady. Jako chłopiec nie chciał wkuwać łaciny, a wolał powieści, co dało mu potem w życiu wielką przewagę nad tymi, którzy trzymali się zasad. Był dezerterem, ale uznał, że jest to okazja do skorzystania w życiu, był biedny, ale postawił na hazard. Nie kochała go kobieta, a się uparł.Pokazał, że w życiu prawda nie popłaca, że różnie w życiu bywa, ale ważne, żeby się dobrze bawić.
Prawdę mówiąc, ja bym tak nie potrafiła. Pewnie dlatego z taką ciekawością czytałam tę książkę, żeby poczuć się przez chwilę panią życia i tak jak Redmond bez grosza przy duszy, ale z dobrą miną do złej gry, w karecie zdobyć salony....
Zapisałam sobie bardzo ciekawy i pouczający cytat, w którym Redmond mówi o kobietach:
'Najbardziej wyrafinowane kobiety mają w zwyczaju zakochiwać się w najbardziej nieokrzesanych i niedouczonych reprezentantach mojej płci. Sprzeczności w nich tkwiące zdają się nigdy nie mieć końca'. 
8 gwiazdek, polecam.
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Replika:




wtorek, 18 kwietnia 2017

Marcin Mamoń 'Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy. Opowieść polskiego dziennikarza porwanego przez Al-Kaidę'

Książka ukazała się w Wydawnictwie Literackim 2 marca 2017 roku. Syria, dżihadyści, Państwo Islamskie, ISIS to tematy ważne i takie, o których mam potrzebę czytać więcej, niż z nagłówków wiadomości. Ta książka jest opowieścią o tych sprawach, napisaną przez dziennikarza, który był tam i który przez jakiś czas był porwany przez Al-Kaidę. 
Zwykły Europejczyk taki jak ja chce zrozumieć co się dzieje tam w Syrii, kto jest ofiarą i po której stronie jest prawda. Czy książka 'Wojna braci' daje jednoznaczną odpowiedź? Nie wiem. W sumie pokazuje prawdę, ale prawda okazuje się smutna i zawikłana. Okazuje się, że wszystkie strony są winne, że niewinni są zabijani i że podejrzenia idą ku służbom wywiadowczym wielkich mocarstw.
Tytuły rozdziałów brzmią ciekawie: 'Syria 2012', 'Ukraina', 'Kaukaz', 'Syria 2015'. O ile Syria mnie nie dziwi, a Kaukaz kojarzy mi się z dżihadystami (o czym pisał Wojciech Jagielski w książce 'Wszystkie wojny Lary'), to Ukraina nijak nie wiąże się z tematem. Ale Mamoń pokazał, że się wiąże. 
Jego narracja na temat dżihadystów, czy raczej 'braci', jak oni sami o sobie mówią, jest narracją od wewnątrz. Dziennikarz długi czas zdobywał ich zaufanie, kontakty, był tam. Pokazuje świat oczami tych ludzi, tak jak oni to widzą i stara się nie oceniać. Ocena ich zachowania dokonuje się poprzez ich czyny. W sumie został porwany przez nich, ale i uwolniony. Mamoń poznał i opisał zasady, jakie panują w tamtym świecie, wartości, jakimi się kierują, co jest dla nich ważne, a czym gardzą. Opisuje ludzi przyzwoitych, i tych złych. Mówi o całej siatce islamistów, o porywaczach, i o desperatach. Pokazuje ludzi, dla których nie ma odwrotu, dżihadystów,  którzy zaślepieni ideologią albo brakiem perspektyw pojechali do Syrii walczyć, a teraz nie mają odwrotu. Mamoń bez usprawiedliwienia mówi o tym, co było przyczyną tego zjawiska, jakim określamy Państwo Islamskie. Mówi o zbrodniach żołnierzy Al-Assada, o walce wywiadów amerykańskiego i rosyjskiego, o tym, jak sprawa wymknęła się spod kontroli ludzi, którzy to organizowali, a stała się sprawą bezwzględnych terrorystów. 
Bardzo ciekawy jest rozdział o samym uwięzieniu. Autor barwnie opisuje warunki, jakie panowały, strażników i to, o czym myślał wówczas i jak udało mu się uwolnić.
W sumie książka przybliża świat Bliskiego Wschodu i wojny, w której sprawiedliwi dawno umarli, a w której religia stała się orężem walki. Mamoń pokazuje świat od środka, nie klasyfikując ludzi do szufladek 'dobrzy', 'źli'. Można się z tej książki wiele dowiedzieć o Państwie Islamskim, jak i o pracy reportera wojennego, który naraża życie dla poznania prawdy.
9 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

600na150_f71868defe_80b23b520e.jpg.jpg?s
 Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:


niedziela, 16 kwietnia 2017

Wywiad z panią Katarzyną Ryrych, autorką powieści ‘Zginęła mi sosna’ i ‘ Życie motyli’



Moja rozmówczyni pani Katarzyna Ryrych, źródło zdjęcia: KR
    


LZ:  Napisała już Pani wiele książek, ale ze wstydem stwierdzam, że dopiero te dwie ostatnie przeczytałam (moje recenzje: 

Katarzyna Ryrych 'Zginęła mi sosna'

   Katarzyna Ryrych 'Życie motyli')

Powieści pani Ryrych, które posiadam
Zaintrygowała mnie ta książka...

.  Ukazały się one prawie jednocześnie w dwóch wydawnictwach. Dlaczego tak? I czy pisała je Pani w tym samym czasie? Bo każda jest inna! Nie powiela żadnego z wzorców powieściowych.


KR: Czyli jeszcze wszystko przed Panią. Dotychczas wydawałam książki dla młodzieży, a te dla dorosłych (zresztą czy jest jakaś różnica? ) powstawały w międzyczasie.  Było WDOWIE WZGÓRZE, taka dziwna książka, o miejscu nietypowym, trochę magicznym, a potem poszło w realizm. Kolejna  to ZGINĘŁA MI SOSNA, nawet kiedyś dostała jakąś nagrodę i zaproponowano mi wydanie jej własnym sumptem. Nie zrobiłam tego, bo dobrej książce szanujący się pisarz takich numerów nie robi. ŻYCIE MOTYLI to najnowsza. Z ubiegłego roku. Zaproponowałam dwu Wydawnictwom , trochę nietypowo. Jeśli chodzi o wzorce – ja lubię opowiadać, luźna narracja, dużo drobnych wątków. Pewnie stąd, że często podróżuję, słucham ludzi, widzę jak budują się historie.  I tak się narodził mój styl. Mój sposób na opowieść.   


     LZ:  Pisanie dla młodych czytelników jest chyba dobrą szkołą pisarstwa, bo dzieci wyłapują dłużyzny i inne oznaki nudy w narracji? 

KR: Zgadza się. To najbardziej wybredna grupa. Trzeba naprawdę dobrze ogarnąć temat, żeby zainteresował. 

       LZ: Czyli ile lat ma ‘Zginęła mi sosna’? 

KR:Pięć. Dokładnie tyle.

               LZ: Nazwałam Pani książki ‘powieściami terapeutycznymi’, bo obie bohaterki długo pracują nad swoimi problemami, analizują, żeby pokonać swoje traumy.  Czy Pani zdaniem z tego, co nam zalega w duszy, da się wyjść? Czy jest to balast na całe życie? Mam na myśli  problemy z relacjami.  Przy czytaniu książek Zginęła mi sosna’ i ‘ Życie motyli’ miałam wrażenie, że bohaterki te wszystkie problemy emocjonalne i niepowodzenia nabyły w rodzinach.  Czy można ‘z tego wyjść’ tak jak nasze bohaterki?

KR: Każdy z nas wlecze jakiś balast, jakieś traumy, jakieś wspomnienia. Czas nie leczy ran, to bzdura. Czas oddala pewne wydarzenia. Ran możemy wyleczyć jedynie my sami.  Sami musimy się uporać z tym, co nas gryzie. Co do rodziny – to pierwszy kawałek świata, tam uczymy się relacji, uczymy się siebie samych.  Często przenosimy złe wzorce. Często padamy ofiarą  zachowań, poglądów, tak, rodzina potrafi nam przyprawić skrzydła albo je podciąć. To tak z obserwacji. A czy można z tego wyjść – można, choć nie jest łatwo. Trzeba spojrzeć na siebie obiektywnie, nie rozczulać się nad sobą ale tez nie dokładać sobie.    

    LZ:  Obie książki są do siebie niepodobne. Jedna gra konwencją powieści o prowincji, a druga przypomina powieść wspomnieniową. Chciałam się zapytać co Pani lubi czytać? 

KR: Dobre książki. Pewnie padnie pytanie co to jest „ dobra książka”. Taka która się pamięta. Która coś wniosła w nasze życie. Dała jakąś odpowiedź na coś. Rozbawiła. Wzruszyła. Którą się trzyma w bibliotece domowej i kiedy zniknie z półki robi się przykro. Książki czasami znikają. Ja nie ukradłam ani jednej, słowo honoru.  



Biblioteczka autorki: rzeczytane



     LZ:  Czy lubi pani bohaterów męskich?  Bo w obu powieściach mężczyźni nie są idealni, delikatnie mówiąc…..

KR: Lubię bohaterów męskich. Józef, nie jest fajny? Dzisiaj na spotkaniu autorskim w Katowicach dowiedziałam się, że wszyscy polubili Józefa…bo Józef to Józef… A moje bohaterki są idealne?


     LZ: Nie są, ale są miłe i można je polubić, bo mają takie same wady co my, czytelniczki. 

KR: Bo to o to chodzi. Żeby zobaczyć coś z siebie. 

   LZ: Czy lubi pani tradycyjne książki , czy nowoczesne formy, takie jak książki elektroniczne czy audiobooki.  Niektórzy pisarze boją się udostępniać swoje książki w formie elektronicznej, bo te łatwiej jest rozpowszechniać. Jakie Pani ma zdanie na ten temat?

KR: Tradycyjne. bo pachną, bo widać je na półce, bo są jakieś takie zwyczajne…w razie potrzeby kogoś w łeb książką można wyrżnąć…Ale z drugiej strony elektronika – ułatwia Zycie, łatwiej w podróż zabrać czytnik, audiobooki – mam tu obok szkołę dla niewidomych. Wszyscy korzystają z audiobooków. Form elektronicznych się nie boję - książka jest po to, aby ją czytano.  Niekontrolowanego rozpowszechniania uniknąć się nie da, takie czasy. 


L  LZ:   Proszę uchylić rąbka tajemnicy: czy ma Pani dużą biblioteczkę?

KR: Bardzo dużą. Książki praktycznie są wszędzie. Bardzo różne. 
Na moją prośbę pani Ryrych zaprezentowała swoją opasłą bibliotekę. To jest 'biblioteka ogólnie'
L
'W czytaniu'. Przepiękna lampa... (LZ)


         LZ: Na co Pani wolałaby się wybrać do kina: na ‘Ostatnią rodzinę’, ‘Pokój’, ‘Wołyń’, czy ‘Bridget Jones”?

KR: OSTATNIA RODZINA.  Sama maluję w wolnych chwilach. WOŁYŃ – nie. Moja rodzina to przeżyła.  Ostatnio zaliczyłam genialne POWIDOKI i SZTUKĘ KOCHANIA. W końcu kiedyś sama rozprułam poduszkę na głowie….nie powiem kogo. Było zabawnie.


      LZ: O tej poduszce chciałam… Ale Pani czytelniczki raczej nie mają udanego pożycia erotycznego….

KR: Ja mam. Ale to kwestia odpowiedniego partnera, zgrania, zaufania. To najbardziej intymne, najbliższe spotkanie dwojga ludzi. Seks to frajda. Ale tylko wtedy kiedy nadaje się na jednej częstotliwości.   Co do bohaterek – nie maja. Bo się nie udało. Ktoś rozminął się z kimś albo…nigdy nie spotkał. 


L   LZ:  Jakie są Pani plany na następną książkę? 

KR: Jedną przesłałam już do MG. A na pulpicie piszą się trzy. W zależności od nastroju. Trzy zupełnie różne i niepodobne do tych, które już są. Będzie coś przewrotnego, coś bardzo poważnego i coś z pogranicza…Myślę, że jesienią skończę i w 2018 trafią do Czytelników.

Dziękuję za rozmowę.



  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Fiodor Dostojewski 'Młokos' - w świecie szalonym

Powieść ta została niedawno, w lutym 2017 roku, wznowiona przez wydawnictwo MG. Jest to jedna z ostatnich książek arcymistrza prozy wszech czasów, z 1975 roku, po niej wydał jeszcze jedynie 'Braci Karamazow'. Inny tytuł polski to 'Młodzik'. 

Na Dostojewskiego trzeba mieć odpowiedni nastrój, bo te światy, jakie autor przedstawia zawsze w swoich powieściach, to światy zwariowane, według mnie. Wszyscy tam zachowują się irracjonalnie i lekko szalenie. I te ich rozmowy, dziwaczne, wydumane, patetyczne, lekko szalone. Tam każda z postaci zdolna jest niespodziewanie zrobić coś szalonego. I chyba dlatego te powieści tak fascynują, bo czujemy się normalniejsi od nich. Cokolwiek by się działo w naszym prawdziwym życiu, to i tak jesteśmy normalniejsi niż bohaterowie Dostojewskiego.
Tutaj, w 'Młokosie', mamy sześciusetstronicową opowieść o dziwnej rodzinie, patchworkowej, jak byśmy to teraz powiedzieli i o młodym chłopcu, tytułowym młokosie , Arkadiuszu, który poszukuje tożsamości i autorytetu. Bardzo ta jego postać wydała mi się współczesna. To chłopak, który wychowywał się bez ojca, a ojca w sumie nie miał, bo ten który dał mu nazwisko, nie był jego ojcem, a prawdziwy ojciec zachowuje się jak błazen i przyjaciel domu. Matkę Arkadiusz ubóstwia, ale nie znał jej dobrze, bo matka go nie wychowywała. Pokazane zostały relacje rodzinne. Mówią do siebie 'wy', jedno jest ostrożne wobec drugiego. O ważnych sprawach milczą, omijają. To chyba jest przyczyną bałaganu umysłowego chłopca, to omijanie tematów. Prawdziwy ojciec Arkadiusza to dziedzic Wiersiłow, człowiek z wyższej klasy społecznej, którego tytuł szlachecki nie przysługuje synowi. Bez tego tytułu chłopak nie ma szans na ożenek z kobietą, która go fascynuje.
Ogólnie patrząc na powieść 'Młokos', to jest ona taka jak i inne książki Dostojewskiego, czyli szalona, ale i fascynująca.  Po raz kolejny zdumiał mnie świat Rosji carskiej. Dostojewski pisze sporo o pieniądzach, o tym ile kosztuje komorne, ile płaci się za służbę, ile wynosi pensja, i to wszystko to są marne grosze, bo prawdziwym źródłem utrzymania są tam spadki. Spadek pojawia się w każdej książce Dostojewskiego i są to tysiące rubli, podczas gdy te pensje to pojedyncze ruble. Pytanie moje więc brzmi: SKĄD SIĘ WZIĘŁY U ROSJAN TE TYSIĄCE, SKORO NIE Z PRACY? I dlaczego nadal tak jest? Wystarczy przeczytać książkę 'Rublowka'. Inna zdumiewająca sprawa w powieściach Dostojewskiego to rodziny i relacje. Wszystko tam jest jakieś chore. Kobiety kochają dramatycznie. Mówią 'Kocham pana' i się zabijają, albo robią coś jeszcze innego. Cały czas powieści gadają, gadają, gadają, a nagle okazuje się, że któraś jest w ciąży. Kiedy? Skoro całą książkę przegadała? 
Arkadiusz, tytułowy młodzik, mówi na początku książki, że ma ideę na życie. Ale cała powieść nie realizuje w ogóle tej idei, ale pokazuje jego ojca Wiesiłowa. Zakończenie też. Sprawdziło się moje podejrzenie co do osoby Arkadiusza, że nie był to ani chłopak głupi, jak o nim mówili bliscy w książce, ani zły, tylko szukał prawdy w świecie. Ciągle słyszał wielkie słowa, a mało czynów. Stopniowo dowiaduje się kto jest kim i co znaczą te idee. Że to fikcja.  Książka kończy się dziwnie, bo i cała jest dziwna, tak jak ten cały świat rosyjski w świecie Dostojewskiego jest dziwny. Ale czytałam ją 2 tygodnie i mnie ona pochłonęła bez reszty. Nie powinnam może się za nią była brać w takim smutnym dla mnie nastroju, bo jeszcze tylko mnie zdołowała, ale było warto. Dostojewski pokazał po raz kolejny jak dziwni są ludzie i że szaleństwa nie widać na pierwszy rzut oka. No i pokazała mi ponownie, że nawet najgłupsze nasze życie jest normalniejsze niż to u Dostojewskiego. Tam naprawdę wszystko jest chore i szalone. Nie dziwię się, że każdy ustrój rosyjski upada, bo przy takiej dozie szaleństwa nic się nie może ostać. Może moje wnioski z tej książki powinny być mądrzejsze, może powinno być coś o człowieku, coś o idei itd, ale są prozaiczne: że albo to świat jest szalony, albo my. Młokos był całkowicie normalny, choć podejrzewał siebie o niedostosowanie społeczne, ale był normalny w tym nienormalnym świecie. To ci 'dostosowani' byli w istocie szaleni: ogarnięci szaleństwem pieniądza, zła albo namiętności. 
I jeszcze jeden ważny wniosek wypłynął z książki: taki, że jeden człowiek może kochać jednocześnie dwie osoby: jedną rozsądnie, a drugą szalenie. I najgorsze jest to, ze tacy schizofrenicy nie ujawniają się na pierwszy rzut oka, że fascynują, przyciągają, aż jest za późno. 

10 gwiazdek

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG:
uc?export=download&id=0B_-TXCvN-hX-N

piątek, 7 kwietnia 2017

Anne-France Dautheville 'Sekrety roślin. Przyroda uchyla listka tajemnicy'

Książka ukazała się 16 marca 2017 roku w Wydawnictwie Literackim.
Anne-France Dautheville
autorka
 Autorka, Anne-France Dautheville nie jest botaniczką, ale dziennikarką i pisarką, znaną jako pierwsza kobieta na świecie, która w latach 70. XX w. objechała samotnie świat na motocyklu. Jej pasją jest sztuka ogrodnicza i rośliny, co widać w książce.
Mówi o tym autorka w rozmowie, którą można znaleźć na stronie wydawnictwa:
 Anne-France Dautheville: Nigdy nie rozmawiałam z marchewką
A to sama książka:

Książka nie jest obszerna, ale bardzo pięknie wydana. Przyjemnie się ją czyta, przegląda itd. Przeczytałam ją wczoraj w tzw. międzyczasie, pomiędzy światami Dostojewskiego:

Z tym stwierdzeniem o skrzatach polemizowałabym... bo zadbany ogródek to po prostu dzieło mamy, kochającej roślinki...

Sposób na śmierdzącego psa....

Przed lekturą tej książki czytałam już o niej różne opinie i nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Poza tym wciąż jestem pod wrażeniem leksykonu Simony Kossak. Przestraszyłam się też tego, co napisała jedna czytelniczka, że nie ma tam rysunków, nie wiadomo więc o jakich roślinach jest mowa.
Ale po przeczytaniu jej wczoraj przekonałam się, że książki nie można porównywać z leksykonem. To całkiem odrębna książka, pełna własnej logiki i pasji autorki, która - co widać - jest zafascynowana światem roślin, stara się o nich wiedzieć wszystko. Ta pasja udziela się też czytelnikom.
Nie wiem na ile zapamiętam cokolwiek z tej książki w sensie wiedzy, ale na pewno pozostanie mi w głowie pasja do roślin, przekonanie, że światem przyrody kieruje mądrość wyższa harmonia wewnętrzna.  Że z roślin wszystko się wzięło i że rośliny mogą naprawić świat.
Na początku książki autorka pisze o prapoczątkach roślin, które zapoczątkowały glebę, tlen i to co jest, ale i pisze o roślinach, które potrafią oczyszczać ziemię skażoną metalami ciężkimi albo skażeniami jądrowymi. Zapamiętałam, że takie właściwości ma olenader, słonecznik, gorczyca, burak i nasza swojska  topola.
Nasadzanie drzew nawadnia ziemię, przywraca prawidłowy obieg wody. Rośliny mają rozmaite właściwości, o których opowiada ta niezwykła książka.  Autorka broni tezy o tym, że mówienie do roślin sprawia, że one szybciej rosną, że rzodkiewka reaguje na krzyki (pamiętajmy, żeby się kłócić tylko nad rzodkiewką!). Rozmnażanie roślin i rozpowszechnianie gatunków jest ciekawą sprawą. Niektóre rośliny potrzebują siebie, a inne odwrotnie. To bardzo 'ciekawe ciekawostki'.
Bardzo polecam tę książkę. Mnie ona niezwykle rozerwała i ukoiła skołatane nerwy. Bo jak wiadomo rośliny łagodzą stres.
7 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu
600na150_f71868defe_80b23b520e.jpg.jpg?s
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia
Wschód słońca

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje stosiki

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę  Moje stosiki
Stosik na czerwiec 2018

Zapraszam też do mojego drugiego bloga - o poezji i obrazach pt. Z poetyckiej półki Łęckiej...