czwartek, 31 sierpnia 2017

Michał Piedziewicz 'Dakota' - zakończenie trylogii gdyńskiej i dziejów rodziny Łucji.

Ten trzeci, oczekiwany od roku, tom trylogii gdyńskiej ukazał się 19 lipca 2017 roku. Ja jako miłośniczka poprzednich części, a szczególnie pierwszej, przedwojennej, czekałam na 'Dakotę' z zapałem.
Dla przypomnienia podaję linki do poprzednich recenzji:
Zdjęcia moich książek. To  jest z Elvisem, więc nie omieszkałam je przypomnieć...

 

 

 tom 1-  Michał Piedziewicz 'Dżoker. Gdynia. Miasto cudów'

 tom 2 -  Michał Piedziewicz 'Domino' 


  Ten tom był inny niż poprzednie. Fabuła i perypetie stanowią tło dla opisu przemian polskiej rzeczywistości od schyłku lat 80-tych do 2015 roku. Książka składa się z 4 części, odpowiednio o wnuczce Łucji - Aśce i wnuku Marku. Ich losy poprowadzone są od matury w latach 80-tych, aż po 2015 i Smoleńsk oraz wcześniejszy kryzys. Tak jak napisałam, opis polskiej rzeczywistości jest bardzo ważny w tej książce. Poprowadzony został ciekawie. Pamiętam te czasy, więc te opisy ubrań, muzyki, tego czym żyła Polska były dla mnie miłym przypomnieniem, powrotem do przeszłości. 
Natomiast watek fabularny tylko w połowie należącej do Marka mnie zaciekawił. Ten rozpoczynający, czyli wątek Aśki był według mnie mało plastyczny. Nawet na początku nie mogłam połapać się w imionach. Potem zaciekawiłam się perypetiami Marka, osoby ciekawej. Potem już z uwaga śledziłam perypetie dorosłej Aśki, a  zakończenie uznałam za sztuczne. Autor gubi wątek notatek babci na strychu. Na szczęście doprowadza życie Łucji do finału, smutnego, ale nie urywa na szczęście tego wątku. 
Gdynia w latach rozpoczęcia tej książki jest miastem kiboli i Solidarności. Autor pokazuje handel Polaków i problemy z reprywatyzacją. Nasi bohaterowie, tak jaki pół młodzieży polskiej dorabiała się albo w Warszawie, albo za granicą. Ostatnie lata to w książce czas refleksji i zdania losowi rachunku za życie. Piedziewicz dokładnie i plastycznie ukazuje zmieniającą się Polskę. Jest nawet Euro 2012 i Mydełko Fa. 
Ale jeśli chodzi o fabułę, to poza wątkiem Marka, nudziłam się. Czytałam, bo to trzecia część trylogii, a ja byłam zafascynowana poprzednimi częściami. Miałam wrażenie, że autor na siłę chciał upchnąć wszystko do jednego tomu i opowiedzieć 'całą Polskę po Wybrzeżu'. A odbyło się to kosztem fabuły, która skakała po życiu wnuków Łucji jak perszing, ogarniając w 320 stronach ponad 20 lat, cały 'wiek męski, wiek klęski', jak by powiedział Mickiewicz. 
'Dakotę' samą w sobie, osobno, oceniam na 4 gwiazdki, ale patrząc na całość trylogii polecam ją przeczytać, bo zamyka losy bohaterów i scala opowieść o Gdyni i o Polsce po odzyskaniu niepodległości. Gdynia i Wybrzeże wydają się być mikrokosmosem Polski.  

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG:

wtorek, 29 sierpnia 2017

Melchior Wańkowicz 'Szczenięce lata' - ten kraj zostanie święty i czysty, jak pierwsze kochanie.... O Kresach i dworku szlacheckim

Audiobook Szczenięce lata  - autor Melchior Wańkowicz   - czyta Michał Breitenwald Byłabym tej książki nie słuchała, gdyby nie blogerka pani Maria Orzeszkowa, która pod moją recenzją 'Ziela na kraterze' zapytała o 'Szczenięce lata'. Prawdę mówiąc, myślałam, że to też książka o dzieciństwie dzieci Wańkowicza, a nie o jego dzieciństwie. Dzięki blogerce poznałam świetną książkę, której - teraz już wiem - żaden czytający Polak nie powinien ominąć, jak 'Pana Tadeusza'.
Poznawałam ją uszami. Czytał Michał Breitenwald, z przepięknym głosem. Nazwisko mi się nie kojarzy, ale już twarz tak:
Znalezione obrazy dla zapytania Michał Breitenwald

'Szczenięce lata' ukazały się jeszcze w okresie przedwojennym w 1934 roku, mniej więcej w czasie opublikowania 'Opierzonej rewolucji'. 
Książka mnie mocno wzruszyła, a zarazem w niektórych momentach oburzyła. Jednym słowem, nie słuchałam jej obojętnie, bo to lektura, której nie słucha się obojętnie. Nie jest to pierwsza książka Wańkowicza, którą czytałam, więc jakieś tam porównanie mam. Wydaje mi się, że jest to najwybitniejsze dzieło tego pisarza. W niespełna 150 stronach zawarł on całe piękno kresowego dworku, całą tęsknotę za utraconym dzieciństwem, za światem, którego już nie ma i ludźmi, którzy umarli. Konstrukcja książki jest przemyślana. Składa się z opisu najpierw dworku w Nowotrzebach, a potem dworku w Kałużycach. Opisy życia Kałużyc przeplata z opisami niszczenia tego miejsca w czasie rewolucji, potem znów jest opis życia dworku, tak jakby Wańkowicz próbował słowami przywrócić ten świat do istnienia. 
Trafiła ta książka w mój obecny nastrój, bo niedawno zmarł mój tato i troszkę mam wrażenie, że skończyła się pewna epoka. Dopiero 'Szczenięce lata' uświadomiły mi te uczucia, ten nastrój. Jednak Wańkowicz nie rozpacza, jego odtwarzanie tego świata dzieciństwa jest już pogodzone z rzeczywistością, to takie oglądanie kasety wideo z dzieciństwa, żeby powrócić do chwil szczęśliwych.....
Wańkowicz rekonstruuje mentalność szlachecką ze wszystkimi jej zaletami: gościnnością, rodzinnością, ukochaniem przyrody, patriotyzmem, ale i wadami: na przykład oburzającym mnie traktatem o tym, że 'pan mógł 'brać' dziewki ze wsi, 'bo to Pan, a ludzie tego oczekiwali od niego'. Nie wiem, czy jakakolwiek kobieta oczekuje gwałtu! Ale taki był ten świat, zchierarchizowany, patriarchalny. I te poglądy na odwieczność przywilejów szlacheckich i położenia chłopów, tego że chcą żyć jak żyją.  
Majstersztykiem pisarstwa jest w tej książce opis polowania na głuszca. Czuje się aż zapach lasu i słyszy ptactwo leśne. Lektor ładnie czytał gwarą białoruską i zaciągał po kresowemu, co jest istotnym elementem tej książki. 
Na początku porównałam 'Szczenięce lata' z 'Panem Tadeuszem'. Może kogoś to odstraszyć, ja akurat jestem fanką tej książki. Już w czasach licealnych mi się podobała, bo te opisy przyrody, ten kresowy świat jest jak mój dom, moje dzieciństwo. 
Polecam tę książkę. Daję jej 10 gwiazdek

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Louisa Thomsen Brits 'Księga hygge. Jak zwolnić, kochac i żyć szczęśliwie'





Zrecenzowanie tej książki zaproponowano mi już na wiosnę, albo zimą (nie pamiętam), ale jakoś się bałam tej książki, bo 'duńskie szczęście' kojarzy mi się ze skandynawskimi pensjami, a u mnie z tym jest gorzej i tylko bym się frustrowała. Ale będąc w księgarni oglądałam książki, a wśród nich książkę o Hygge i ta mnie zainteresowała, że jednak nie ma w niej nic o pieniądzach, ale o tym, co sprawia, że czujemy się dobrze. 
W tej książce o Hygge, wydanej przez Sensus, jest mało robótek ręcznych, za to mamy sporo cytatów i podejścia psychologicznego do tematu.
Książka składa się z sześciu rozdziałów:

 




To są rady dobre, które każdy może zrealizować. Tak sobie pomyślałam, że hygge był Herkules Poirot z tym swoim celebrowaniem śniadań, dbałością o ubranie i swój mały komfort. Takie hygge, choć nie znałam słowa, i ja od lat próbuję praktykować. A zaraziłam się tym od pewnej cioci. Jeśli herbatka to w ładnej filiżance, jeśli książka to w wygodnym fotelu itd. itp. Ale ten cytat:
Ten cytat mi się mocno spodobał, bo trafia w punkt. 
...ten cytat odnosi się do czegoś więcej niż pielęgnacji chwil, ale do tego jak się czujemy generalnie w życiu. To trudniej jest zmienić, naprawić, nawet jeśli by się chciało. 

Podsumowując, książkę oceniam dobrze. Daję jej 6 gwiazdek

Za książkę do recenzji dziękuję grupie wydawniczej Helion:
 Znalezione obrazy dla zapytania Helion
 





sobota, 26 sierpnia 2017

Orhan Pamuk 'Rudowłosa' - mity kulturowe przetworzone przez filtr współczesnej Turcji

RECENZJA PREMIEROWA
To moje pierwsze spotkanie z książkami tego tureckiego noblisty. Myślałam czytaniu którejś z wcześniejszych książek, ale trafiła się nowo wydana 'Rudowłosa'. Ukazała się kilka dni temu, 17 sierpnia 2017 roku w Wydawnictwie Literackim. Na okładce modernistyczna twarz kobiety, jak się okazuje rysunek angielskiego malarza i tłumacza Dante Gabriela Rossettiego. 
Autor jest tureckim pisarzem, laureatem Nagrody Nobla w 2006 roku, zwolennikiem integracji Turcji ze światem zachodnim i człowiekiem, który waży się krytykować fundamentalizm i ludobójstwa. Jego obecne zajęcie, według tego, co czytam w angielskiej Wikipedii, to posada wykładowcy literatury porównawczej i pisania w Columbia University.
Znaleziony obraz
Orhan Pamuk, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Orhan_Pamuk

 'Rudowłosa' jest książką z pozoru lekką. Jej pierwszą warstwę stanowi opowieść Cema o swojej przygodzie gdy był młodym chłopcem, której nigdy nie zapomniał. O tym jak będąc licealistą został pomocnikiem studniarza i tam, w odludnej mieścinie, poznał Rudowłosą, a stracił Mistrza. Fabuła obejmuje kilkadziesiąt lat, od młodości Cema do jego wieku średniego, jego studia, pracę i małżeństwo aż po zaskakujące zakończenie. Akcja książki jest ciekawa. Mnie ciekawiło to, czy wykopią tę studnię, kim dla ojca była Rudowłosa, bo napięcie i tajemnica wyzierały z książki już od początku.

W treść powieści Pamuk wplótł wiele aluzji literackich i mit o Edypie. Z tego znanego mitu Pamuk wyłonił i Abrahama, i epopeję irańską 'Księgę królewską' Ferdousi'ego. Życie i to co spotkało Cema też jest jakąś formą adaptacji tego mitu o ojcobójcy Edypie. 
Powieść 'Rudowłosa' kryje w sobie ogromną głębię, którą czytelnik wydobywa przez dłuższy czas. Po przeczytaniu tej książki usiadłam i po prostu musiałam pomyśleć nad treścią i nad tym, jaki ciąg mitów kulturowych Orhan Pamuk wydobył z tej książce.
Po pierwsze, powieść traktuje o ojcostwie i macierzyństwie. Cem ojca stracił. W studniarzu, mistrzu Mahmucie chłopiec widzi ojca, którego nie ma. Mahmut reprezentuje stałość, tradycję, wzorzec osobowy, chce go nauczyć pracy, obowiązkowości i odpowiedzialności. Tym rolom Cem nie podołał. W dorosłości też nie został ojcem. Pełnił różne role, ale czegoś mu brakowało. Ojcostwo to obowiązek wobec rodziny, tomu, tradycji, natomiast macierzyństwo to miłość, oddanie, poświęcenie, to forma kobiecości. 
Pamuk wprowadzając ten mit o Edypie rozwija te pojęcia, poszerza ich znaczenia i wydobywa całą ich głębię. Z mitu o Edypie oraz symboliki studni, kopanej przecież metodą tradycyjną, symboliki znanej ze Starego Testamentu i historii Józefa, którą bohater książki zna, Pamuk wydobywa bardzo szerokie rozumienie ojcostwa i kobiecości. To całe poszukiwanie przez Cema obrazów i wizerunków ojców i synów w malarstwie i grafice oraz mitach kulturowych jest w sumie szukaniem tradycji, której bohaterowi powieści brakuje. Cem nastawia się na przyszłość i kulturę Zachodu. Gdy jedzie do Iranu, uświadamia sobie, że nie zna wielu z mitów islamskich, że nowoczesna Turcja gubi zakorzenienie w tradycji. 
Wprowadzając mit o Edypie, Orhan Pamuk zdaje się sugerować, że życie narodu nie jest tak proste jak by się mogło wydawać, że wybór pomiędzy tradycją a nowoczesnością nie jest prosty, tak jak nie jest proste dorastanie i wybór pomiędzy buntem a uległością.  Tak sobie teraz myślę, dzień po przeczytaniu tej książki, żePamukowi udało się stworzyć książkę wykraczającą poza książkę o Turku, który 'dorobił się firmy', ale przez całe życie krył w sobie tajemnicę. Książkę interpretuję tak, że każdy naród  ma swojego Edypa i swoje studnie, w które czasami wrzucamy coś, czego się boimy, przed czym uciekamy. I to wszystko, te ucieczki i powroty, to zamknięte koło, od którego nie można uciec.Tak to interpretuję, politycznie i społecznie. Ale jestem świadoma, że jest to tylko jedna z możliwych interpretacji. 
Pomyślałam też sobie, gdy tak myślałam nad napisaniem tej recenzji, że Pamuk łącząc mit o Edypie z historią Abrahama i budując narrację o Cemie i Rudowłosej przypomina o roli kobiet w życiu mężczyzn, o roli często niedocenianej. Przecież w micie o Abrahamie Księga Rodzaju w ogóle nie mówi o Sarze, o jej oczekiwaniu, cierpieniu i poświęceniu, o byciu przez długie lata tą drugą. Uświadomiła mi to ta końcowa w powieści wypowiedź Rudowłosej, historia Cema powiedziana z jego punktu widzenia. Przecież tradycyjne kultury, tak islamska, jak i europejska spychały kobiety na margines. A jeśli ojcostwo to tradycja, to mit o Edypie oddaje walkę męskości z pogardzaną kobiecością. Jednocześnie mężczyźni potrzebują kobiet i konflikt się zamyka. Cem jako nowoczesny Turek docenia swoją żonę, która jest jego partnerką i przyjaciółką. Wybrał nowoczesność, ale tradycja i przeszłość tkwią w nim, jak ten ojciec, którego nie dane mu było mieć. Symbolem tego jest ta studia, której nigdy nie ukończył. Zaskakujące zakończenie pokazuje, że pewnie sprawy powracają, że nie od wszystkiego da się uciec. 

10 gwiazdek

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:
 


czwartek, 24 sierpnia 2017

Richard Flanagan 'Śmierć przewodnika rzecznego' - wizje umierającego....


Książki tego wybitnego pisarza australijskiego recenzuję regularnie i w zasadzie każda z nich robi na mnie ogromne wrażenie. 
 
Tym razem Wydawnictwo Literackie wydało debiut powieściowy Flanagana 'Death of a River Guide' z 1994 roku. Książka na polskim rynku ukazała się 5 lipca. 
Richard Flanagan ma swoje problemy, które w każdej powieści ujmuje inaczej. Uważam, że jest to pisarz wybitny, pisarz pokolenia i gdybym wróciła na uczelnię, to na pewno pisałabym o Flanaganie. Ale nie wrócę, więc zostaje mi tenże blog. Czytając zastanawiałam się jak mam ocenić tę książkę, bo prawdę mówiąc mi się nie spodobała i czytałam ją mocno opornie, w męczarniach. Zarazem, i tak jest to dzieło wybitne, o lata świetlne przewyższające wiele innych współczesnych powieści. Chociażby narracja. Poszczególne zdania zaczynają się od narracji pierwszoosobowej, aby w połowie przejść w trzecioosobową opowieść o Aljazie Cosinim. Gdy się nad tym zastanowić, to ma to ogromne uzasadnienie w treści książki, bo cała narracja jest przecież opowieścią tonącego Aljaza, na progu nicości. Brawa należą się tłumaczowi, który w tych niuansach się nie pogubił. 
Bo i nad tym co jest po śmierci zastanawia się narrator. Raczej nie wierzy w Boga, pod koniec książki mówi 'Ogrom błękitu.
Błekit nieba. Plamka, kawałeczek muszego gówna pośrodku wielkiej pustki'.
W książce pojawiają się przeróżne postacie i ich trudne życie, postacie z przeszłości Aljaza oraz jego przodkowie, ich cierpienia, tragedie i pustka egzystencji. Trochę dlatego, a również dlatego że postacie pojawiają się niespodziewanie, czytałam tę książkę z takim trudem, bo świat Flanagana jest trudny, bezsensowny, pełen cierpienia, brzydoty, destrukcji.  W kolejnych powieściach jest to samo, ale bohaterowie mają sztukę, czy to w postaci księgi ryb, czy to w postaci wierszy, czy nawet mają miłość lub marzenie o niej. Tutaj nie ma niczego, jest okrutna Tasmania wraz z cierpieniem skazańców, eksterminacją Aborygenów i ubóstwem wyzwoleńców. Jest pustka, od której nie ma ucieczki. NAwet współcześnie, gdy Aljaz jest tym przewodnikiem rzecznym, wydaje się, że bohaterowie powinni zauważyć w otaczającym świecie coś pięknego, ale nie. Oni zmagają się z życiem jak z balastem. Nic ich nie cieszy. Trochę to jest nieuzasadnione, a trochę narrator uzasadnia to dziedziczeniem traum. 
Moje słowo krytyki w stosunku do tej książki to zarzut nieuporządkowania myśli w tej pierwszej książce. Widać, ze Flanagan chciał zawszeć wszystko: i bezsens życia, i Aborygenów i niszczenie ich kultury, i imigrantów i ich trudne życie i pustkę świata wokół. W następnych książkach pisał już o wybranych aspektach, nie o wszystkim i wprowadził ten ratunek dla duszy, czyli sztukę. Za to usunął ten rozpaczliwy brak Boga, który widoczny jest tutaj, w 'Śmierci przewodnika rzecznego'.  Życie jawi się w tej książce jak głupi żart losu. Karaluch, drugi przewodnik na rzece mówi tak na stronie 144:
'-To wszystko są żarty, stary - stwierdził. -Inaczej bralibyśmy je na poważnie. Inaczej wszystko byłoby tak poważne, kurwa jego mać, że można by zdechnąć z całej tej powagi'. 
 I bohaterowie Flanagana 'zdychają z tej powagi', męczą się życiem. To jest smutne i piękne. 
Zastanawiam się na ile ocenić tę książkę, której artyzm zauważyłam, a zarazem, która mnie odrzucała na każdej stronie, bo jak inaczej odbierać tak zsubiektywizwaną spowiedź tonącego desperata, który w życiu stracił kobietę, dziecko, rodziców, a przodkowie byli albo Aborygenami, albo wyrzutkami z Europy. A żyć trzeba. Nawet utonięcie jest przypadkowe. 

Richard Flanagan, źródło zdjęcia: wydawnictwo
Miałam ocenić na 2 gwiazdki, miałam na 6 gwiazdek, ale po zastanowieniu oceniam na 9 gwiazdek, bo to wybitna książka, tak jak cała twórczość Flanagana i czytać ją należy w całości we wzajemnych odniesieniach. Mało jest pisarzy, którzy piszą o określonym problemie, którzy przez cała swoją twórczość próbują najodpowiedniej ująć to co w duszy gra. Flanagan to niezłomnie czyni. Mówiłam to już przy poprzedniej książce: pisarz z drugiego końca świata, a potrafi opisać to co gra w naszych polsko-wschodnich duszach....
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

środa, 23 sierpnia 2017

Recenzja porównawcza: 'Monika Matusik 'Przegapić życie' i Zofia Wójcik 'Zamknięte drzwi' - dwie tzw. życiowe książki

Dzień dobry,
W niedzielę wreszcie przeczytałam dwie krótkie książki ze swojej półki, książki, które w zeszłym roku wygrałam na Blogu Kulturalnym. Niby mówią u nas, że 'darowanemu 'koniu' się w zęby nie zagląda', ale czasami rumak okazuje się stara szkapą... Obie książki są krótkie i żadna z nich nie przekracza 200 stron, więc dałam sobie z nimi obiema radę w deszczową niedzielę. Jak je opisać, zastanawiałam się i wymyśliłam, że najlepiej będzie popełnić recenzję porównawczą.
Oto te książki:


Jedną i drugą wydało wydawnictwo Novae Res w 2014 roku. To książki należące do gatunku tzw. książek kobiecych, powieści opisujących jakiś życiowy problem. Podejrzewałam, że nie należę do miłośniczek tego gatunku literatury bulwarowej (brukowej, popularnej), a teraz jestem tego pewna.
Według mnie obie książki są słabe literacko. Napisane zostały chyba z potrzeby serca, żeby dać upust emocjom, coś zamiast pójścia do koleżanki na nocne pogaduchy. Mi się to nie podobało, choć przyznam, że obie historie zrobiły na mnie mocne wrażenie. Jedna z nich to opowieść o molestowaniu seksualnym, a druga - o złym traktowaniu w domu przez matkę. 'Przegapić życie' sili się na innowacyjność konstrukcyjną, bo najpierw pokazuje skutek, a potem niechronologicznie wyjawia przyczyny pobytu kobiety w szpitalu psychiatrycznym. 'Zamknięte drzwi' to powieść, w której bohaterka, Natalia, opowiada o swoim życiu. Zachowuje nawet ekspresyjność języka mówionego i całe pokłady negatywnych emocji, jakie nagromadziły się w niej od kolebki aż po wiek dojrzały.W obu książkach przyczyną zła są rodzice i dysfunkcyjny dom rodzinny. Aż strach, że i takie miejsca są. Wszyscy przeżywamy różne problemy domowe, rodzinne, każdy ma własne, ale w sumie  po przeczytaniu tych książek pomyślałam, że trzeba się cieszyć, że aż takie ekstremum, jak w tych powieściach, należy do rzadkości.
 Książki te pokazują, że nie wystarczy ciekawe życie albo ciekawy temat do tego, ażeby napisać książkę. Że nie każdy powinien pisać książki. Jak się ma talent, to i o łuskaniu fasoli można napisać arcydzieło (patrz: Wiesław Myśliwski). To arcydzieła nie są, a ja po niedzieli z nimi poczułam ulgę, że już koniec i czym prędzej uciekłam do przyjaciół na milsze pogaduszki.
Cóż jeszcze mogę napisać? Myślę, że książki mogą zdobyć czytelniczki, które szukają w powieściach tematów bulwersujących i trudnych. Obie są nimi wypełnione szczelnie. Ale i tutaj znajdę zastrzeżenie: CZCIONKA, proszę wydawnictwa. Dałabym te książki do czytania mamie, ale jak, skoro literki są maciupkie. Ja daję radę, ale osoba z problemami z oczami nie.
Na LubimyCzytać książki otrzymały wysokie, ponad sześciogwiazdkowe noty. Ocenię je na 2 gwiazdki.
A swoją drogą, to smutne, że dzieciom przydarzają się takie rzeczy.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Andrzej Fedorowicz, Irena Fedorowicz '25 polskich wynalazców i odkrywców którzy zmienili świat'

RECENZJA PREMIEROWA
Ta rzeczowa i pełna ciekawych informacji i postaci książka ukazała się 19 lipca 2017 roku w wydawnictwie Fronda. Znów to wydawnictwo zapewniło mi mądrą lekturę. Tutaj o dziedzinie, w której nie miałam zbyt wiele informacji, czyli o naukach ścisłych. W dodatku autorzy serwują te informacje w sposób przystępny i ciekawy. Książkę czyta się lekko i przyjemnie. 
 
Aż dziw, że jestem jej pierwszą czytelniczką na LubimyCzytać. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo książka jest ciekawa. 
Oto spis treści:

Tak jak napisałam powyżej, książka czytała mi się sama - jest ciekawa i przystępnie napisana. Te postacie i wynalazki oraz procesy ich wynalezienia lub odkrycia opisano ciekawie, tak że można ją czytać w wakacje. Powiem nawet, że książka ta sprawiła mi ostatnio więcej przyjemności niż powieści o kobietach z problemami. Co było fajne w tej książce?
Po pierwsze wynalazki. Nie takie z podręczników, ale inne, nieznane z książek, a doskonale znane z powszechnego użycia. Kamera i kamizelka kuloodporna, Walkie-talkie, łazik kosmiczny, spawanie elektryczne, wykrywacz min, peryskop odwracalny, kevlar, prezerwatywa lateksowa, pływający dok, drabina strażacka czy odkrycia medyczne, na przykład współczynnik OB, szczepionka na tyfus, witaminy, grupy krwi ich dziedziczenie. Mocno ciekawy był też rozdział o teorii harmonizacji pracy w zespole. 
Niby te wszystkie przedmioty znałam, a przynajmniej oglądałam o tym w telewizji, ale procesy ich odkrycia, wynalezienia to ciekawe tematy. W ogóle mnie nie nudziły. 
Drugi ciekawy aspekt tej książki to postacie wynalazców i odkrywców. Żyli w różnych czasach. Kiedyś i teraz. Najmłodsze to panie Anna Skotny i Patrycja Wizińska-Socha, młodsze ode mnie, a już z takimi zasługami, bo wynalazły przenośny aparat do mierzenia akcji serca płodu. Z ciekawością wczytywałam się w to, jak im się udało osiągnąć tyle, jakie czynniki im dopomagały, a co im przeszkadzało. W wynalazcach z wcześniejszych epok, miałam wrażenie, dominowała determinacja i upór oraz niezgoda na bylejakość. Często musieli sprzeciwić się losowi, przeznaczeniu, wyjść ze środowiska. Wynalazcy z wcześniejszych epok często po prostu klepali biedę, a badania były odskocznią od monotonii pracy. Wielu z nich z badań uczyniło sens życia i po prostu byli mądrzy i utalentowani. Ani bieda, ani wybranie takiemu człowiekowi powszedniego zawodu nie przeszkodziło mu w pracy nad tym, co kocha. Smutna i piękna jest historia Marii Skłodowskiej-Curie, która znalazła dzielącego jej pasje męża, wspierającego ją, a potem go tak tragicznie straciła. I losy wielu mniej znanych postaci, na przykład ciekawa postać producenta prezerwatyw Juliusa Fromma, wynalazcy wykrywacza min Józefa Kosackiego czy człowieka, który opracował teorię harmonizacji pracy w zespole Karola Adamieckiego, a w podziękowaniu nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. 
Daję książce 9 gwiazdek
Książka bierze udział w dwóch wyzwaniach czytelniczych:
 Wyzwanie Czytelnicze 2017 i WYZWANIE CZYTELNICZE
Za książkę dziękuję Księgarni Ludzi Myślących:
Znalezione obrazy dla zapytania Księgarnia Ludzi Myślących

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

María Dueñas "Krawcowa z Madrytu" - o kobiecie, dla której wiatr wiejący w oczy jedynie dodaje wiatru w żagle....

Kolejne polskie wydanie tej książki ukazało się 14 czerwca 2017 roku w wydawnictwie Muza. 
O autorce wydawnictwo Muza pisze tak:
María Dueñas – hiszpańska profesor literatury i filologii angielskiej na Uniwersytecie w Murcji, autorka wielu publikacji naukowych. Wydana w 2009 r. „Krawcowa z Madrytu” została przetłumaczona na ponad dwadzieścia pięć języków i przyniosła autorce międzynarodową sławę. Pisarka przez niektórych nazywana jest Carlosem Zafonem w spódnicy. Jej książki sprzedały się w ponad 5 milionach egzemplarzy na całym świecie. W wydawnictwie Muza ukazały się jeszcze 2 powieści: „Olvido znaczy zapomnienie i „Templanza znaczy umiar”. Autorka obecnie mieszka w Cartagenie.

María Dueñas at Gothenburg book fair 2014.
Autorka, źródło zdjęcia: https://en.wikipedia.org/wiki/Mar%C3%ADa_Due%C3%B1as

 Do sięgnięcia po tę powieść skłoniły mnie dwa słowa: historia i krawcowa. Lubię czytać romanse historyczne, a Hiszpania Franco to synonim dobrej lektury.Tym razem historia była w książce jedynie tłem do opowiedzenia historii Siry, najpierw naiwnej dziewczyny, a potem świadomej celów w życiu kobiety, która z problemów uczyniła odskocznię do podniesienia się wyżej Sira jest bohaterką silną psychicznie, która poznała sekret tego, jak można pokonać problemy i z biedy przejść do bogactwa i sukcesu. Gładko i sprawnie przewija się fabuła przez kolejne etapy kariery Siry, pokazując ją, jak zmienia się jako człowiek oraz ludzi, który jej w życiu dopomogli. Pokazuje kolejne miejsca, gdzie dziewczyna mieszka i to, co musiała poświęcić, żeby iść po stopniach kariery. To Sira, która jest też narratorką, jest osią książki. Jej dzieje w zasadzie spajają cała fabułę. Dużo jest w książce zdrad i zawodów, miłości i niespełnienia. W kategorii romansów historycznych jest to bardzo dobra książka, bo ciekawa i napisana bogatym językiem. Już w tytule mamy słowo krawcowa i o krawiectwie jest tutaj sporo i na okrągło, o szyciu, o tajnikach krawiectwa dla bogatych pań, o materiałach i dodatkach, o szyciu, aż wreszcie o kreacjach bogatej już Siry. Te momenty w książce pokochają kobiety.
Więcej jednak jest w nim romansu niż historii, bo warstwa historyczna mnie zawiodła. Miałam wrażenie, że ludzie, których spotyka na swej drodze byli cudownym zbiegiem okoliczności, że wszechświat kręcił się wokół Siry. O tragedii rewolucyjnej Hiszpanii były w książce jedynie wzmianki, o okropnościach II wojny światowej nic. Po prostu nie jest to powieść historyczna. To obyczajówka historyczna i jako taką mogę ją uznać za książkę dobrą i wciągającą. No a poza tym  to dzieje kobiety, która się nie poddaje tragediom. 
Ostatnio trapi mnie  "Weltschmerz" ("Ból istnienia"), więc powieść o kobiecie, której zabrano miłość, dom, rodzinę, ostatni grosz przy duszy, a która szyciem stanęła na nogi i zdobyła fortunę, jest książką, która pociesza człowieka i odrywa od rzeczywistości, jak każda dobrze napisana powieść kobieca. 
Zastanawiając się ile gwiazdek mogę dać tej książce, skłaniam się ku 6 gwiazdkom i plasuję ją w grupie czytadeł, które czyta się jednym tchem. 
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza:
Znalezione obrazy dla zapytania muza logo








sobota, 19 sierpnia 2017

Wywiad z panią Beatą Agopsowicz, autorką książek ‘Cztery pory miłości’ i ‘Trudne wybory miłości’

Pani Beata Agopsowicz, źródło: autorka
Pani Beata Agopsowicz, autorka książek 'Cztery pory miłości' i 'Trudne wybory miłości', której książkę recenzowałam niedawno (Recenzja książki), zgodziła się na rozmowę. Oto ta rozmowa (przeprowadzona metodą elektroniczną):


          LZ: W Pani książce terapeutka łączy się z pisarką. Co było pierwsze, gdy postanowiła Pani napisać książkę? Problem do opowiedzenia czy historia?

         BA: W dzieciństwie marzyłam o napisaniu książki i zostaniu sławną pisarką. Podejmowałam małe próby w tym kierunku, pisząc do szuflady. Po latach odgrzebałam to dziecięce pragnienie i zastanawiałam się, w jakiej formie mogłabym przekazać to, co jest dla mnie ważne. Chciałam przekonać, że warto trwać w nierozerwalnym małżeństwie, walczyć o nie ze wszystkich sił. Zdecydowałam się na powieść, która wydaje mi się formą bardziej przyswajalną niż typowe poradniki. Moim zamysłem było, by napisać książkę dla zapracowanych kobiet, żon i matek; książkę, którą łatwo i przyjemnie by się czytało, taką "wciągającą", ale jednocześnie taką, po której przeczytaniu pozostaje coś w głowie i sercu.  Pomysł na książkę zrodził się właściwie w jednej chwili, podczas spaceru z rodziną. Chciałam, by opowiedziana w książce historia była pomocą, światełkiem w tunelu dla osób, które przeżywają trudności.  
Podsumowując i odpowiadając na pytanie: chyba najpierw był problem, który chciałam przedstawić, a potem powoli rodziła się historia oparta na bazie doświadczeń nabytych w pracy z małżeństwami i codziennych obserwacji.  

LZ: Dużą rolę dla bohaterów książki ma zrozumienie drugiej strony i odwrotnie - brak zrozumienia, nierozmawianie ze sobą. Czy mediacje w problemach rodzinnych naprawdę zaczynają się od rozmowy?
             
            BA: Mediacje rozpoczynają się od indywidualnych spotkań mediatora z każdą ze stron, podczas których przedstawiają problem, swój punkt widzenia w zaistniałym sporze, nieraz odkrywają go z innej strony.  Ostatecznie dochodzi do wspólnego spotkania małżonków i mediatora. Celem takiego spotkania nie jest rozmowa z mediatorem, ale małżonków ze sobą. Osoba trzecia ma tylko im towarzyszyć, by umożliwić spotkanie osobom, którym często bardzo trudno podjąć dialog. Mediator czuwa nad przebiegiem tego spotkania, natomiast nie bierze czynnego udziału w rozmowie, nie podsuwa rozwiązań. Często takie spotkanie staje się początkiem wejścia na drogę odbudowywania rozpadającego się związku.
             
            LZ:  Czy pisanie jest dla Pani misją, rozrywką czy pragnieniem pomocy czytelnikom?
             
            BA: Po części pełni każdą z wymienionych przez Panią ról. Muszę podkreślić, że nie byłoby tej książki gdyby nie Boża inspiracja i Jego pomoc w trakcie pisania. Wierzę, że jest to zadanie, misja, którą On mi wyznaczył. Jak już wspomniałam wyżej, poprzez książki chciałam wspierać osoby przeżywające trudności. Najważniejsze jest dla mnie to, że dostaję sygnały o tym, że moje książki dotykają czyjegoś życia, poruszają serca, komuś niosą nadzieję.
             
            Pisanie jest też dla mnie rozrywką, realizowaniem marzenia, powoduje, że odrywam się od codziennych zajęć. Choć oczywiście nieraz wiąże się z dużym wysiłkiem, by ogarnąć jednocześnie dom, dzieci, pracę, obowiązki... 
             
            LZ: Jakie książki Pani lubi czytać? Jakie gatunki, jakich autorów?
             
            BA: Wychowałam się na książkach Małgorzaty Musierowicz i nieraz do nich wracam, oczywiście na bieżąco czytam jej nowe książki. Kiedyś zaczytywałam się w kryminałach Joanny Chmielewskiej. Obecnie lubię czytać książki z przesłaniem, powieści obyczajowe nawiązujące do wartości chrześcijańskich, np. Karen Kingsury, Francine Rivers. Ostatnio sięgam również po literaturę typu Magdalena Kordel czy Dorota Gąsiorowska. Nie przepadam za poradnikami i nie znoszę science fiction. 

         LZ:  Znam książkę Karen Kingsbury. Gdy czytałam Pani 'Cztery pory miłości' od razu mi się skojarzyła tym, że mówi o trudnościach życiowych, że opowiadaną historią próbuje dodać czytelnikowi otuchy.  W polskiej literaturze popularnej jest Pani chyba pierwszą pisarką, która ma odwagę wplatać Boga w powieści?

          BANie jestem pewna, czy pierwszą, ale niewiele jest takiej literatury. Natomiast gdy wpadły mi w ręce książki Karen Kingsbury, pomyślałam, że chcę czytać książki, które umacniają moją wiarę; pokazują, jak Bóg prowadzi człowieka w przeróżnych sytuacjach życiowych. A potem jeszcze stwierdziłam, że to świetny pomysł na dzielenie się swoją wiarą z innymi...

        LZ: Czytałam 'Bożonarodzeniowe opowieści niezwykłe'. Bardzo pocieszyła mnie ta książka. Pamiętam, że pomyślałam, że szkoda, że u nas jest tak mało takich książek, bo człowiek potrzebuje literatury, która pociesza albo daje nadzieję, że życie jest dobre.

        BA: Zgadzam się. Ostatnio wybieram tylko takie książki, które mnie wzmocnią, podniosą na duchu. Szkoda mi czasu, którego i tak mam mało. na czytanie innych. Mam nadzieję, że moje książki poszerzą grono budujących lektur.

       LZ: Na pewno tak będzie. Odnośnie Pani wypowiedzi o Musierowicz, Rodzina Borejków jest chyba dobrym przykładem na to, że można rozmawiać o trudnych sprawach i problemach? Przecież w książce 'Cztery pory miłości' przezwyciężanie konfliktu zaczęło się od rozmowy w szpitalu?

        BA: Chyba każdego, kto czytał książki Małgorzaty Musierowicz urzekła rodzina Borejków, ciepło panujące w ich domu, atmosfera pełna życzliwości. Bardzo ważna jest umiejętność spotkania się ze sobą, cieszenia się swoją obecnością, rozmowy na każdy temat, czego nam często w naszej zagonionej codzienności brakuje. O tym zapomnieli bohaterowie mojej powieści i to doprowadziło ich do głębokiego kryzysu. Rzeczywiście rozmowa staje się początkiem naprawy tego, co sami zepsuli.

         LZ:  Pamiętam scenę bodajże z 'Nutrii i Nerwusa", w której dziadek uczył dziewczynki, że jeśli się kłócą, to mają to robić grzecznie. W rezultacie mówiły do siebie 'Za przeproszeniem, jesteś świnią'. Takie bycie grzecznym chyba ułatwia relacje? Ale w powieści 'Cztery pory miłości' zaskoczyło mnie to, że ten mąż też miał swoje racje. Bo czytając książkę wczułam się w punkt widzenia Asi, a zapomniałam, że i on miał swoje racje.... 

       BA: W kryzysie małżeńskim zawsze mamy do czynienia z dwoma stronami konfliktu i nigdy nie jest winna tylko jedna z nich. Najczęściej to konsekwencja braku dbania o relację małżeńską, braku dialogu... Ważne, by współmałżonkowie mieli świadomość, że są współwinni trudności w małżeństwie.. Obydwie strony muszą nazwać uczucia, które się w nich kłębią: gniew, poczucie odrzucenia, poniżenia i odtrącenia, pragnienie zemsty, odegrania się, wstyd i lęk przed zaufaniem małżonkowi; powinny przyjrzeć się, ale nie podsycać emocji, by ruszyć w kierunku jedności...

             LZ: Przeczytałam Pani pierwszą książkę. Czy ta kolejna też kończy się happy endem?
BA: Druga książka nie jest historią kryzysu małżeńskiego. Opowiedziana w niej historia kończy się pozytywnie, choć nie tak, jak bohaterka na początku oczekiwała. Wierzę w Bożą Opatrzność i w to, że Bóg kieruje naszym życiem, czuwa nad nim. Nie zawsze wszystko układa się zgodnie z naszymi wyobrażeniami, ale z perspektywy czasu dostrzegamy wartość trudnych doświadczeń. Nieraz nawet przyznajemy, że jest lepiej niż sami sobie wymyśliliśmy. Książka pokazuje, że czasem wszystko musi się zawalić, by zbudować coś lepszego i trwalszego.
             
            LZ.: Teraz każdy pisze kryminały w wersji szwedzkiej. Ma Pani na to ochotę?
             
            BA: Nie, zupełnie o tym nie myślę. Póki co pozostaję przy powieściach obyczajowych. Moje dzieci namawiają mnie również na książkę skierowaną do najmłodszych.

          LZ: Pamiętam lata temu, że Andrzej Sapkowski na spotkaniu z czytelnikami mówił kiedyś, że gdy został pisarzem to przeczytał mnóstwo książek o powieściach, o pisaniu. A jak to jest u Pani?
             
            BA: Muszę przyznać, że nie przeczytałam żadnej książki o pisaniu.
             
            LZ: Jak Pani odpoczywa?
             
            BA: Spędzam czas z rodziną, rozmawiam z mężem, bawię się, gram z dziećmi, czytam książki, piszę książki, leżę na plaży, chodzę po górach…
             
            LZ: Co Pani sądzi na temat portali społecznościowych?
             
            BA: Uważam, że podobnie jak ze wszystkich zdobyczy techniki, należy korzystać z nich z umiarem. Z jednej strony umożliwiają nam kontakt z szerokim gronem osób, sprawiają, że znikają odległości. Z drugiej strony pożerają czas i nieraz doprowadzają, że rozmawiamy wirtualnie, zaniedbując dialog z najbliższymi nam osobami.
             
           LZ: Uważam, że jedną z zalet portali społecznościowych jest możliwość do napisania do ulubionego pisarza, że jego książka zrobiła na mnie wrażenie. Z drugiej strony wydaje mi się, że facebook wkracza w prywatność znanych osób. To chyba nie jest dobre?

             BA:Na portalach społecznościowych każdy odsłania swoje prywatne życie na tyle, na ile chce. Jeśli więcej pokazuje, więcej o nim wiedzą inni, ale na jego własne życzenie.
          

Bardzo dziękuję za rozmowę.
            
           
            
          
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia
Wschód słońca

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje stosiki

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę  Moje stosiki
Stosik na czerwiec 2018

Zapraszam też do mojego drugiego bloga - o poezji i obrazach pt. Z poetyckiej półki Łęckiej...