wtorek, 31 października 2017

Nina Riggs 'Jasna godzina. Dziennik życia i umierania' - pamiętnik umierającej. Jam powiedzieć swoim synom, że mamusia umiera?...

Myślę, że ktoś, kto w księgarni zobaczy tę książkę, nie pomyśli, że to książka o kobiecie i kobiety umierającej na raka, która zostawia dwóch małych synów. Taka kolorowa, jasna. Mój egzemplarz okraszony był równie kolorową przesyłką, tym widocznym u góry pudełeczkiem, a w środku było to:
 
Ale takie miało być przesłanie tej książki. Książka miała być pocieszeniem dla rodziny, którą zostawiła. Tak czy siak, ja tam mocno się tą książką wzruszyłam i przejęłam. Bohaterka i narratorka Nina to moja prawie równolatka. Ma 38 lat, męża, którego kocha, synów, którzy są fajni. Ma zainteresowania i w ogóle się spełnia w życiu. Jej matka umiera na raka, ale że tak szybko i ona zachorowała, pomimo, że badania genetyczne nie wykazały u niej tego genu rakowego, to już jest złośliwość losu. Tak myślałam czytając tę książkę. Najgorzej, że to się zdarzyło naprawdę. 
Książkę wydało Wydawnictwo Literackie 27 września 2017 roku.  W posłowiu mąż Niny mówi, że książkę skończyła pisać pod koniec stycznia 2017 roku, a umarła rankiem, 26 lutego. Wszystko zdarzyło się w tym roku.
Choroba i terapie Niny Riggs trwały około dwa lata, na tyle, żeby zdążyć napisać tę książkę, przeżyć śmierć matki, zabrać męża do Paryża, a chłopców do disneylandu. Mimo pogodnego tonu książki, takiego bardzo przemyślanego, wydaje mi się, że ze śmiercią w tak młodym wieku, mając rodzinę, nie można się oswoić. 
Nina Riggs z rodziną, źródło: wydawnictwo WL
Pomimo przemyślanego jako pogodny i pogodzony, a nawet stoicki, tonu pamiętnika, książka rozrywa serce, bo pokazuje wielkie nieszczęście tej szczęśliwej rodziny. Nina Riggs opowiada o leczeniu, o badaniach, o objawach choroby, o etapach nieskutecznej kuracji, o cierpieniu i niepewności i o tym, jak oswajała synów i męża z chorobą, aż wreszcie, gdy lekarka stwierdziła przerzuty do kręgosłupa - o oswajaniu siebie i bliskich ze śmiercią, o tym, co jeszcze robiła, żeby synowie i mąż pamiętali ją jak najlepiej. 
Nasunęło mi się skojarzenie z 'Chustką' Sałygi, też przejmującą książką o umieraniu kobiety, matki chłopca. Różnica leży w gatunku literackim, 'Chustka' to zebrane w książkę posty z bloga autorki, a 'Jasna godzina' to przemyślany pamiętnik, podzielony na 4 etapy choroby, przemyślany literacko. Jak wiadomo, posty pisze się na bieżąco, codziennie lub co kilka dni, w 'Chustce' było więc dużo opisów wymiotów i bólów. Poza tym, opisy szukania pieniędzy na kuracje. Obawa o syna była taka sama, tak samo przeszywająca serce. 
W 'Jasnej godzinie' mamy opisy kuracji, szpitali i procedur amerykańskich. Troszkę 'szczęka opada'. 
Jeszcze jedna sprawa mnie zadziwiła w tej książce. Amerykańskie procedury pochówku. Autorka opowiada o śmierci swojej matki, nie oszczędzając detali, a więc jak wyglądało ciało matki, jak przebiegała kremacja. W każdym razie mówi o widoku matki ze zszytymi powiekami i ustami. Dla mnie to było przerażające i niewyobrażalne. 
Ale czy w Polsce, jak w 'Chustce', czy w USA, jak w 'Jasnej godzinie', choroba i śmierć są potężniejsze niż ludzkie starania. Książkę warto przeczytać, żeby sobie uświadomić, że z jednej strony śmierć jest straszna, a z drugiej strony, że można zachować w chorobie człowieczeństwo i szczęście rodzinne. 

10 gwiazdek dla tej piękne książki

Za egzemplarz i cukierki owocowe dziękuję 
Znalezione obrazy dla zapytania degustatorka literatura faktu

poniedziałek, 30 października 2017

Jean Hatzfeld 'Więzy krwi' - 19 lat po masakrze. Spotkanie z dziećmi ofiar i katów

 RECENZJA PREMIEROWA
Ośmieliłam się zatytułować tę recenzję jako tytułowa, choć od premiery minął już miesiąc. Książka ukazała się 20 września 2017 roku w wydawnictwie Czarne. I nie jest ona eksploatowaniem tego samego tematu, czyli opisywaniem okropności i bestialstwa. 
Nie. Autor, który naprawdę zna temat daje w 'Więzach krwi' głos rwandyjskiej młodzieży, równolatkom ludobójstwa z 1996 roku, dzieciom katów i ofiar i pyta o przebaczenie, o to, co w przyszłości i co teraz. Sprawa jest ciekawa i paląca, bo jak wiadomo, mordy w tym kraju były rzeziami, bardziej niż na Polakach na Wołyniu, a o ile z Wołynia nas przepędzono, co miało ten dobry skutek, że ofiary nie musiały przez 60 lat patrzeć na katów  (trauma i tak jest ogromna), to w Rwandzie Hutu i Tutsi wciąż mieszkają i żyją razem. Niedawno media obiegła wiadomość o liczbie dzieci z gwałtów na kobietach Tutsi. Skala problemu jest podobna w Rwandzie i na Bałkanach. Myślałam, że książka jest o tym. Ale jest głębsza. Opowiada o potrzebie zapominania i potrzebie pamiętania o krzywdach. I o więzach krwi, rozumianych jako relacje rodzinne, ale i jako pamięć o krzywdach, która jak w tradycji żydowskiej rozlewa się na dziesiąte pokolenie. 
Zdjęcie tylnej okładki
Moja książka zawierała 2 zakładki reklamujące inne książki autora
Zacznę od opowiedzenia o autorze, bo w przypadku reportażu na tak delikatne tematy, liczy się profesjonalizm, doświadczenie i umiejętność słuchania ludzi. Pewnie musiał dobrze znać rozmówców, żeby się przed nim otworzyli i opowiedzieli, co opowiedzieli. Bo w 'Więzach krwi' nie ma opisów rzezi, są za to opisy spraw delikatnych: opowieści o rodzicach, których klęskę pewnie woleliby ukryć, o braku perspektyw, albo o chęci zemsty. 
Znalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld
Jean Hatzfeld, źródło: http://www.alamy.com/stock-photo/hatzfeld.html
Urodził się w 1949 roku na Madagaskarze. Jest francuskim korespondentem wojennym, reporterem i pisarzem. Pisywał dla 'Liberation'. Anglojęzyczna Wikipedia mówi więcej o jego doświadczeniu zawodowym niż jej polska wersja. Hatzfeld obserwował dla Liberation powstanie Solidarności w Polsce i aksamitną rewolucję w Czechosłowacji oraz obalenie Ceaucescu w Jugosławii. Następnie był wszędzie tam, gdzie toczyły się wojny: na Bałkanach, w Libanie, Izraelu, aż wreszcie w Rwandzie, której poświęcił swoje późniejsze książki. 
Dwie pierwsze jego książki traktują o Sarajewie:
  • L'Air de la guerre (1994)
  • La guerre au bord du fleuve (1999)
 O Rwandzie napisał :
    Znalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld
  • Nagość życia: Opowieści z bagien Rwandy, Wydawnictwo Czarne 2011 (Dans le nu de la vie. Récits des marais rwandais, 2000)  - o ludobójstwie
  • Sezon maczet, Wydawnictwo Czarne 2012 (Une saison de machettes, 2003) - o zabójcach Hutu
  • Strategia antylop, Wydawnictwo Czarne 2009 (La stratégie des antilopes, 2007) - o obu stronach po latach od ludobójstwa, gdy sprawcy wyszli z więzień
  • Englebert z rwandyjskich wzgórz, Wydawnictwo Czarne 2015 (Englebert des collines, 2014) - o Rwandzie 20 lat po tragedii
  • Więzy krwi, Wydawnictwo Czarne 2017 (Un papa de sang, 2015) - o potomkach ofiar i katów
  Znalezione obrazy dla zapytania Jean HatzfeldZnalezione obrazy dla zapytania Jean HatzfeldZnalezione obrazy dla zapytania Jean HatzfeldZnalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld


Za jedną z książek reportażowych, "Strategię antylop" otrzymał w 2007 r. Prix Medicis a w 2010 r.Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego.
Znalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld
Czarne przetłumaczyło i wydało również reportaż autora o etiopskim biegaczu Ayanleha Makedy (2011: Où en est la nuit) .
 Nie przetłumaczono na Polski:
  • 2005: La ligne de flottaison
  • 2013: Robert Mitchum ne revient pas
 W każdym razie podoba mi  się determinacja Hatzfelda, żeby przez pół życia zgłębiać tak porażający i traumatyczny temat, jakim jest ludobójstwo w Rwandzie, żeby ciągle pytać o ich życie, pewnie i trochę żyć ich problemami, tych ludzi. Literacko zaowocowało to reportażami, które zechcę przeczytać. Na razie 'Więzy krwi'. Niby lżejsze emocjonalnie, bo bez drastycznych opisów, ale z drugiej strony cięższe, bo pesymistyczne. 
Autor rozmawiał z 9 osobami młodego pokolenia: w tym z 5 dziećmi' uwięzionego Hutu' i czworgiem dzieci 'ocalałego Tutsi'. W drugiej części wypowiadają się rodzice, oczywiście ci na wolności, bo tym w więzieniach nie udziela się głosu, a w trzeciej potomkowie mówią o przyszłości, swojej i rodzin. 

Moje podejście do ludzi uczestniczących w tym ludobójstwie było oczywiste: współczułam ofiarom, a potępiłam zbrodniarzy. Nie wiem jak opisywał to Hatzfield w swoich książkach, ale na pewno wiarygodnie, bo sam był ich obserwatorem. Ale chyba coś go musiało tych ludziach niepokoić, ich los, skoro tak nieustannie do nich wraca i rozmawia, rozmawia, rozmawia. 
Rzuca się w oczy czytelnika jak bardzo odmienne są teraz światy ofiar i katów. Zdałoby się, że jest jak w bajce. Zło zostało ukarane, a dobro nagrodzone. W dodatku dzieci obu stron mówią, że szkoły dbają o to, żeby nie nazywać grup etnicznych, ale mówić o zbrodni. Jest tydzień pamięci oraz Mauzoleum. I nawet rodziny Hutu zdają sobie sprawę z ogromu krzywd jakie wyrządzono Tutsi, nie mówiąc o Tutsi, którzy pamiętają. Ale problemem zdaje się niesprawiedliwość systemu edukacji. Ślepy los, jak by to powiedzieli liberałowie. Wygląda na to, że edukacja w Rwandzie nie jest darmowa, że rodzice za nią płacą, więc uczą się te dzieci, których rodzice za to płacą. Jakże więc na opłaty czesnego może sobie pozwolić marka, której mąż siedzi w więzieniu, a ją pozbawiono pracy po wojnie, bo była Hutu? Dzieci Tutsi dostają stypendia z organizacji międzynarodowej. Po 20 latach od ludobójstwa tę rozbieżność widać już wyraźnie. O ile dzieci Tutsi są pełne nadziei na przyszłość, marzą o płatnej pracy, o wyjazdach, o szczęśliwym świecie po prostu, to dzieci uwięzionych Hutu czują wielkie rozdarcie i rozpacz. Dotykają ich tytułowe 'więzy krwi'. Czują więź z rodzicami, ze swoją naznaczoną rodziną, kochają ich, a z drugiej strony doświadczają ostracyzmu społecznego. System społeczny o nich zapomniał i skazał na los biedaków. Nawet zazdrościć tym uprzywilejowanym im nie wolno, bo w sumie zdają sobie sprawę, że stypendyści przeżyli piekło. 
Bardzo to wszystko smutne, tragiczne i wołające o zauważenie. Trzeba, żeby edukacja i wsparcie międzynarodowe dotyczyło większej ilości ludzi w Rwandzie. Bo tak jak jest, nie jest dobrze. Sprawiedliwość dosięgła katów, ale znów sprawiła, że nierówności społeczne i poczucie osadzenia jednej grupy społecznej, a faworyzowania innej są znów widoczne jak w czasach kolonialnych. I nie trzeba specjalisty od socjologii, żeby po lekturze tej książki stwierdzić, że taka sytuacja znów może zaowocować wojną. Oby nie. 
Ale nie jest dobrze, że potomkowie Tutsi modlą się jak ten faryzeusz 'Dzięki Ci Boże, że nie jestem jak ten Hutu', a potomek Hutu, pomimo że stara się żyć uczciwie i dobrze, nie ma szans nawet na godną pracę, bo jest piętnowany jako dziecko zabójcy. Na stronie 100 Fabrice Tuyishmire, syn uwięzionego Hutu mówi 'Nie znamy przewin rodziców, a jednak ponosimy karę za wyrządzone zło. Dorastałem wśród ludzi czujących do nas niechęć'. 
Zaś na stronie 221 Immaculee Feza, córka ocalałego Tutsi mówi 'Wiem, co przeżyli podczas rzezi, oni i moja starsza siostra Gigi, wstydziłabym się przedstawić rodzinie kandydata na męża z tamtej grupy etnicznej. Nie chodzi o to, że bałabym się tej osoby, ale byłby to brak szacunku dla moich bliskich. 
Ten zwrot dziewczyny 'tamta grupa etniczna' mnie poraził. Pokazuje on, że Tutsi, ofiary, jakby nie było, wykopali tak ogromny dół pomiędzy nimi, a potomkami Hutu, że nie jest on do nadrobienia. Współczucie dla tych niewyedukowanych dzieci więźniów dla mnie rośnie i zdumienie, że w relacjach społecznych zawsze i wszędzie góruje niechęć i nietolerancja. Z trzeciej strony, Europejczycy nie powinni chyba wypowiadać się o tym, co jest dobre w Afryce. Wydaje mi się, że może danie różnych szans dzieciom coś by pomogło? 

 Z czwartej strony łatwo jest nam mówić o tym, co tam trzeba by zrobić, ale czy Polacy inaczej reagowaliby, gdyby zaraz po rzeziach wołyńskich kazano nam żyć i patrzeć na oprawców swoich żon, dzieci itd... Jeżeli wiem, że trauma po takich wydarzeniach trwa dziesięciolecia?! A Polacy nie musieli oglądać oprawców. 
Na stronie 236 Tenże sam Fabrice, którego już cytowałam, mówi tak: 
'Nie można wyciągnąć żadnej pożytecznej lekcji z tego rodzaju doświadczeń. Nie, żadnej lekcji, która mogłaby komukolwiek pomóc. Nauczyłem się tylko nieufności i wstydu. W porównaniu z innymi dziećmi niczego nie zyskałem'. 

Smutne jest to, że i ta nasza tzw. 'cywilizowana część świata' nie nauczyła się tolerancji i humanitaryzmu. Nieufność i zamknięcie się cechuje wszystkich.Smutne, ale uświadamiające. 
Książka zasługuje na 10 gwiazdek
Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne:


Znalezione obrazy dla zapytania Wydawnictwo CzarneKsiążka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:
Znalezione obrazy dla zapytania degustatorka literatura faktu

sobota, 28 października 2017

Guzel Jachina 'Zulejka otwiera oczy' - gdy zło przynosi dobro....

Książka ukazała się w wydawnictwie Noir sur Blanc 30 sierpnia 2017 roku w tłumaczeniu Henryka Chłystowskiego. Ominęłabym ją, gdyby nie recenzja Owcy z książką. A cenię sobie książki tego wydawnictwa. Po prostu ją przegapiłam. 
Książkę przeczytałam jednym tchem. Zwraca uwagę też wyraźna czcionka, potrzebna osobom z problemami ze wzrokiem. 
Powieść należy do rosyjskiego kręgu kulturowego. Autorka jest debiutantką. 
Ilustracja
Autorka, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Guziel_Jachina
Guzel Jachina to pisarka rosyjska, o korzeniach tatarskich, urodzona w Kazaniu, rocznik 1977.  Ukończyła Kazański państwowy instytut pedagogiczny, wydział języków obcych; od 1999 roku mieszka w Moskwie, pracowała w branży marketingu. Ukończyła wydział scenariuszy Moskiewskiej Szkoły Filmowej (2015). Publikowała w czasopismach "Newa", "Oktiabr'". Myślę, że zostanie wybitną pisarką. Już nią jest.
Wikipedia podaje, iż fragmenty tej książki ukazywały się najpierw czasopiśmie "Syberyjskie światła" i że autorka miała problem ze znalezieniem wydawcy, aż spotkała właścicielkę agencji literackiej Elkost Jelienę Kostiuchowicz. Moim skromnym zdaniem, wydawnictwa chyba nie czytały maszynopisu, bo jak można odrzucić tak wyjątkową powieść?! W każdym razie Wikipedia podaje, iż 'Zulejka' zostanie przetłumaczona na 16 języków. W zeszłym roku zachwycałam się 'Ósmym życiem'. 'Zulejka otwiera oczy' jest jeszcze lepsza, subtelniej i celniej opisana, o wyrazistej akcji i bohaterach, którzy pozostaną z nami na zawsze. Jak u Bułhakowa. 
Ogólnie można powiedzieć, że książka traktuje o Tatarce, którą zesłano na Sybir, uprzednio zabiwszy jej męża i zabrawszy im majątek. Ale to byłoby znaczne uproszczenie, a powieść uproszczenia obala. Bo uproszczając uważa się, że powieści o zsyłkach pokazują ludzi, którym system zabrał szczęście i skazał na wieczną tułaczkę. A w przypadku Zulejki tak nie było. Pierwsza część powieści pt. 'Zmokła kura' pokazuje ją w środowisku domowym. Ba, karcer byłby milszy niż ten dom. A ona się nie skarży. Jak mantrę powtarza, że ma dobrego męża. Jej życie to harówka, słuchanie wrednej teściowej, niesprawiedliwość, brak zrozumienia i miłości, aż wreszcie śmierci córeczek. I chyba zsyłka nie pogorszyła jej losu, a nawet go polepszyła. Część druga 'Dokąd?" zaczyna się od pokazania starego doktora medycyny, który w świecie sowieckim po prostu oszalał, Wolfa Karłowicza Liebe oraz innego istotnego w dalszej akcji człowieka Ignatowa. Wszystkich ich los zetknął na dobre i na złe. Akcja rozciąga się na 16 lat, od roku 1930, gdy Zulejka oraz inni zostali zesłani na wieczne osiedlenie za Krasnojarskiem, aż do zakończenia wojny w roku 1945. Syberia, zesłańcy, ciekawi bohaterowie. Już to gwarantuje udaną powieść. A Guzel Jachina mogłaby pozostać na ciekawej powieści obyczajowo-historycznej, ale idzie dalej, w głąb postaci, w głąb historii. Odkurza fasadę mitów i stereotypów i próbuje pojąć ich sens. 
Powieść jest studium psychologicznym Zulejki. Tytułowym otwieraniem oczu. Zulejka jest typową reprezentantką swojej nacji. W dodatku kobietą zgnębioną. Ale żyje według norm, jakie wyniosła z domu, i norm typowych dla środowiska. Wyrwanie jej z tego środowiska z jednej strony ją psychicznie ubogaciło, ale z drugiej strony postawiło ją razem z najbardziej światłymi ludźmi ZSRR, których Wąsaty Józef zesłał na Syberię: malarzem, lekarzem, agronomem, damą z Leningradu, ludźmi, którzy obracali się wśród elit dawnej Rosji, uniwersytetach i podróżowali po Europie. Jako element kontrrewolucyjny zostali zesłani. Tam też dzięki swojej wiedzy stworzyli osadę, zdatną do życia: z lazaretem, i warzywnikiem. Matka Rosja i tam jednak ich znalazła, a system radziecki nakazał zdusić indywidualność. To wszystko odbiło się na życiu Zulejki, która jednak coraz bardziej potrafiła walczyć o swoje i nazywać swoje uczucia. Mniej szukać woli nieba, a bardziej kształtować swój los. 
Autorka użyła narracji w czasie teraźniejszym. To trudna narracja, wymagająca sprawności pisarskiej. Mało jest takich powieści. 'Zulejka' zajmuje wśród nich pozycję wysoką. Noc tu nie jest przypadkowe. Obrazy w całości, powtarzające się myśli, jak to zdanie 'Zulejka otwiera oczy' z jednej strony mają znaczenie dosłowne, ale z drugiej strony - przenośne. Oznaczają etapy rozwoju bohaterki. 
Na uwagę zasługują w książce postacie. Jest ich sporo. Ciekawe i istotne jest to, że są one pokazane przez pryzmat indywidualnych cech. Mają swoje nawyki, zainteresowania, wykształcenie, zawód, swoje pragnienia i lęki. Ale co istotniejsze, ich ocena moralna wynika z ich każdorazowego stosunku do innych ludzi. Nawet w tak ekstremalnej sytuacji mają wybór: albo postąpić 'po ludzku', albo 'po świńsku'. Nie zawsze można być czarno-białym, ale zawsze otoczenie stawia przed nimi wybór. Zulejka początkowo wierzy w Boga, który kieruje jej życiem - jest muzułmanką, ale przechowuje w sobie wierzenia pogańskie. Potem okazuje się, że życiem obywateli ZSRR kieruje system, władza, skorumpowane albo ulegające złym ludziom zwierzchności.  Jednak to ludzie są sprawcami zdarzeń. Jeden dobry człowiek może uratować innego, a jeden zły człowiek może pogrążyć cały naród. Los Zulejki i jej towarzyszy z transportu pokazuje, iż mimo wszystko warto jest być człowiekiem uczciwym, znającym się na swoim zajęciu, pomagającym innym. 
Takie optymistyczne przesłanie w książce o zesłańcach to coś rzadkiego, ale pięknego i wzruszającego. 
Tak jak cała książka 'Zulejka otwiera oczy'. 

Daję książce 10 gwiazdek. To jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam. 
Za książkę do recenzji dziękuję 
Znalezione obrazy dla zapytania Noir sur Blanc

piątek, 27 października 2017

Błękitny anioł - wrażenia z filmu

Znalezione obrazy dla zapytania Błękitny anioł O Marlenie Dietrich słyszałam, bo kto o niej nie słyszał, ale nie znałam filmów z jej udziałem. Filmem tym zachwycał się Zyga Maciejewski, policjant nieudacznik z kryminałów retro Marcina Wrońskiego. Gdy więc TV Kultura wyemitowało ten film, postanowiłam go obejrzeć. Fakt. Wysłuchałam rozmowy przed, a potem usnęłam jak zwykle, ale potem już jakimś cudem obejrzałam ten film. Znajomy mi pożyczył, a trochę oglądałam po niemiecku z napisami. 
Film pochodzi z roku 1930 i jest pierwszym niemieckim filmem dźwiękowym. Rzuca się w oczy technika kręcenia filmu, bardzo w stylu Chaplina, polegająca na wyraźnym zarysowaniu scenerii, miejsca, postaci. Profesor pokazany jest poprzez jego pokój, oddający jego oderwanie od świata, nudną pracę i samotność. Niejako przypadkiem trafia do kabaretu, miejsca, które nie mogło bardziej nie pasować do niego. Nie wiadomo jak złośliwy amor sprawia, że profesor zakochuje się w tancerce kabaretowej. Gra ją Marlena Dietrich. To kwintesencja kobiecości, ale trzeba pomyśleć nad tą kobiecością, bo jest ona inaczej pojmowana niż teraz. Jestem kobietą, więc zwróciłam uwagę na to, że Marlena do chudzinek nie należy. Zarazem ubiera się bardzo seksownie. Trafił jej się samotny mężczyzna, tak zwana łatwa ofiara, więc stosowała na nim technikę opiekunki, troskliwej kobiety. I nie wiem czy ona naprawdę chciała być tą miła kobietką, czy tylko udawała. Nie sposób przesądzać. W każdym razie miłość ta kończy się katastrofą. Najsmutniejsze jest to, że uczniowie profesora, którzy chadzali do takich lokali, wiedzieli, jak wygląda życie. Profesor - pełen wiedzy - nie miał pojęcia. O ile scena śpiewu Marleny jest pamiętna, to scena koguciego tańca profesora Ratha przejęła mnie dreszczami!
Znalezione obrazy dla zapytania Błękitny anioł
Źródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82%C4%99kitny_anio%C5%82
Znalezione obrazy dla zapytania Błękitny anioł
źródło:http://www.teleman.pl/tv/Blekitny-Aniol-110691
Znalezione obrazy dla zapytania Błękitny anioł
Źródło:http://www.filmweb.pl/film/B%C5%82%C4%99kitny+anio%C5%82-1930-35341
źródło: http://www.charlie.pl/index.php?i=film&id=1077161635

Rozmawiałam potem z o tym filmie ze znajomym, który pożyczył mi ten film. Pierwsze moje wrażenia z filmu były negatywne dla profesora. Znajomy bronił go. Po pół roku od obejrzenia tego filmu zaczynam przyznawać mu rację. Profesor Rath i Lola Lola reprezentują po prostu różne sposoby na życie. Lola chwyta dzień i przystosowuje się do okoliczności. Profesor jest stały. Ich światy mogą się zetknąć, a nawet sobą zafascynować, ale nigdy nie skończy się to dobrze. A najgorsze jest to, ze ta gra powtarza się w życiu. Teraz, kiedyś i w przyszłości. 
Tak jak pisałam nieraz, rzadko oglądam filmy. Naprawdę rzadko, ale ten zapamiętałam i należy on do filmów, które chciałabym oglądać wielokrotnie. Kiedyś po prostu kino kosztowało więcej, więc każdy się przykładał. Do arcydzieło. 
10 gwiazdek na filmwebie.
ps. Cieszę się, że Gortner napisał biografię Marleny. Mój post jest więc na czasie. Zechcę ją przeczytać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: