czwartek, 31 maja 2018

Zenon Kosidowski 'Opowieści biblijne' - Szukanie prawdy w Starym Testamencie.

Okładka książki Opowieści biblijne Autora kojarzę z książki o Egipcie i szanuję, ale o tym, że zajmował się też Biblią dowiedziałam się późno, bo dopiero podczas słuchania książki profesor Świderkówny. Prawdę mówiąc, miałam wątpliwości czy czytać tę książkę, bo pani profesor dyskutowała z pewnymi ustaleniami Kosidowskiego.Ale to były polemiki ekspertów. Dla mnie, jako szarej katoliczki nie są to miażdżące różnice.Warto przeczytać książki obu tych ekspertów. 
Zresztą, Zenon Kosidowski nie obala sensowności Biblii. On bada jej oparcie w faktach. Dla mnie, pamiętam, że ciosem obuchem w głowę była lektura Mitu o Gilgameszu. Pamiętam, że byłam w szoku jak bardzo Pismo Święte opiera się na tej historii, jak bardzo jest podobne. I jak to się ma do 'natchnioności' Biblii? A fakty o tym, że większość tych ksiąg była kompilowana później niż mówi tradycja?
Podejście Zenona Kosidowskiego jest następujące: najpierw opowiada fragmenty ze Starego Testamentu, a następnie szuka prawdy. Zestawia to najpierw z historią powszechną i szukając prawdziwych historycznych postaci, szukając danych archeologicznych, umiejscawia postacie i wydarzenia w historii. Szuka potwierdzenia na ich istnienie, albo zaprzeczenia. Książka powstała przeszło pół wieku temu, więc od tego czasu archeologia dokonała nowych odkryć. Z tego, co oglądam na Visat History, to odkrycia te potwierdzają to, co twierdził Kosidowski. 
Według niego mitycznymi midraszami i powieściami ludowymi są 'ostatnie' księgi Starego Testamentu i postacie Judyty, Daniela, Estery itd. 
Kosidowski mówi też o tym, subiektywnie przedstawiano ocenę postaci i faktów w Starym Testamencie, jak bardzo historiozoficznie i teokratycznie oceniano te postacie. On, Kosidowski, próbuje je ocenić chłodno. To bardzo ciekawe teksty. 
Innym, bardzo wartościowym akcentem w tej znakomitej książce była analiza filologiczna tekstów biblijnych. Coś tam już wiedziałam o tym z książki prof. Świderkówny, ale to wiedza tak pasjonująca, że z ciekawością czytałam i to. Na koniec za ciekawiły mnie fakty o pochodzeniu 'Pieśni nad Pieśniami' i 'Księgi Hioba' w kontekście odkryć z tabliczek klinowych. 
Jeszcze jedno mnie zainteresowało w tekście, a mianowicie wyjaśnienie związku języków semickich z sobą. Tak się składa, że kilka dni temu w tymże Visat History oglądałam dokument o runach hitlerowskich i ich pochodzeniu. Oni tam mówili, że na ironię zakrawa fakt, że symbolem SS był znak z pochodzenia semicki. 
Wyjaśnienia Kosidowskiego o rodzinie języków,  jak i o rodzinie ludów Bliskiego Wschodu wyjaśniły mi wszystko, tak że czuję się 'objaśniona'. 
Z zapartym tchem czekam na lekturę 'Opowieści ewangelistów' i mam nadzieję, że będą to same pozytywne odkrycia, że moja religijność nie rozsypie się w drobny mak w konfrontacji z wiedzą. 

10 gwiazdek, bo to naprawdę mądra, a zarazem przystępnie napisana książka popularnonaukowa.

wtorek, 29 maja 2018

Kurban Said 'Ali i Nino' - miłość pokonuje wszystkie przeszkody...

Zdjęcie pochodzi z dyskusji na LubimyCzytać: http://lubimyczytac.pl/dyskusja/433/16345/najslynniejsze-love-story-kaukazu
Okładka książki Ali i Nino Książkę poleciła mi koleżanka. Miałam wątpliwości czy czytać, bo jak wiecie, człowiek ma tyyyle do czytania, ale ostatecznie przekonało mnie to Zakaukazie i fakt, że to powieść z 1937 roku. A historię uwielbiam. 
 Okładka tego nowego wydania od W.A.B. jest przepiękna, prawda? 
Kurban Said to pseudonim. Na stronie https://en.wikipedia.org/wiki/Kurban_Said 
możemy przeczytać cała historię tego pseudonimu. W każdym razie książka jest przepięknie napisana, z wprawą. Miałam wrażenie, że albo autor miał doświadczenie pisarskie, albo niesamowity talent. 

Wróćmy do love story. Teraz takich książek się nie pisze..... Zastanawiam się dlaczego? Może dlatego, że teraz bohaterowie powieści miłosnych mają inne problemy? Inaczej pojmują życie? Mają inną konstrukcję psychiczną? Są mniej dojrzali? Nie stają przed takimi wyborami? Oj, chyba nie. Bo stają przed takimi wyborami, a życie pojmują każdy na swój sposób. 
Szkolne miłości zawsze istniały i zawsze wywoływały wzruszenie świadków. Tutaj mamy taką typową szkolną miłość. Ona z gimnazjum żeńskiego, on z męskiego. Razem odrabiali lekcje, razem spędzali czas. On wiedział, że to ta jedyna i na całe życie. Ponoć w słynnym 'Love story' też tak było. Tutaj mamy też problem narodowości i religii. Chociaż wychowują się w tym samym mieście, to jednak w dwóch światach. Ona jest chrześcijanką, Gruzinką, a on muzułmaninem. Narracja prowadzona jest z punktu widzenie Alego. Widać  ile przeszkód w światopoglądzie chłopak musi pokonać. Jak bardzo jego sposób widzenia świata różni się od jej widzenia świata. Ich miłość musi pokonać wiele prób, nawet haremu, rodziny, wojny. Tak sobie myślałam, że skoro ona, Nino, która znała sąsiadów muzułmanów miała tyle obaw i oporów przed związkiem z muzułmaninem, to co mówić współczesne Europejki! 
To jest romans, więc i miłość pokonuje wszystkie trudności. A  czytelnik z chęcią czyta takie piękne historie, w których problemy są niewydumane, przeszkody im trudniejsze, tym więcej trudu wymagające, ale do pokonania.  Piękna i romantyczna historia i wspaniale, można powiedzieć, klasycznie skomponowany romans książkowy.
Bardzo polecam i dają 8 gwiazdek
Za książkę dziękuję koleżance :) Twoje polecanki są zawsze OK.

poniedziałek, 28 maja 2018

Jacek Sawaszkiewicz 'Z moim tatkiem' - humor rodem z Barei

Kasiek z bloga 'Z pasją o dobrych książkach i nie tylko...' ukuła takie fajne określenie na takie książki 'Trupy z półki'. Ja je tu przytoczę, bo świetnie ono określa tę książkę. Trup z półki, który na wieki by na niej stał z czystego sentymentu, gdyby jakiś użytkownik LubimyCzytać nie napisał o tej książce recenzji, że to ciekawe i śmieszne opowiadania. Mama kupiła mi tę książkę jak byłam dzieckiem, ale wówczas kompletnie tej książki nie zrozumiałam. Postawiłam ją na półce na święte nigdy. 
Dopiero teraz znów to przeczytałam i te absurdy peerelu mnie rozśmieszyły, jak 'Alternatywy 4'. Trochę to śmiech przez łzy i przestroga, że czasy ręcznego sterowania i odgórnych norm nie są ani logiczne, ani wydajne. Na przykład historia ankiety na temat pinezek 'Junak'. Niby zabawne, bo absurdalne, ale czy takie ankiety na pewno są tylko w opowiadaniach satytyrycznych? 
Akcja opowiadanek toczy się w normalnym świecie z lat 80, a więc w kolejce, w PKP, w szkole, przed blokiem, u lakiernika w Polmozbycie itd. itp. Tatko i synek świetnie się uzupełniają w tej obserwacji rzeczywistości.
Trzeba dodać, że autor był płodnym pisarzem. Wikipedia klasyfikuje go do nurtu fantastyczno-naukowego. Oto jego dorobek literacki:

Zbiory opowiadań

  • Czekając (Wydawnictwo Poznańskie 1978)
  • Mój tatko ([opowiadania satyryczne] "Iskry" 1978)
  • Przybysz; Wyznanie; Potestas (Nasza Księgarnia 1979)
  • Admirał Douglas Westrex; Kariera Johna Stoffhansenna; Cerebrak; Manekin (Nasza Księgarnia 1980)
  • Mistyfikacje; Raport; Guzik; Pożegnanie; Życie rodzinne; Prawda (Nasza Księgarnia 1983)
  • Tatko i ja ([opowiadania satyryczne] KAW 1983)
  • Z moim tatkiem ([opowiadania satyryczne] KAW 1985)
  • Między innymi makabra ([opowiadania satyryczne] Glob 1985)
  • Wahadło (Glob 1986)
  • Mój tatko i cała reszta (KAW 1988)

Powieści

  • Sukcesorzy (Wydawnictwo Poznańskie 1979)
  • Katharsis (Iskry 1980)
  • Eskapizm (Wydawnictwo Poznańskie 1982)
  • Kronika Akaszy. Inicjacja (Wydawnictwo Poznańskie 1981)
  • Kronika Akaszy. Skorupa astralna (Wydawnictwo Poznańskie 1982)
  • Kronika Akaszy. Metempsychoza (Wydawnictwo Poznańskie 1984)
  • Kronika Akaszy. Powtórka z Apokalipsy (Wydawnictwo Poznańskie 1986)
  • Stan zagrożenia (Wydawnictwo Poznańskie 1986)
  • Na tle kosmicznej otchłani (Krajowa Agencja Wydawnicza 1988)
Jacek Sawaszkiewicz zmarł w roku 1999 w wieku 52 lat.
Opowiadanka są śmieszne i dobrze napisane. Daję im 8 gwiazdek.

sobota, 26 maja 2018

Roth i Tokarczuk - dwa ważne nazwiska w literaturze. Książki obojga autorów w Polsce wydaje Wydawnictwo Literackiee - słowo ode mnie i materiały wydawnictwa


Zdjęcie pochodzi z materiałów Wydawnictwa Literackiego
Witajcie,
W minionym tygodniu w literaturze wysokiej zdarzyło się i na smutno, bo zmarł Philip Roth, i na wesoło, bo nasza Olga Tokarczuk otrzymała Bookera! Nie chcę wyjść na wróżkę, ale tak sobie myślałam, że w obecnej konstelacji międzynarodowej nasza wybitna pisarka ma szansę na tę prestiżową nagrodę, bo opowiada się za tolerancją, bo reprezentuje świat wolnych ludzi, a dzisiaj coraz więcej szaleństwa na świecie. Tak sobie więc myślałam ostatnio, że Tokarczuk ma szansę. O, i stało się. Ja się bardzo cieszę, choć prawdę mówiąc przeczytałam dopiero 'Księgi Jakubowe'. Ale bardzo książkę pochwaliłam:
Niestety, nie posiadam tej książki na własność na półce i to mnie boli. Ale ważne, że mam ją w głowie.  Natomiast nie czytałam nagrodzonej książki 'Bieguni', ale The Man Booker International Prize skłoni mnie do jej przeczytania.
Oto co o nagrodzonej Bookerem książce 'Bieguni' ((Flights) w tłumaczeniu Jennifer Croft) napisało Wydawnictwo Literackie, dumne, że jest wydawcą takich perełek (gratuluję):

To z pewnością jeden z największych międzynarodowych sukcesów polskiej literatury! Powieść Bieguni Olgi Tokarczuk w znakomitym przekładzie Jennifer Croft została wyróżniona The Man Booker International Prize, na stałe zapisując się w historii.

Flights — bo taki tytuł nosi anglojęzyczne wydanie książki — ukazała się na Wyspach Brytyjskich w maju 2017 roku nakładem wydawnictwa Fitzcarraldo Editions. Międzynarodowy sukces powieści, która w 2008 roku została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike, zbiegł się w czasie z niedawną polską premierą Opowiadań bizarnych.

The Man Booker International Prize ustanowiono w 2005 roku jako dopełnienie The Man Booker Prize for Fiction, najbardziej prestiżowej nagrody literackiej za powieść anglojęzyczną. Międzynarodowa Nagroda Bookera przyznawana jest za najlepszą powieść przetłumaczoną na język angielski.

Nie posiadamy się ze szczęścia. 10 lat po polskiej premierze Bieguni trafiają do kolejnych czytelników, którzy swoją lekturą nadają tej książce nowe znaczenia i sensy. Dowodzi to ponadczasowości i uniwersalności pisarstwa Olgi Tokarczuk.
 
To olbrzymi sukces autorki i dowód na to, jak wielka moc, zdolna poruszać czytelników w różnych krajach i na różnych szerokościach geograficznych, drzemie w jej prozie. To także sukces Wydawnictwa Literackiego, które walnie przyczyniło się do tego, że Bieguni ukazali się na Wyspach Brytyjskich, to w końcu sukces brytyjskiego wydawcy Fitcarraldo Editions oraz znakomitej tłumaczki Jennifer Croft, która nie tylko świetnie przełożyła utwór naszej pisarki, ale też aktywnie popularyzowała twórczość Olgi.

Jesteśmy przekonani, że The Man Booker International Prize dla powieści Flights - taki tytuł nosi angielskie wydanie Biegunów - to kolejny przełomowy krok w karierze Olgi Tokarczuk. To osiągnięcie z pewnością przełoży się na jeszcze większe zainteresowanie tą i innymi książkami pisarki na rynku anglosaskim, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie Flights ukażą się już w sierpniu - mówi Marcin Baniak, Dyrektor ds. promocji Wydawnictwa Literackiego, polskiego wydawcy nagrodzonej powieści. 





Blog Literackie Zamieszanie gratuluje pani Oldze Tokarczuk. Jestem też dumna z tego, że nagrodzono polską pisarkę. 

Natomiast kolejny mail od Literackiego przyniósł smutną wiadomość, bo o śmierci Philipa Rotha:
Źródło zdjęcia: materiały WL
  To strata dla literatury nie tylko amerykańskiej, ale i światowej. Pozostały jego książki. 
Ja czytałam dopiero jedną:

Oto książki tego pisarza wydane przez Wydawnictwo Literackie:

Kompleks Portnoya (grudzień 2014)
Amerykańska sielanka (luty 2015)
Wyszłam za komunistę (maj 2015)
Ludzka skaza (wrzesień 2015)

Spisek przeciwko Ameryce (luty 2016)

Konające zwierzę (czerwiec 2016)

Wzburzenie (wrzesień 2016)
Everyman (listopad 2016)
Amerykańska sielanka — okładka filmowa (styczeń 2017)

Kiedy była porządną dziewczyną (sierpień2017)


Oto, co napisało o nim Wydawnictwo Literackie:

Na swoim koncie miał najważniejsze wyróżnienia, poczynając od nagrody Amerykańskiego Stowarzyszenia Historyków za Spisek przeciwko Ameryce, przez Nagrodę Pulitzera za Amerykańską sielankę, a na Man Booker International Prize za całokształt pracy twórczej kończąc. Od lat wymieniany jako jeden z głównych kandydatów do Nobla, regularnie zamykał krótką listę zakładów bukmacherskich. Sam jednak nie wierzył, że kiedykolwiek otrzyma to najwyższe z literackich wyróżnień. W wieku 85 lat odszedł dziś w nocy Philip Roth.

„Czy gdybym zatytułował swoją powieść Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu zamiast Kompleks Portnoya zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…” – zastanawiał się w wywiadzie dla „Svenska Dagbladet", przedrukowanym przed dwoma laty przez „Książki. Magazyn do czytania”. Nie należał do literatów zdyscyplinowanych i pokornych. Uwielbiał jątrzyć, drążyć i wywoływać „trzęsienia ziemi”. Oskarżany o „kalanie własnego gniazda”, wyklęty przez konserwatywne środowiska żydowskie, uchodził za kulturowego i religijnego skandalistę. Za nic miał sobie dobry smak i polityczną poprawność. Brutalny w sądach, cięty w języku, nieokiełznany w opisywaniu ludzkiej seksualności, nie ustawał równocześnie w pytaniach o tożsamość uwikłanych w sieć rozmaitych uzależnień bohaterów swoich powieści.

Niezwykle ważnym i wciąż powracającym w twórczości Philipa Rotha tematem była też kondycja pisarza, jego związek z dziełem, granica między prawdą a literacką fikcją. Błędem byłoby jednak widzieć w najsłynniejszym chyba bohaterze książek zdobywcy Pulitzera, Nathanie Zukermanie, samego autora. Nie powinno się też utożsamiać jego sądów z sądami występującego na kartach kilku książek pisarza o znajomo brzmiącym nazwisku – Philip Roth.

„Ci, którzy szukają przekonań autora w myślach i słowach jego postaci, szukają nie tam, gdzie trzeba. Wyławianie ‘myśli’ pisarza oznacza niszczenie bogactwa tej mieszanki, która jest najistotniejszą cechą powieści (...). Narzędziem myśli pisarza jest skrupulatność jego stylu. Tu właśnie, w tych wszystkich elementach, kryje się potencjalna wielkość myśli pisarza” – mówił autor Kompleksu Portnoya.
W amerykańskiej trylogii opisywał rewoltę obyczajową i polityczny terroryzm lat 60. (Amerykańska sielanka), szydził z maccartyzmu i antykomunistycznej histerii lat 50. (Wyszłam za komunistę) oraz politycznej poprawności końca XX wieku (Ludzka skaza).
 

A co myślał o współczesnej Ameryce?
„Mało prawdy, wszechobecność antagonizmów, dużo gry na najniższych instynktach, gigantyczna hipokryzja, brak jakichkolwiek płomiennych uczuć na horyzoncie, powszechna brutalność, która bije w oczy, kiedy tylko włączy się telewizję, broń masowego rażenia w rękach szuj, całe litanie budzących absolutną grozę aktów przemocy, nieustające wyniszczanie biosfery w imię zysku, przerost inwigilacji, który wróci jeszcze do nas jak upiór, koncentracja bogactw, dzięki którym finansowane są najbardziej niedemokratyczne akty, analfabeci naukowi po 89 latach odgrzewający "małpi proces" wytoczony w 1925 r. nauczycielowi głoszącemu teorie Darwina w Tennessee, nierówności gospodarcze rozmiarów Ritza, depczące wszystkim po piętach zadłużenie, rodziny niezdające sobie sprawy z tego, jak zły obrót mogą przybrać sprawy, wyciskanie pieniędzy ze wszystkiego przy każdej okazji. Oraz, co nie jest nowością, rządy - sprawowane nie przez ludzi wybranych drogą demokratyczną, ale przez wielkie finansowe grupy interesów. Nasza stara amerykańska plutokracja w wydaniu gorszym niż kiedykolwiek”.

Nie opisze już tego na kartach powieści.
Na literacką emeryturę przeszedł zresztą kilka lat temu. Przeczytał wówczas swoje książki raz jeszcze, żeby sprawdzić, czy jego praca miała sens i z czystym sumieniem, w ślad za swoim idolem z czasów młodości, amerykańskim bokserem, Joe Louisem stwierdził: „Zrobiłem wszystko, co tylko mogłem, środkami, jakie miałem do dyspozycji".

Jego dzieła nie odejdą w niepamięć. Obrazowy język sprawia, że chętnie sięgają po nie hollywoodzcy filmowcy. W 2003 roku na ekrany kin, jako Piętno, weszła ekranizacja Ludzkiej skazy z Anthony’m Hopkinsem, Nicole Kidman oraz Edem Harris’em w rolach głównych. Pięć lat później mieliśmy okazję obejrzeć filmową wersję Konającego zwierzęcia (hollywoodzki tytuł - Elegia) z kreacjami Penélope Cruz oraz Bena Kingsleya. Do tego grona w 2017 roku dołączyła ekranizacja Amerykańskiej sielanki, w której u boku Ewana McGregora (po raz pierwszy również w roli reżysera!) wystąpiły: Dakota Fanning oraz Jennifer Connelly.
 
Ze smutkiem żegnamy dziś jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskich, którego nazwisko wymieniano obok Thomasa Pynchona, Cormaca McCarthyego i Dona DeLillo. Od 2014 roku Wydawnictwo Literackie było jedynym wydawcą dzieł amerykańskiego pisarza. W ramach wielobarwnej serii, naszym nakładem ukazały się kolejno książki: Kompleks Portnoya (2014), Amerykańska sielanka (2015), Wyszłam za komunistę (2015), Ludzka skaza (2015), Spisek przeciwko Ameryce (2016), Konające zwierzę (2016), Wzburzenie (2016), Everyman (2016), Teatr Sabata (2017) oraz Kiedy była porządną dziewczyną (2017). W lutym 2017 roku do księgarń trafiła też ponownie Amerykańska sielanka z filmową okładką.
Dziś wielobarwne oprawy straciły dla nas kolory...

'Apostrof' - gadżety festiwalowe. Czy ktoś uczestniczył?

Witajcie,
Niedawno odbył się Festiwal Literatury Apostrof. Niestety, nie miałam możliwości uczestniczyć, ale chciałabym. Czy ktoś szukał tych książek w budkach? A może uczestniczyliście w spotkaniach? 
Zostały mi po nim bardzo ciekawe gadżety. Oto one:



To taki zestaw dla czytelnika, który posiada nadmiar książek. Kostka do losowania opcji plus odpowiedni ołówek:







Rzuciłam los i wypadło mi, żeby przeczytać coś z półki.... Fajne gadżety.

Mam pytanie, czy ktoś uczestniczył w spotkaniach na temat tłumaczeń i może mi opowiedzieć?
Chodzi o spotkania w Warszawie na temat tłumaczeń? Temat mnie zainteresował.

14 maja, 20:00 /DS/ Tłumaczenie brzydoty. Polskość jako kategoria estetyczna
dyskusja z udziałem Beaty Chomątowskiej, Małgorzaty Czyńskiej oraz Marcina Kołodziejczyka, prowadzenie Adam Leszczyński
 
 
15 maja, 20:00 /DS/ Tłumaczenie zbrodni. Jak pisać o przelanej krwi?
dyskusja z udziałem Ewy Winnickiej, Justyny Kopińskiej oraz Cezarego Łazarewicza,
prowadzenie Łukasz Orbitowski
 
16 maja, 20:00 /DS/ Tłumaczenie zakwitających. Jak pisać o doświadczeniu bycia dziewczyną?
dyskusja z udziałem Martyny Bundy, Patrycji Pustkowiak oraz Radki Franczak,
prowadzenie Sylwia Chutnik
 
 
17 maja, 19:00 /MS/ Tłumaczenie hiciorów, czyli blockbustery po polsku
dyskusja z udziałem Anny Bańkowskiej, Małgorzaty Hesko-Kołodzińskiej i Pauliny Braiter, prowadzenie Michał Tabaczyński
 
19 maja, 13:00 /MS/ Nowe otwarcie. Po co artystom i tłumaczom stowarzyszenia?
dyskusja z udziałem Justyny Czechowskiej (Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury), Katarzyny Górnej (Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej) i Jacka Dehnela (Unia Literacka), prowadzenie Grzegorz Sroczyński
 
 
19 maja, 18:00 /DS/ Tłumaczenie wspólnoty
dyskusja z udziałem Joanny Tokarskiej-Bakir, Mikołaja Grynberga oraz Mirosława Tryczyka, prowadzenie Monika Płatek
 
 

piątek, 25 maja 2018

Javier Moro 'Hinduska miłość' - bo wszyscy kochamy śluby jak z bajki....

Nawet nie przypuszczałam, że książka z półki może być taka aktualna. Bo trafiło się dziwnym zbiegiem okoliczności, że wzięłam się za jej czytanie, gdy media opanował szał na temat ślubu Harry'ego i Megan. Tutaj też jest o bajce na żywo, o tancerce flamenco Anicie Delgado, która poślubiła bajecznie bogatego księcia księstwa Kapurthali.
Znalezione obrazy dla zapytania Anita Delgado
Bohaterowie tej książki: Anita Delgado i radża Jagatjit

Jak to się skończyło? Przeczytałam w książce. 
Jest to historia prawdziwa, ale ja o tym nie wiedziałam, gdyż aż tak się tym nie interesowałam. Prawdę mówiąc, myślałam, że to romans. Książka weszła do mojej biblioteczki 2 lipca 2015 roku (mam to zapisane w niej) jako pierwsza książka z rozdawajki blogowej. Już bloga tego nie ma. A książka jest.
Jak już się przekonałam po kilku stronach, że to nie romans, to zaczęłam się ze smutkiem spodziewać tak popularnej w literaturze popularnej z orientem w tle ckliwej narracji. A tymczasem książka uchroniła się od oby tych zagrożeń i jest całkiem ciekawa. Pierwsza część to opowiadanie o tym, jak Anita Delgado poznała radżę i jakim cudem znalazła się na statku do Indii. Historia jest jak z bajki, tymczasem zdarzyła się naprawdę. Narrator zostawia ją wysiadającą ze statku w Indiach, niepewną swojego losu, a jednak śmiało idącą w niego. Druga część to opowieść o Indiach kolonialnych drugiej połowy XIX wieku, gdy radża się urodził i gdy z pulchnego grubaska, który potrzebował specjalnego łóżka do spłodzenia potomka tak, żeby brzuch mu nie przeszkadzał (naprawdę to jest w książce) stał się tym przystojniakiem, który spodobał się Anicie. Pieniądze pieniędzmi, ale chyba bez fascynacji człowiekiem nie zdecydowałaby się na ten krok, prawda?
Część trzecia, czwarta i piąta to bardzo barwna opowieść o ich życiu, o cieniach i blaskach i kłopotach Anity, bo choć noszona na rękach i ukochana przez męża, to jednak borykająca się z ostracyzmem ze strony władz kolonialnych, ale i poprzednimi żonami radży. Autor trzyma czytelnika w napięciu, bo końcówka zaskakuje!
A tytułowa 'hinduska miłość' czy jest pasjonująca? Chyba tak, bo jest tu i kamasutra, i fascynacja, i szaleństwo. A zarazem łyk dziegciu, który sprawia, że wszystko staje się nie tak nieskazitelne, jak mogłoby być. Bohaterka miała szczęście, że trafiła na miłego księcia, ale autor opowiada też o mniej kulturalnych władcach indyjskich krain, na przykład o człowieku, który sprowadzał dzieci, żeby kopulowały przed posągiem bogini, o zwyczajach małżeństw z dziewczynkami, które były jeszcze dziećmi. W tym wszystkim ekscentryzm radży Jagatjita był szczytem człowieczeństwa, bo po pierwsze gustował w dorosłych kobietach, po drugie poślubiał je dobrowolnie, a po przecie kochał je i dbał o nie. A nie zawsze przecież tak było w Indiach, co opisuje autor. 
Książka jest więc bajkową historią królewskiej miłości, ale i przebogatym obrazem Indii sprzed wieku. Bardzo ją polecam. 
6 gwiazdek

czwartek, 24 maja 2018

Helen Oyeyemi 'Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania' - a gdyby tak życie miało w sobie coś z magii?

'Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania' to polski tytuł. Oryginalnie brzmi on kompletnie inaczej: 'What Is Not Yours Is Not Yours'. 

Autorka. Źródło: Wikipedia

To opowiadania, które już od początku wprowadziły mnie w kompletnie inny świat, taki trochę z pogranicza magii. I pomyślałam sobie, że jest w nich coś z magii afrykańskiej Sangomy. Poszukałam biografii autorki i faktycznie, jest ona z pochodzenia Nigeryjką! Moje skojarzenia były więc słuszne. Książkę tworzy 9 opowiadań. Każde inne, każde na swój sposób dziwne. Są tam puenty, ale one nie wyjaśniły mi prawie niczego. Jednocześnie dałam się tym opowiadaniom porwać i wciągnąć. Motywem wspólnym jest klucz i poszukiwanie tożsamości. Ale inne niż w 'Słoniach w ogrodzie' (którą to książkę opisywałam wczoraj). 

Nowości powieściowe od WUJ z kwietnia
Tutaj narracja bohaterów wprowadza magię, przejścia w czasie, powrót do przeszłości i obecność zmarłych. Realizm magiczny kojarzy się z literaturą iberyjską. Te utwory nie są podobne do niczego innego, są wyjątkowe same w sobie. Ja dopiero jednokrotnie przeczytałam te bardzo oryginalne opowiadania, a to za mało, żeby wiedzieć o nich wszystko, bo tak jak powiedziałam wcześniej, są one trochę dziwne. Zaczyna się od rzeczywistego zdarzenia, a potem światy się mieszają. Wydaje mi się, że najbardziej realne są uczucia bohaterów: ich poczucie wyobcowania, straty, tęsknoty, poszukiwania. 
Jest w nich zarazem coś takiego nieuchwytnego, co czytelnik od razu rozpoznaje jako wybitną literaturę. Zachwyca język i sposób narracji, która wyjaśnia, a jednocześnie nie wyjaśnia. To ta tajemnica, która tkwi w każdym z opowiadań, tak od siebie różnych.  
Lektura tych opowiadań to przyjemność czytelnicza, ale i poczucie niedosytu, że zostało w nich coś co czytelnikowi umknęło. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Powinnam i chcę przeczytać te opowiadania od nowa, żeby uchwycić więcej. I pewnie tak zrobię.
Daję jej 10 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego:

środa, 23 maja 2018

Meral Kureyshi 'Słonie w ogrodzie' - poszukiwanie tożsamości.


'Słonie w ogrodzie' Meral Kureyshi to literacki debiut Kosowianki zamieszkałej w Szwajcarii, imigrantki, która wraz z rodzicami musiała opuścić swoją wielokulturową ojczyznę.
Zeitgeist dc 3210033.jpg
Autorka, źródło: Wikipedia

 Moje pierwsze skojarzenie, gdy wydawnictwo napisało premierze tej książki, było z 'Barbarzyńcą w ogrodzie' Herberta. Ale gdy się przyjrzymy treści, tytuł nawiązuje do opowieści narratorki o tym, jak to zmyślała bzdury na temat swojego dzieciństwa w Kosowie, że mieli słonie w ogrodzie. To jej zmyślanie wynikało z tego, że dziewczyna w Szwajcarii była samotna i wyobcowana. Zmyślała więc bzdury, żeby być słuchaną. 
Książka bardzo jest w stylu 'Śmierci pięknych saren' Oto Pawla. Też wspomnieniowa, też nostalgiczna, też trochę smutna. Autorka posługuje się bardzo prostą, skromną formą wyrazu. Pisze oszczędnie, a zarazem bardzo przejmująco. Wspomina rodziców, ojca, matkę, jedyną koleżankę, która jej nie zaprosiła na urodziny, swoją rodzinną miejscowość Prizren. Wszystko utrzymane jest w formie oszczędnej artystycznie. Te jej wspomnienia są zarazem opowieścią o wdrażaniu się w nową kulturę. Bo przecież w życiu dziewczynki zmieniło się wszystko: świat, postrzeganie rodziny, sposób życia, status społeczny., otoczenie. To wszystko osacza dziewczynkę i powoduje jej zagubienie w świecie. Mimo wszystko odnalazła swoją tożsamość, choć z trudem. 

Dwie powieści, dwie nowości wydawnicze WUJ z kwietnia
Te wszystkie elementy tej gubionej starej tożsamości i odnajdywania nowej pojawiają się w tej narracji. Mamy wspomnienia urodzin jeszcze w Kosowie, a potem urodziny koleżanki, na które jej nie zaprosili. Mamy wieloletnie oczekiwanie na kartę stałego pobytu i długoletnie ubóstwo rodziny w Szwajcarii. Mamy jednocześnie wspomnienia z jako tako ustabilizowanego życia jej rodziców, przerwane przez wojnę. Mamy wspomnienia tego, że rodzice mówili kilkoma językami i tego, jak ona z zapałem uczyła się francuskiego i jak nie została dopuszczona do klasy wyższej zaawansowaniem, pomimo tego, że się uczyła przez całe lato. Potem mamy wspomnienia kuzynów z Kosowa, coraz słabsze oraz coraz wyraźniej kształtująca się nowa tożsamość.
Jest to bardzo subtelna, ale wiele mówiąca książka. Troszkę trzeba się w nią wczytać. Myślę, że takimi słoniami w ogrodzie czuła się narratorka i jej rodzice w Szwajcarii, egzotyczni, wymykający się z ram, duszący się w ciasnym miejscu, ale nie mający powrotu.
Myślę, że wrócę do tej książki, żeby uchwycić znów ten czas nostalgicznego smutku. Bardzo mi odpowiada ten kierunek europejskiej prozy współczesnej...
Daję 10 gwiazdek. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego:




piątek, 18 maja 2018

'Lalka' - serial i film. Porównanie

Dzień dobry,
Pewnie nie uwierzycie, że ja dopiero w tym roku obejrzałam obie wersje 'Lalki'! Dotychczas unikałam tego filmu, a to dlatego, że myślałam, że nie dorówna on książce. Najbardziej obawiałam się o Pamiętniki Rzeckiego, zdawało mi się, że reżyser na pewno je wytnie, a była to moja ulubiona część książki. 
Ale w Wielkanoc puścili 'Lalkę' Hasa z 1968 roku:
Zaś wersję serialową w reżyserii Bera z 1977 roku pożyczyłam na DVD:






I cóż mogę powiedzieć? Chyba to, że po pierwsze polecam obie wersje, a po drugie, że obie wersje różnią się nie tylko długością, ale interpretacją wielu aspektów książki. Trudno powiedzieć która jest wierniejsza książce. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że wersja serialowa, bo jednak w 9 odcinkach po godzinie i 18 minutach da się więcej 'upchnąć' z książki niż w filmie, nawet tym dwu i półgodzinnym.W filmie nie ma wielu wątków: pamiętnika Rzeckiego, wątku studentów i Stawskiej itd, ale mamy interpretację czerwonych rąk Wokulskiego oraz symbolikę ubogiej Warszawy. Dobitnie i obrazowo pokazano też obcość Wokulskiego na salonach. To dobry film, choć nie było w nim pamiętnika Rzeckiego. W serialu rozwinięto wszystkie wątki. Jest on bardziej realistyczny niż film.
Co się rzuca w oczy przy oglądaniu obu wersji to diametralnie odmienne postacie Łęckiej:
Kadr z serialu - w roli Łęckiej Małgorzata Braunek. Wokulski: Jerzy Kamas

Kadr z filmu - w roli Łęckiej Beata Tyszkiewicz. Wokulski: Mariusz Domochowski
To co teraz napiszę, będzie bardzo subiektywną opinią. Moją własną. Miałam wrażenie, że Łęcka Beaty Tyszkiewicz była kompletnie inną interpretacją tej postaci niż Łęcka Braunek. Otóż, Łęcka Tyszkiewicz była piękną damą, która rozsiewała swój czar, była świadoma swojej urody oraz bycia podobaną przez Wokulskiego i po prostu 'kroczyła w tym podobaniu się', jak to kobieta. To świadoma swoich powabów kobieta. Według tej interpretacji postaci jej okrucieństwo wobec Wokulskiego było wynikiem kobiecości. 
Kompletnie inaczej jest z Łęcką z serialu. Po pierwsze, choć nie jestem mężczyzną, więc ciężko mi się wypowiadać, ale do piękna tej Łęckiej było daleko.... Nie wchodząc w gusta i guściki, uważam, że Małgorzatę Braunek do tej roli wybrano dlatego, że miała arystokratycznie wyniosłe spojrzenie i ta wyniosłość twórcom wydała się pasująca do Łęckiej. Jednocześnie pomimo tych jej fałszywych uśmieszków, które ona oddała prawie teatralnie, miałam wrażenie, że Łęcka Braunek jest osobą niespełna rozumu, posiadająca problemy psychiczne. Podczas gdy Łęcka z filmu wtapiała się w swoje środowisko, Łęcka w serialu jest jakąś schyłkową karykaturą damy. Owszem, mówi jak dama, konwersuje jak dama, ubiera się jak dama, ale jednocześnie coś ją różni od takiej Wąsowskiej:
Wąsowska z serialu

Wąsowska, też arystokratka, potrafi trafnie oceniać ludzi, natomiast równie świadomie postanawia pozostać przy swojej sferze społecznej. Natomiast Łęcka jest trochę jak uosobienie kompleksów Freuda i Fromma. W połączeniu z jej fałszywymi uśmieszkami i nieracjonalnymi decyzjami odniosłam wrażenie, że byłaby odpowiednią pacjentką oddziału psychiatrycznego.... Nie wiem czy taki był zamysł reżyserów?
Natomiast Łęcka z filmu była jak najbardziej przy zdrowych zmysłach. Tyszkiewicz wykreowała chodzącą kobiecość, piękną i uwodzicielską damę, która pławi się w zachwytach mężczyzn, bo wie, że jest piękna. Przeciwieństwo jej do Wąsowskiej tutaj ma inny charakter:
Wąsowska z filmu
Kalina Jędrusik, która grała tę postać, dała jej czysty erotyzm, bez subtelności Łęckiej -Tyszkiewicz. Jak widać, w mojej ocenie klasę arystokratki w filmie miała Łęcka, a w serialu Wąsowska. A to różnica.
Teraz Wokulski. Wokulski w serialu miał dużo psychologicznej głębi:
Wokulski z serialu
 Kamas grał oczami, zarówno smutek, jak i w innych scenach radość. Podczas scen na przykład z Łęcką, oczy mu się śmiały, w teatrze widać było znudzenie kiepską sztuką, w scenach w sklepie - stanowczość szefa, w scenach z Rzeckim - przyjaźń. Nie da się ukryć, że bardzo mi się jego postać podobała. Prawdę mówiąc, nie dziwię się, że wszystkie 'spełna rozumu' kobiety w serialu i książce się w nim kochały... Przystojny był. Jednocześnie dawało się wyczuć dojrzałość emocjonalną Wokulskiego. Jego miłość nie była tylko namiętnością, ale była decyzją co do dalszego życia. Natomiast Wokulski z filmu to mężczyzna już dojrzały. W jego postawie widać zdecydowanie,  ale i  brak tego uroku, jaki miał Kamas. To zdecydowanie 'starszy' Wokulski. A ta szuba z lisem nie przydawała mu młodości....
Odmiennego omówienia potrzebują obie kreacje Rzeckich:
Rzecki z filmu. Gra go Tadeusz Fijewski

Rzecki z serialu. Gra go Bronisław Pawlik

Nie ukrywam, że to moja ulubiona postać z książki. Wcale nie uważam go za starego fantastę. Cenię jego wrażliwość i empatię, delikatność i takt oraz wielką uczciwość. To wspaniała postać. Obaj aktorzy dali jej coś dobrego, a jednocześnie innego. Rzecki w filmie był dramatyczny. Ta dramatyczność wynikała z przejść z przeszłości. Musiałabym sprawdzić, czy ten aktor nie był byłym więźniem obozu koncentracyjnego - tyle w nim było tragedii.... Rzecki z serialu też jest pełen ofiarności i wartości osobowych, ale i ma więcej czasu na swój świat. Ale to już jest zasługa długości filmu. Po prostu w serialu zmieścił się 'Pamiętnik Starego Subiekta' oraz sceny ze Stawską i te w pijalni piwa oraz wspomnienia z Węgier. Lubię romantyków, więc i Rzeckiego uwielbiam. 
Na koniec porównam obraz Warszawy i społeczeństwa w obu wersjach. W filmie pokazano dobitnie i symbolicznie Warszawę bogatą i Warszawę ubogą. Nie pokazano natomiast konfliktu z żydowskimi kupcami. Może dlatego, że film powstał w 1968 i dlatego ten wątek stałby się nadinterpretacją tego, co pokazał Prus?
W serialu mamy pokazanie skrajności w bogactwie i ubóstwie. Tutaj twórcy mieli więcej czasu, a więc mogli pokazać na co stać arystokrację, a na co ubogich. Pokazać marnotrawstwo arystokracji i zdolność do dostosowania się do nowoczesnych czasów pani Stawskiej i wiele innych. Ale i mamy ten nieszczęsny konflikt z kupcami żydowskimi. Postać Henryka Szlangbauma w wykonaniu Piotra Fronczewskiego to postać równie pogłębiona psychologicznie jak inne. Tak jak w poprzednich wątkach, w serialu był czas na pokazanie całości wątku. Najpierw nienawiści i antysemityzmu przy pracowitości Henryka. Fronczewskiemu udało się pokazać determinację Henryka. Widać też jak bardzo arystokracja polska zadłuża się u żydowskich lichwiarzy i jak ci lichwiarze bezskutecznie muszą chodzić za swoimi pieniędzmi. Przecież honorowy Wokulski nie miał z nimi żadnych konfliktów! Bo spłacał swoje długi. Końcówka tego wątku nasuwa smutne refleksje i dramatyczne zapowiedzi eskalacji tego problemu. I nie jest to gadanie endeka, ale smutna refleksja bystrego obserwatora rzeczywistości porozbiorowej w Polsce nad niepozałatwianymi problemami społecznymi. 
Podsumowując, 'Lalka' serialowa pokazuje całą złożoność arcydzieła Prusa, natomiast serial ma wartość artystyczną i symboliczną. To wspaniale 'skadrowany' film. Oba polecam.
A na Filmwebie serial oceniłam na 10 gwiazdek, a film na 8.








środa, 16 maja 2018

Herman Lindqvist 'Wazowie. Historia burzliwa i brutalna' - monografia pewnej dynastii....


Jest to marcowa premiera Marginesów, bardzo smakowita premiera. Już temat dynastii Wazów sam w sobie jest ciekawy, według mnie, a monografia dynastii Wazów pisana przez Szweda, ożenionego z Polką tym bardziej jest ciekawa. My, Polacy mamy przecież utrwaloną przez wieki ocenę zarówno królów z tej dynastii, jak i ocenę Szwecji, zdaje się, że bardzo mglistą.... Czytając tę książkę możemy się przekonać jak to wyglądało z ich punktu widzenia. 

Środkowa część okładki - drzewo genealogiczne Wazów

ilustracje z książki
Ta prawie pięciusetstronicowa historia dynastii Wazów zaczyna się od dojścia do władzy protoplasty rodu, czyli Gustawa Erikssona Wazy. Już po pierwszych stronach dało się wyczuć wprawę w pisaniu przystępnym i ciekawym. Potem zajrzałam do biogramu i faktycznie, moje odczucia się potwierdziły - Herman Lindqvist jest autorem 61 książek. Fakt, że poprzez małżeństwo z Polką obecnie mieszka w Warszawie sprawia, że ten szwedzki historyk i dziennikarz mógł i porównywał polski i szwedzki punkt widzenia historycznego. Książkę na polski przetłumaczyła Emilia Fabisiak, to bardzo dobre tłumaczenie.
Wiadomo, że Wazowie panowali w Polsce. Uważa się, że to przez dziwactwo Wazów i ich upór w ubieganiu się o tron szwedzki Rzeczpospolita Obojga Narodów została wplątana w wyniszczające kraj wojny. Tutaj mamy troszkę inny punkt widzenia, a raczej inną perspektywę. Dla mnie, bardzo ciekawą i wiarygodną. 
 Tak jak wspomniałam, zaczyna się od protoplasty rodu Gustawa Erikssona, a zarazem od opowieści o bardzo trudnym dla Szwecji czasie, gdy była ona zagrożona przez Danię. Autor opowiada o walkach o władzę, o rzeziach i skandynawskim sposobie władzy oraz o warunkach życia zarówno zwykłych ludzi, jak i możnowładców. Gdy Polska pojawia się w książce po raz pierwszy, czyli podczas małżeństwa Jana III Wazy, ojca Zygmunta, z Katarzyną Jagiellonką, widać ogromną różnicę w zamożności Polski i Szwecji. Autor bardzo pochlebnie wyraża się o naszym kraju. Byłam tak dumna, że sobie pozaznaczałam fragmenty. 
Następne rozdziały to opowieści o walkach o władzę, ale i o charakterze Wazów, który okazuje się zbiorem sprzeczności. Mamy tutaj dowody na przywiązanie do żony i dzieci, jak i na ogromne okrucieństwo, bezwzględność, a nawet choroby psychiczne, które ciągle przewijały się w tym rodzie. Nie wiem czy polski historyk odważyłby się na tak jednoznaczne podkreślanie wad władców. 
Kolejny polski akcent w książce to opis potopu szwedzkiego, ale i jego geneza, która sięga walk o Inflanty, Wszystko zostało dogłębnie i ciekawie opisane. Autor opowiada o skutkach potopu, jakim był chaos państwa, zubożenie na skutek grabieży i powolne chylenie się ku upadkowi.
Wydaje mi się, że w innej perspektywie niż w książkach polskich historyków mamy opowiedziane wojny XVII wieku w Europie. Miałam wrażenie, że autor szwedzki bardziej niż nasi zdawał sobie sprawę, jak bardzo był to krwawy czas dla całego kontynentu. Bardziej też niż my obecnie docenił więc tolerancję religijną w Polsce oraz 'raj dla Żydów'. Cały czas zasadniczą jest perspektywa Szwecji, która w okresie, gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów była okresem zamożności, tolerancji i rozwoju kultury, w Skandynawii była okresem ubóstwa ludu, czasem ścinania głów przeciwników politycznych i podejrzanych o sprzyjanie przeciwnikom, czasem ograbiania kościołów i klasztorów, czasem, gdy nie było arcybiskupa, który mógłby koronować króla! Czasem, gdy widelec był czymś nieznanym, gdy wielką rewolucją było wstawienie okien w pałacach oraz pieców kaflowych itd. 
Takie opowiadanie zarówno o wielkich wydarzeniach, jak i tych detalach w stylu co król kupował swoim dzieciom, sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem i zainteresowaniem. Opowieść ta naprawdę przybliża historię. 
Bardzo ją polecam. 
10 gwiazdek
Za książkę dziękuję wydawnictwu Marginesy:


wtorek, 15 maja 2018

Genevieve von Petzinger 'Pierwsze znaki. Najstarsze symbole świata'

Jest to druga z popularnonaukowych marcowych premier Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, jaką miałam przyjemność recenzować: 
Moje książki z serii #nauka

Tematem książki są pierwsze znaki geometryczne, wyryte na skałach w czasach prehistorycznych. Autorka zajmuje się tym tematem zawodowo, jest pracownikiem naukowym. Do treści dołączony jest bardzo bogaty materiał graficzny:



Zdjęcia z książki






Przypuszczam, że większość ludzi, podobnie jak ja, kojarzy 'pierwsze znaki' z tymi żubrami z jaskini we Francji oraz z otyłymi Wenus. Autorka mówi, że jest o wiele bardziej skomplikowanie, ale że nauka na ten temat dopiero raczkuje. Autorka najpierw przybliża czytelnikom całe datowanie pierwszych śladów ludzkich. Mówi o pochodzeniu człowieka, o jego prehistorii. Bardzo mnie fascynują te geny neanadertalczyków, jakie niektórzy z nas posiadają w sobie. Może ktoś z moich dawnych wielbicieli? Ciekawe czym się to objawia? W każdym razie jakoś tak ze szkoły zrozumiałam, że neandertalczyk był przodkiem homo sapiens, a nie że był inną 'rasą'. Teraz okazuje się, że było troszkę inaczej. Temat ten jest w tej książce epizodyczny, a mnie mocno, ale to mocno zaciekawił. 
O tym, że do Europy ludzie przenieśli się stosunkowo późno, wiemy. I to w Europie zaczęto badać jaskinie i napisy na nich. Autorka mówi, że  jej poprzednicy badali rysunki. Rozmaite kreski i gwiazdki traktowano jako plamki. Ona zajęła się właśnie tymi geometrycznymi znakami. Znalazła ich 32. Szuka analogii i jakiegoś wzoru. Mówi, że w sumie temat jest dopiero 'do zbadania', bo jej zdaniem potrzeba szukać śladów takich wcześniejszych żłobień w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Ale już z tego co jest, wynika, że nie były to przypadkowe znaki. Problemem jest to, że wcześniejsi badacze często nie opisywali tych znaków geometrycznych. Jej hipotezy na temat znaczenia tych znaków są takie, że może to być alfabet, mapy albo oznaczenia widzeń w transie. Ale najbardziej autorka skłania się ku alfabetowi.
 O swoich badaniach opowiada z wielkim przejęciem. Jej zdaniem, fakt, ze w niezwiązanych z sobą miejscach odkryto identyczne znaki świadczy o tym, że grupy przemieszczające się przyszły już ze znajomością znaczenia tych znaków, że już około 100 tys. lat temu w Afryce posługiwano się tym. Jej zdaniem tzw. człowiek pierwotny nie był pierwotny, a wprost przeciwnie. Autorka twierdzi, że jeśli jej teoria, że znaki te to alfabet okazałaby się potwierdzona i prawdziwa, to świadczyłoby to o inteligencji naszych przodków.
Na niekorzyść tej książki dla czytelnika przemawia fakt, że autorka opisuje na razie hipotezy i bardzo wstępny etap badań nad tym zagadnieniem. Wiele bardzo ciekawych znalezisk, jakie opisuje autorka, jest nie do wyjaśnienia, bo nie znamy sensu tego. Można zbadać ślady na płytce nazębnej, można szukać informacji o pochówkach, ale nie da się odtworzyć całego znaczenia danego rysunku na skale. Pozostały jedynie szczątki informacji i rozumowanie badaczy. Dlatego książka ta w każdym rozdziale kończy się znakiem zapytania. Nie może być inaczej, jeśli badacz trzyma się prawdy. 
Bardzo jednak mnie ten temat zaciekawił. Trzeba będzie pewnie poczekać wiele dziesiątków lat, żeby doczekać się książki na ten temat w stylu 'Gdy słońce było bogiem' Kosidowskiego. Pamiętamy przecież ile dziesięcioleci egiptologom zajęło odcyfrowanie hieroglifów. A przecież tam posiadano o wiele więcej śladów. A co mówić tutaj?
Daję książce 7 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego:





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: