poniedziałek, 18 czerwca 2018

Petros Markaris 'Niespłacone długi' (część pierwsza Trylogii Kryzysu)


Niektórzy mieli już do czynienia z kryminałami znad Morza Śródziemnego. Ja nie. Uwielbiam szwedzkie kryminały, bo są mroczne, uwielbiam polskie retro kryminały, bo świetne, ale włoskich czy tak jak teraz greckich to nie. To mój pierwszy kryminał grecki. Skusiło mnie tło, czyli kryzys w Grecji. To historia, która rozegrała się na naszych oczach. W telewizji pokazywano te kolejki do bankomatów, opowiadano o pasożytniczych Grekach, a następnie, od Grecji zaczął się kryzys w innych krajach. Może i obecna fala zwycięstw w wyborach kandydatów radykalniejszych niż wcześniej to skutek tego kryzysu? To mnie skłoniło do sięgnięcia po książkę. No i etykietka Noir sur Blanc.
Prawdę mówiąc, książka ta jak na kryminał nie była ekscytująca. Dobry kryminał czyta się z drżeniem kartek i z gulą w gardle. Tutaj najbardziej na wyobraźnię działały te obiady greckie, czyli sery, bakłażany, oliwki. Apetyczne. Normalnie w kryminałach mamy zły świat, odwrócony porządek świata i sytuację, gdy czytelnik czuje to osaczenie z książki. A tutaj tego nie było. Bardzo przyjemny inspektor, którego polubiłam, Kostas Charitos bada makabryczne zbrodnie, bo serię dekapitacji osób związanych z bankowością. Ktoś mieczem ścina ludziom głowy! 
Śledztwo, ale i wątek osobisty oraz opowieści z komendy dają okazję do przyjrzenia się Grecji w kryzysie i jej przyczynom, ale i ofiarom, na przykład, emerytom, którym urwano część emerytur albo bankrutom. Jest rzeczowo i przystępnie. Wątki śledztwa idą misternie do przodu, choć tak mniej więcej w 3/4 książki się zorientowałam. Ale nie czytałam tego z gulą w gardle, raczej spokojnie, prawie jak na wakacjach. 
Moja ocena tej książki będzie wynikać z tego, jak mi się ten kryminał czytało, a że  nie poczułam napięcia kryminalnego, to książkę oceniam na 5 gwiazdek. 
 Za książkę do recenzji dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir sur Blanc




sobota, 16 czerwca 2018

Vigdis Hjorth 'Spadek" - podświadomość rodziny. Czym jest prawda?

Książka ukazała się 9 maja 2018 roku w Wydawnictwie Literackim. Reklamowana jest jako 'Książka, którą można postawić obok Mojej walki Karla Ovego Knausgarda. 
Któż obok takiej książki przejdzie obojętnie? Bo mnie się nie udało. 
Mój głębszy cel jest jednak szerszy. Mam bowiem plan, żeby odnaleźć klucz do europejskiej powieści współczesnej tzw. wyższych lotów. Przedzieram się więc przez rozmaite książki i próbuję odnaleźć trendy, ale i ogólną ideę, która przyświeca twórcom. Wiadomo, każdy pisze 'od siebie', ale wiadomo też jest, że literatura jest odzwierciedleniem czasów, a wysoka literatura jakoś tak intuicyjnie pokazuje problemy epoki. 
Przedarłam się już przez pierwszy tom 'Mojej walki', przede mną Herbjørg Wassmo. Śledzę też serię z Żurawiem od WUJ. Już jakieś wnioski mi się klarują. Teraz na rynku wydawniczym pojawiła się powieść 'Spadek' Vigdis Hjorth.Jest ona bardzo ważnym szczeblem w tej mojej drabinie myśli i wniosków na temat tematu współczesna powieść europejska. 
Książka dotyka problemu rodziny i relacji pomiędzy jej członkami. Realizacja tego tematu przebiega jednak w powieści inaczej niż w 'Mojej walce'. Narracja jest tutaj pierwszoosobowa, a narratorka to Bergljot, siostra i córka. W swojej opowieści o problemach swojej rodziny, o kłótni o dwa domki i o podział majątku po rodzicach nie tylko wyraża swoje zdanie na ten temat, ale i odkrywa kolejne warstwy swojej osobowości, niczym cebula. Książka, moim zdaniem, nie jest oczywista. Bardziej pyta niż odpowiada, podaje wiele pewników w wątpliwość i miałam wrażenie, że trochę bawi się z czytelnikiem, skłania go do pomyślenia i własnego osądu. Ale ten osąd na temat tego, czy to córka zmyślała, czy ojciec był winny staje się coraz mniej jasny, im bardziej narratorka odkrywa kolejne pokłady swojej osobowości. Skończyłam czytać książkę, ale dalej czuję niepewność. Nie wiem czy moje wrażenia są słuszne, czy nie. Chciałabym przedyskutować to z innymi czytelnikami. Tutaj, w recenzji świństwem byłoby spojlerować zakończenie, prawda? 
 Zacytuję opinie o książce z prasy, zaczerpnięte z materiałów WL:
Hjorth pokazuje, do czego prowadzi zachłanność, jak szybko pękają kruche rodzinne więzy, a także jak miłość momentalnie może się zamienić w nienawiść. Spadek to także podróż w głąb rodzinnych tajemnic, historia niewyleczonych traum i nieudanego dzieciństwa. Najgorsze demony, pokazuje Hjorth, drzemią tuż pod skórą i wystarczy iskra, by przejęły nad nami kontrolę. Tak rozpętuje się piekło, które potrafią zgotować sobie jedynie najbliżsi.
Michał Nogaś, „Książki”

To opowieść familijna, ale też rzecz o pamiętaniu wydarzeń sprzed lat, o rozgoryczeniu, pretensjach, niedomówieniach i o tym, że nie można przeszłości zamieść pod dywan. Spadek to ten typ powieści, który sprawi nam najwyższej próby czytelniczą euforię mimo trudnych i bolesnych kwestii, które są jej tematem.
„Wysokie Obcasy Extra”

Powieść o winie i wypieraniu prawdy. Brutalna i mądra.
„Burda”

Ciekawostką są sugestie, że autorka opisała w niej własne przeżycia.
„Świat Kobiety”

Spadek – nie tylko materialny, ale też emocjonalny. (...) W Norwegii powieść wzbudziła gorące dyskusje.
„Uroda życia”

Emocjonująca opowieść.
"Olivia"
 Zgadzam się z panem Nogasiem, zgadzam się też z 'Urodą życia', iż książka wywołała dyskusję. Nie wątpię, bo jest dyskusyjna i 'wsadza kij w mrowisko'. Natomiast mam wrażenie, że autorzy wpisu z 'Burdy' nie do końca mają rację. Z tego bowiem, co ja wywnioskowałam wczytując się w książkę, to nie ma tutaj prawdy. To co wydaje się prawdą, okazuje się niewiadomą. 
Źródło: materiały WL


Na pewne tematy panuje obecnie moda, co brzmi brutalnie, ale prawdziwie i często mamy na to gotowe osądy. Nawet literatura szufladkuje  pewne tematy. Symboliczny już Knausgard postanowił oddać problemy psychologiczne dorosłego człowieka wyrosłe z problemów dzieciństwa opowiadając o wszystkim. Tutaj, w 'Spadku', jest inaczej. Narratorka przyznaje, że rodzina ukształtowała to kim jest, ale i zarazem ona, Bergljot, musiała zaprzeczyć wielu rzeczom, musiała wyrzucić z siebie rodziców i rodzeństwo, żeby stać się dorosłą kobietą. Powieść toczy się w przeciągu kilku lat, w ciągu których w życiu narratorki sporo się zmienia, ale nie zmienia się jej uraza do rodziców, nieuleczony żal do rodziny, zadra, która tkwi w jej sercu. 
Narratorka toczy swój monolog wewnętrzny, w którym opowiada o walce o swoją indywidualność, o tożsamość wewnętrzną, nawet za cenę zerwania z rodziną. Mówi tez o psychoterapii, jakiej została poddana. Wspomina o Freudzie i to chyba ten wątek nasunął mi pomysł na interpretację całości.
Moim zdaniem jest to powieść freudowska, spośród wszystkich powieści 'wysokich lotów' z problemem rodziny w tle, najbardziej freudowska powieść ze wszystkich. Freudowska, ale i jungowska.Gdy tak narratorka opowiadała o sobie, gdy badała siebie i swoje wspomnienia, które nie pokrywały się z reakcjami na ten sam temat, to ostatecznie nasunęło mi się podobieństwo do mitu o Edypie. 
W każdym razie, autorka pokazuje współczesną rodzinę jako źródło konfliktów i traum, ale i pole walki. Walka toczy się o sympatię i uznanie. Wszyscy ze wszystkimi o coś grają, przyjmują rolę, postawę, i o te postawy wobec innych toczy się w istocie spór. Te dwa domki, ta kość niezgody to symbol konfliktu rodzinnego. Zarazem, jest to miejsce ich wspomnień, gdy wszyscy byli razem. Zabawne jest i prawdziwe, że każdy z tej rodziny ma inne wspomnienia na ten sam temat. Poza relacją z ojcem wyłania się tez relacja z matką i ta ich ciągła rywalizacja. Bardzo archetypiczne. No a rodzeństwo? Czy nie jest tak, że zawsze jest pomiędzy nim rywalizacja?
Gdy myślałam wczoraj nad tym co mam napisać o tej książce, to przyszła mi do głowy myśl, że w sumie, podsumowaniem tej książki nie jest dotarcie do prawdy, co się zdarzyło, gdy Bergljot miała 5 lat, ale to, że rodzina jest w sumie miejscem walki o rolę w niej. Monolog wewnętrzny narratorki, który obejmuje całą narrację potwierdza tezę psychoanalityków, że dzieciństwo tkwi w każdym człowieku bardzo głęboko i kształtuje w nim jego dorosłe życie. 'Wina', 'prawda', 'krzywda'. Wydawało mi się, że to proste do wyjaśnienia pojęcia, ale autora tak je drąży, tak eksploatuje, że w sumie pod koniec książki doszłam do wniosku, że tak naprawdę jest tak, że nieświadomość i świadomość do dwie różne rzeczy. Pytanie czytelnika na koniec książki brzmi, czy narratorka znała prawdę? Czy ona też to wszystko odkrywa ze swojej nieświadomości jak cebulę? Czym jest prawda, pytam jak Piłat? 
Książka jest świetnie napisana. Zostawia więcej pytań niż odpowiedzi i skłania do sięgnięcia do niej  ponownie, ale i do zastanowienia się, czy my nie za bardzo wszystkiego szufladkujemy? 
10 gwiazdek
Za znakomita lekturę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:


czwartek, 14 czerwca 2018

Katarzyna Enerlich 'Piękno z łąk i pól" - ziołowe kosmetyki jako styl życia

Jest to poradnik zastosowania ziół, ale i opowieść o życiu w zgodzie z naturą. Autorka opowiada o tym, że można zdrowo żyć, sprzątać i dbać o urodę odrzucając drogie detergenty i kosmetyki ze sklepu, a biorąc się za własnoręczne wykonywanie kosmetyków. Bardzo mi się spodobało kilkakrotne podkreślanie, iż zaoszczędzone pieniądze warto jest wydać na książki ;) Już lubię autorkę, choć jej serii o prowincji nie miałam nigdy czasu przeczytać, ale bardzo lubię Jej książki z historią w tle. 
Rozdziały zostały ułożone tematycznie, a więc jest rozdział o natłuszczaniu skóry, o mydłach, o toniku, o płynach do kąpieli, o kremach, o szamponach. Autorka mówi jak je wykonać i z czego. Podaje przepisy (mam nadzieję, że będę potrafiła je wykonać sama) i chwali zioła. 
Ostatnio pojawiły się książki o ziołach.Ja na półce mam dwie, tę i od Marginesów. Oto obie w oprawie przyrodniczej:


Właściwie to każda z nich ma to, czego nie ma ta druga i odwrotnie. Za kilka dni opiszę 'Zielnik'. 
Na razie trzymajcie kciuki, żebym sama wykonała sobie krem do twarzy i tonik według przepisu z tej książki ;)

6 gwiazdek za książkę. Polecam
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG:

środa, 13 czerwca 2018

Katarzyna T. Nowak 'Rok na odwyku. Kronika powrotu'

Książka ukazała się 4 kwietnia 2018 roku w Wydawnictwie Literackim. Na 142 stronach autorce udało się przedstawić roczną walkę ze swoimi demonami podczas terapii odwykowej.
Temat jest ważny i nieopowiedziany, bo nałogi u kobiet to tematy tabu. O tym się nie mówi, do tego nie wypada się przyznawać. A specjaliści biją na alarm. Zresztą, sama ostatnio słyszę o wielu tragediach kobiet dojrzałych w wieku 40-50 lat i o falach samobójstw. Tylko że samobójstwo kończy problem, który narasta przez dłuższy czas. Wydaje mi się, że ludzie cierpią na samotność. Wydaje się nam, gonimy za pracą, za statusem społecznym, a potem się okazuje, że ciągnie się za nami wiele spraw, wielkie samotności i masa problemów, do których nie przyznajemy się nawet przed przyjaciółmi. Autorka odważnie opowiedziała o problemie kobiety na stanowisku, o ustalonym statusie życiowym. Bo rozumiem, że to książka autobiograficzna. Za znanym nazwiskiem kryje się nieudane dzieciństwo, rozmaite winy i poczucie krzywdy, niezałatwiona sprawa relacji i problem bezsenności oraz uzależnienia od leków. 
Już sam fakt, że możemy przeczytać, że znana osoba też się boryka z rozmaitymi problemami, że życie to nei tabloit, może pomóc wielu ludziom. 
Autorka opowiada o odwyku, o tym jak to wygląda  i jak się zachowują inni pacjenci. Początkowo kompletnie wypiera problem, ale trwa tam, bo potrzebuje poprawy sytuacji. Ważne jest to co, mówi o odwiedzających, o tym, że rzadko kiedy mężowie odwiedzają swoje żony, uzależnione. To mocno smutne i świadczy o powadze problemu. 
Autorka opowiada o problemach uzależnionych i o tym, na czym polega terapia, ale i niebezpieczeństwa. Język jest prosty, ale literacki, celny i dojrzały. To dobra proza, którą warto przeczytać. 
Bardzo polecam, a książce daję 8 gwiazdek:
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

wtorek, 12 czerwca 2018

James Oliver Curwood 'Władca Skalnej Doliny" - o myśliwych i ofiarach

Okładka książki Władca Skalnej Doliny Kolejna, po wczorajszym Biankim, książka z półki po dziadku, którą zachwycałam się w dzieciństwie. Coś mnie 'wzięło' na ponowną lekturę. I nie zawiodłam się. Książka wciąż zachwyca i mogłaby być idealną książką do serii EKO, którą wydają Marginesy. To taka moja sugestia. A na LubimyCzytać widzę same pochwały dla tej książki. 
Może zacznę od opowiedzenia o autorze.
James Oliver Curwood
James Oliver Curwood, źródło: Lubimyczytać

 Studiował na uniwersytecie stanu Michigan w latach 1898-1900, a potem pracował jako reporter. Podróżował po USA i Kanadzie i uwielbiał życie traperów i poszukiwaczy złota w Dalekiej Północy oraz dziką przyrodę.
'Władca Skalnej Doliny' to historia dwóch niedźwiedzi i dwóch myśliwych. Bardzo pięknie napisana, starannym, literackim językiem. Narracja przechodzi od skupiania się na niedźwiedziach do myśliwych i tak naprzemiennie. Dzięki temu czytelnik wczuwa się w przeżycia gonionych i goniących. Sto lat temu, gdy myślistwo było w modzie, autor opowiedział historię o tym, że prawdziwym potworem nie jest grizzly, ale myśliwi, którzy atakują dla przyjemności polowania. Bruce i Langdon początkowo chcą zabić ogromnego grizzly Tyra i go ścigają bez litości. Potem przekonują się, że Tyr nie jest bezmyślnym zabójcą. Ich wędrówka za niedźwiedziem staje się podróżą ku poznaniu przyrody. 
Wspaniała książka, świetnie napisana. Polecam. 
8 gwiazdek



poniedziałek, 11 czerwca 2018

Witali Bianki 'Tajemnica nocy leśnej' - znakomita książeczka dla dzieci! Potrzeba wznowienia

Wyciągnęłam tę staruśką książkę z półki po dziadku. W dzieciństwie czytałam ją kilkakrotnie. Teraz postanowiłam ją sobie odświeżyć i przypomnieć. 
To zbiór opowieści o zwierzętach. Jak przeczytałam, autor był synem zoologa, więc na zwierzętach się znał. Książka w Polsce ukazała się w 1952, a więc gdy lepiej było się o polityce nie wypowiadać. Bajki zwierzęce już od czasów Ezopa były dobre i bezpieczne. Pewnie za autorem kryje się bardzo ciekawa historia...
W każdym razie bajki sobie przekartkowałam, ale pisze o nich, żeby przypomnieć tę świetną książkę, którą mam nadzieję wznowią, bo jest tego warta. Mi brakowało audiobooka: żeby ktoś pięknie i dźwiękonaśladowczo przeczytał te teksty. 
Jest tam dużo nazw ptaków, ich zachowań, opowiadania wyjaśniające ich zachowania, ich miejsca zamieszkania itd. itp. To znakomita lektura dla dzieci. 
Polecam,
8 gwiazdek

sobota, 9 czerwca 2018

Maurice Maeterlinck 'Życie mrówek'

Jak pewnie wiecie wydawnictwo MG publikuje serię przyrodniczą belgijskiego noblisty z 1911 roku w przepięknym wydaniu. Już ukazały się trzy z czterech książek z tej serii:
'Inteligencja kwiatów', 'Życie pszczół', a teraz  'Życie mrówek'. zostaje 'Życie termitów', i wiecie co? To bardzo oczekiwana książka! A w życiu bym nie pomyślała, że taki 'staroć', nawet tak wartościowy treściowo i artystycznie, stanie się tak poszukiwaną przez blogerów i czytelników serią. 
Okazuje się, że nowe wydanie, promocja i piękna szata graficzna jednak pomagają w odkurzaniu starej, dobrej literatury.
Tym razem mamy 'Życie mrówek'. Od 'Życia pszczół' dzieli tę książkę 29 lat,  jedna wojna światowa i światowy kryzys.
Ilustracja
Maurice Maeterlinck, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Maurice_Maeterlinck

 Autor dramatu 'Ślepcy', Maurice Maeterlinck odnalazł w mrówkach zbiorowość, która żyje bardziej humanitarnie niż ludzie. W sumie nie dziwię się sceptycyzmowi autora wobec ludzi. Już przecież inny mądry tego świata powiedział, że im więcej ogląda ludzi, tym bardziej lubi zwierzęta. Laik wskazałby psy jako idealne zwierzęta, ale nie Maeterlinck. On wskazuje na mrówki i w książce opowiada o nich co nieco, jak sam mówi, zaledwie mały ułamek wiedzy o mrówkach. Zacytuję autora, bo to piękny cytat:
Niejeden czytelnik powie może, że setki ludzi, nie pierwszych lepszych przecież, lecz mogących dokonać wielu bardziej pożytecznych rzeczy, straciło tyle czasu i zadało sobie wiele trudu, aby zbadać malutkie tajemnice malutkich zwierzątek. Trzeba jednak pamiętać, że nie ma małych i wielkich zjawisk, gdy chodzi o tajniki życia. Wszystko leży tu na jednej płaszczyźnie, wszystko stoi na jednym poziomie, wszak astronom wykonuje pracę w tym samym znaczeniu co entomolog". 
Z książki dowiedziałam się, że wyjątkowość mrówek polega po pierwsze na ich altruizmie (a ponoć altruizm jest wbrew prawom przyrody?), a po drugie na niezbadanym systemie porozumiewania się społecznego. Okazuje się, że mrówki toczą wojny, hodują grzyby, posiadają niewolników. Ich życie jest wciąż pełne tajemnic. Tak było w 1930 roku, ale może od tamtego czasu naukowcy odkryli więcej?
W każdym razie książka jest piękna sama w sobie, bo zawiera odnośniki filozoficzne. Gdy mówi o harmonii życia mrówek i ich tajemnicach, to za każdym razie wyskakuje z refleksjami na temat życia ludzi i naszej nielogiczności w działaniach społecznych. Sporo jest katastrofizmu, a zarazem podziwu dla tajemnicy życia. 
Widać, ze autor poważnie zastanawiał się nad tymi sprawami, a także nad istnieniem albo nieistnieniem Boga, twórcy wszystkiego. A nawet chyba nad innymi formami życia. A to wszystko na podstawie życia malutkich mrówek.
Dodam, że w czytaniu towarzyszyła mi mrówka. Nie znam rasy, ale była to czarna, zwykła mrówka. Chodziła sobie to tu, to tam. Nie zrobiłam zdjęcia, bo mój aparat nie ma aż tak dużego obiektywu. Czyżby jej przybycie było oznaką tej niezwykłej inteligencji tych stworzonek?
To wspaniała i mądra książka. 8 gwiazdek.
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG



piątek, 8 czerwca 2018

Stephen Mansfield 'Tokio. biografia' - miasto uparte

Jest to kwietniowa nowość w reportażowej serii Mundus od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.
 W zeszłym roku WUJ wydał książki w tej serii o różnych miastach europejskich, które interesowały mnie mniej, więc ich nie czytałam. 'Tokio' mnie zaciekawiło, bo to miasto orientalne, a poza tym pisarze japońscy, a ostatnio kryminały japońskie i japońskie filmy robią cię coraz popularniejsze, więc chciałam sobie poczytać o tym mieście i tych ludziach. W sumie miasto to jest fenomenalne! od roku 1945 tak się zmodernizowało! Mają inną historię, kulturę, filozofię, a tak bardzo się 'wpasowali' w nowoczesność. Dlatego warto jest o tym poczytać. 
Moja półeczka reportażowa... 'Tokio' na tle WUJ.
Zdjęcia z książki. Historia Tokio

Książka ta jest troszkę inna niż reportaże Munsus, do których przywykłam. Zazwyczaj były to opowieści zaznaczone silna postacią opowiadającego o miejscu. W przypadku 'Tokio' mamy klasyczny, solidny reportaż o miejscu, o jego historii i rozwoju, o zmianach, katastrofach i powstawaniu z popiołów. Tokio - Edo to tak duże skupisko ludzi, że opowieść o nim jest zarazem opowiadaniem o Japończykach. Ta wielowiekowa historia, ta kultura Dalekiego Wschodu, starsza niż kultura europejska są fascynujące. 
Miałam wrażenie, że Japończycy potrafią działać dla wspólnoty, że sukces tego miasta jest sukcesem wszystkich i tego poświęcenia. A przez Tokio przeszły: samurajowie, kolonizatorzy, pożary, wulkany, bomba wodorowa (z Atolu Bikini), Rosjanie, Amerykanie i II wojna Światowa, a w ostatnich dziesięcioleciach - postęp i technologia. Ze wszystkich tych zderzeń tokijczycy odradzali się i dawali radę. 
Ciekawe są 'drobiazgi', na które autor zwraca uwagę, a więc na sprawy, które świadczą o standardzie życia zwykłych ludzi, a więc mówi o kanalizacji, o warunkach mieszkaniowych, o drogach i transporcie, o smrodzie i o rozrywkach. Mnie szczególnie zaciekawiła kultura. Na stronie 48 jest opis teatrów w roku 1714  (3) oraz opis rynku księgarskiego, który według tej książki kwitł już od połowy XVII wieku. Popularne były powieści, traktaty moralne i naukowe, książki ilustrowane czy przewodniki po rozrywkowych częściach miasta. Te 'rozrywkowe części miasta' to dzielnice domów publicznych. Temat dosyć ciekawie i obszernie opowiedziany w tej książce (strony 41-45). Ogólnie mówiąc, w tym okresie prostytutki dzieliły się na klasy ekskluzywną i dla biedniejszych klientów.  Bardzo się zdziwiłam, że Japończycy byli tak aktywni seksualnie.
W dalszej  części książki, gdy historia się zmieniała, gdy miasto nawiedzały katastrofy: wojenna i choroby, to prostytutki były pierwszymi jej ofiarami. 
Bardzo ciekawym motywem jest aranżacja miasta. Książka pokazuje, że planującym miasto udało się diametralnie przearanżować całe dzielnice i na przykład z dzielnic, w których zamieszkiwali drobni handlarze uczynić dzielnicę firm technologicznych. Często taki postęp był koniecznością wynikłą z katastrof. 
Podsumowując, Japonia to ciekawy kraj, a tokijczycy to interesujący ludzie o bogatej historii. Gdy Murakami pisał swoją 'Przygodę z owcą' to nie sądziłam, że za tym kryje się aż tak bogata kultura, którą w ogólnym zarysie opisuje ten reportaż.
Daję książce 6 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego:

środa, 6 czerwca 2018

Sarah Moss 'Między falami' - diagnoza mojego pokolenia

 RECENZJA PREMIEROWA
Książka Sarah Moss o intrygującym tytule i okładce, która zwraca uwagę, ale mało odsłania z treści, zwróciła moją uwagę.Gdy pochwaliłam się stosikiem na forum książkowym, to kilka osób właśnie na 'Między falami' zwróciło uwagę, pisząc mi, że to dobra autorka. Musiałam się przekonać jednak o tym sama.
Do lektury zasiadłam przedwczoraj, a skończyłam wczoraj. Czytałam jednym tchem i wciąż jestem pod wrażaniem książki. To trochę dziwne, bo powieści mało się dzieje. Praktycznie, od wydarzenia inicjującego fabułę, ciąg dalszy to 'czekanie na Godota', jeśli ktoś pamięta tę sztukę Becketta. Piękno tej książki leży w sztuce opowiedzenia, w języku, w nastroju, w zaciekawieniu czytelnika i sztuce zatrzymania jego uwagi - mojej uwagi. To wspaniała powieść, której chciałabym nie kończyć. 
Autorka, Sarah Moss, to reprezentantka mojego pokolenia. Napisała 5 powieści, z których dwie zostały już przetłumaczone na polski. I pisarstwo tej autorki zamierzam śledzić. Od dłuższego czasu badam drogi rozwoju współczesnej powieści tzw. wybitnej. Badam sobie drogi, którymi ten gatunek zdąża. Jak wiadomo odnośnikiem jest 'Moja walka' i skandynawski nurt powieściowy. Ja uważam, że nie jest to 'jaskółka' powieści przyszłości, ale eksperyment i jednorazowe wydarzenie literackie, które pokazuje problemy, jakie dręczą współczesną Europę. A jak wiadomo literatura wysokich lotów na współczesne problemy odpowiada i je przetwarza w fikcję literacką. Wróćmy więc do 'Mojej walki', która tyle fermentu zrobiła w świecie literackim. Problemem jaki tak ekspiacyjnie wyrzucał z siebie autor była codzienność i wspomnienia osobiste. Nie spodobał mi się sposób, w jaki autor je opowiadał, bo relacja z całego życia jest zaprzeczeniem literatury, ale chodzi o problem jaki dotyka - jak myślę - nie tylko Karla Ove Knausgårda jest właśnie codzienność i wspomnienia osobiste. Jedni pisarze pokazują urywki codzienności, inni mówią o ciemnych stronach człowieka, jeszcze inni o niemożności poznania go kompletnie.
No i wreszcie trafiłam na Sarah Moss. Jest to moja subiektywna ocena, ale wydaje mi się, że pisarka reprezentuje całą generację, moje pokolenie, problemy całego 'europejskiego świata' (brzmi jak absurd, ale tak jest i w sumie tak to zostawię). Bo jest też przecież 'świat nieuuropejski', kompletnie inny niż ten, który znamy. Ta książka zajmuje się światem europejskim.
W przepięknej, subtelnie prowadzonej narracji mamy w powieści jedną nowoczesną i kochającą się rodzinę. Jest ojciec, matka i dwie córki.  Matka jest lekarzem i zarabia na dom, ojciec prowadzi dom i dla rozrywki prowadzi raz w tygodniu zajęcia na uniwersytecie. Pracuje też nad książką o katedrze w Coventry. Akcję inicjuje wypadek starszej córki, która nagle w szkole na boisku 'zatrzymuje się'. Traci oddech, umiera. Zostaje odratowana, ale lekarze i rodzina muszą przyjrzeć się z dowiedzieć się, czy ich córka nie 'zatrzyma się' ponownie. Rodzice czekają więc na diagnozę. On, Adam, i ona Emma. Każde inaczej przeżywa ten strach o dziecko, ale narracja skupia się na Adamie i na nim. Praktycznie czytelnik otrzymuje studium współczesnego rodzica, który wziął na siebie tradycyjnie przyjętą społeczną rolę żony, matki. to on dba o dom, sprząta, pilnuje dzieci, to on dba o to, żeby było ugotowane i uprane, to od kupuje kremy z filtrem dla rodziny i zdrową żywność dla dzieci. to on prowadzi córkę na basen i na kinderbale.I jest z tym szczęśliwy i spełniony. Lubi to. Czasami tylko musi uważać na to jak inni rodzice na to patrzą. Ale problem widzi w ich stereotypach, a nie w sobie. Bo i tego problemu nie ma. 
W tych subtelnych urywkach codzienności odnalazłam jako czytelniczka to, czego nie było w 'Mojej walce', czyli harmonii duchowej. On czuje spójność wewnętrzną. Ten jego bezpieczny świat niszczy wypadek córki. Wytrąca ich to z codzienności i sprawia, że zaczynają się bać. To strach jest głównym bohaterem prawie całej książki, oczekiwanie na tragedię. Mówiąc wprost, na śmierć. W rodzinie pojawił się nagle ojciec Adama, który zaczyna snuć dziewczynkom opowieść o swojej młodości, o pochodzeniu. A jest on uciekinierem z Austrii, Żydem, któremu udało się uciec od Holokaustu. Potem, już w jego młodości w Stanach zahaczył o hippisów i komuny. Potem wrócił do Europy, zapoznał kobietę i został ojcem narratora. 
Miałam wrażenie, że ta wplatana opowieść jest czymś w rodzaju kodu genetycznego Europejczyka, że te traumy z przeszłości przodków narratora, a więc wojny i ucieczki, potem dwudziestowieczna rewolucja kulturalna i powrót do ról życiowych, jakie nam stawia życie, a więc ojcostwa i potrzeby wzięcia odpowiedzialności za dom, to te traumy są też traumami nas wszystkich, którzy nosimy w sobie wszystkie tragedie przeszłości. Ale nasze pokolenie, pokolenie autorki, narratora i czytelnika, jest już tych strachów pozbawione. Pod koniec książki narrator mówi o tym, że przez całe pokolenia śmierć dzieci była powszechna, tragedie były powszechne. Dopiero w naszym pokoleniu stało się to osobliwe. Dlatego tak bardzo się tego boimy. Pomimo, że najczęściej do dramatów nie dochodzi, to się boimy. Dopiero gdy zaakceptował w sobie obecność tego strachu, a także to, że nie jest w stanie rospostrzeć płaszcza ochronnego nad rodziną, czyli nad tym, co w życiu najbardziej kocha, uwalnia się od tego, przestaje się bać. 
Zaczęłam swoje wywody od 'Godota'. Jak wiemy 'Czekając na Godota' była sztuką egzystencjalną, była głosem pokolenia wojennego. Bohaterowie na Godota się nie doczekali. Ale i nie poprawili swojego życia, które było nędzne. Nasz bohater akceptuje swoje życie i zaczyna zauważać, że jest ono dobre. Nawet jeśli wiele złego może się jeszcze zdarzyć, choćby terroryzm albo niesprawiedliwe posądzenie. Narrator jest tego świadomy. Nawet takie, gdy odwracają się role społeczne, gdy rodzina żony pochodzi z elity, a jego z imigrantów, to jego życie jest spełnione. Narrator w sumie akceptuje siebie w zupełności. To niespotykane we współczesnej literaturze wybitnej, bo zazwyczaj chodzi w niej o niezaakceptowanie siebie i świata. 
Podsumowując, to niesamowita lektura. Ani idylliczna, ani traumatyczna. Mało się tu dzieje, a jednocześnie dzieje się dużo. To głos mojego pokolenia, któremu się trafiło żyć w czasach antybiotyków i pokoju, ale które ciągle się czegoś boi. Czy to nie jest trafna diagnoza?
 Daję tej niesamowitej lekturze 10 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu:
 
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo Poznańskie logo



wtorek, 5 czerwca 2018

Paweł Jasienica 'Dwie drogi' - o powstaniu styczniowym. Czy można było przyspieszyć niepodległość? A może byłoby gorzej?

Okładka książki Dwie drogi Książki Pawła Jasienicy pokochałam miłością bezwarunkową, ale w połączeniu z panem Ksawerym Jasieńskim. I tej też wysłuchałam jako audiobook w tym kultowym wykonaniu. Prawdę mówiąc, myślałam, że to książka o rozbiciu dzielnicowym... Gdybym wiedziała, że to o powstaniu styczniowym, to bym tego nie słuchała. A niesłusznie. 
Już mówię, dlaczego miałam niechęć do tego zrywu narodowego. 
Po pierwsze, ponoć mój prapradziadek po powstaniu został goły jak święty turecki, jedynie z 'Michaldą' i z nazwiskiem -ski.
Po drugie, gdy w podstawówce uczyłam się do olimpiady historycznej o powstaniach, to właśnie książki o powstaniu styczniowym były moim koszmarem. Jakieś niezliczone potyczki, a wszystko opisane chronologicznie. Wszystko to dało mi obraz koszmaru ucznia. A poza tym, powstanie ma zły pijar, jako zryw niepotrzebny, który zabrał Polakom całkowitą autonomię i skłonił do rusyfikacji. 
Paweł Jasienicą nie byłby jednym z najwybitniejszych polskich historyków, gdyby nie napisał książki o powstaniu ze swadą i po swojemu. Uwypuklił przyczyny powstania i ogólny sens. Natomiast kompletnie nie pisał o chronologii potyczek, jeśli to nie miało wpływ na ogólny sens. I zatrzymał się na kwietniu 1863, gdy do steru doszli biali. W podsumowaniu opowiedział o skutkach powstania. Z racji tego, ze skutki negatywne są powszechnie znane, skupił się na skutkach pozytywnych, które chyba tylko on potrafił wyłapać. Udało się też autorowi oddać hołd zapomnianemu i niedocenionemu przywódcy powstania Stanisławowi Bobrowskiemu:

Stefan Bobrowski.PNG
Stefan Bobrowski, ps. Grabowski ( 1840 - 1863) – polski działacz niepodległościowy,  przewodniczący Tymczasowego Rządu Narodowego (Komisji Wykonawczej) w 1863 roku. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Bobrowski
Ważnym elementem tej książki jest ustosunkowanie się do całościowej sytuacji w Europie i Rosji przez Jasienicę, dogłębna jej znajomość. Opowiada więc Jasienica o słabości caratu i o uwłaszczeniu, o tym, jak to było naprawdę w Rosji i w Europie. Mówi o nastrojach narodowych, o zbadanych pamiętnikach generałów i prasie rosyjskiej, o tym, czy w tamtej sytuacji Polska miała szansę na niepodległość, ale i o tym, jaka to była Polska tamtych czasów, w sensie, jacy byli Polacy. Wszystko to dało mi obraz jakiego nie czytałam w żadnej innej książce historycznej i wiele mi wyjaśniła. 
Jasienica miał odwagę oceniać fakty po swojemu, ale opierając się na dogłębnej wiedzy! W porażkach doszukiwał się sukcesów, a w sukcesach porażek. Ciekawe co by powiedział o naszych czasach?
Wielką zasługą Jasienicy jest znakomity i barwny język, który nie nudzi.W opisach tej książki jest mowa o tym, że książka urywa się na kwietniu 1863 roku. Niby tak, ale nie do końca. Autor po prostu mówi o tym co najważniejsze. A że po zabiciu Bobrowskeigo w pojedynku do władzy doszli biali, którzy skierowali powstanie na równię pochyłą, gdy opowiedział o tym, że przeprowadzone uwłaszczenie stało się faktem dokonanym po prostu nie miał już nic do dodania. Takie wyliczanie potyczek, jakie miałam nieprzyjemności dawno temu czytać, przygotowując się do olimpiady, nie wniosłoby nic więcej. 
Książka w mojej ocenie jest całościową i dogłębną analizą nie tylko polskiego powstania, ale i całej sytuacji europejskiej w drugiej połowie XIX wieku. 
Jak zwykle jestem zachwycona i daję książce 10 gwiazdek.

sobota, 2 czerwca 2018

Wywiad z panem Marcinem Wrońskim, autorem cyklu kryminałów o Zydze Maciejewskim

Marcin Wroński, mój rozmówca w koszulce z nową książką, która ukaże się już w środę, 6 czerwca.Źródło: festiwalkryminalu
Dzień dobry,
Dziś mam wielką przyjemność zaprezentować Wam wywiad z moim ulubionym pisarzem, jednym z czołówki polskich pisarzy retro kryminałów, pisarza z Lublina, pana Marcina Wrońskiego. Bardzo się cieszę, że pan Wroński bardzo chętnie zgodził się na wywiad i udzielił mi obszernych odpowiedzi. Trafiłam na dosyć zajęty czas, bo na teraz przypada premiera 'Glin z innej gliny', Festiwal Kryminału, Targi Książki i Festiwal Apostrof. Ale pan Wroński znalazł czas na wywiad. Przeprowadziłam go droga mailową. Oto co wynikło z rozmowy:

  •  LZ:  Przede wszystkim bardzo Panu dziękuję za ten wywiad. To wielki zaszczyt dla mnie. Zacznę od pytania, które pewnie wszyscy Panu zadają: czy ma Pan już dość Zygi? I czy planuje Pan jakąś inną postać. W wywiadach czytałam, że zamierza Pan rozwijać cykl o Officium Secretum?
– MW.: I ja Pani dziękuję. Pytanie, czy to naprawdę koniec z Zygą Maciejewskim, rzeczywiście pada często, ale mogę się z tego tylko mnie cieszyć. Oznacza, że przez dziesięć lat komisarz zdobył serca wielu czytelników, jednak wszystko musi mieć swój koniec. Inaczej za chwilę wyczerpałby się potencjał bohatera, co mówię nie jako znudzony nim autor, ale pisarz, który starannie przygotowuje się do kolejnych książek. I pewnie dlatego pisze średnio jedną rocznie. Na przyszłość mam kilka pomysłów, jednym z nich faktycznie jest kontynuacja „Officium Secretum”, współczesnego thrillera z dominikaninem Markiem Glińskim, ale w tej chwili zajmuję się czymś zupełnie innym, co prawdopodobnie najnowsza zaskoczy czytelników tematycznie i gatunkowo. Dziś nic więcej o tym nie powiem, ale za kilka miesięcy jestem otwarty.
  •  Może dla wyjaśnienia uściślijmy daty? Kiedy ukazał się pierwszy tom o Zydze? Czy rozpoczął Pan modę na kryminały retro, czy byli i inni? Bo że jest pan w 'czołówce' autorów bardzo dobrze napisanych książek kryminalnych retro to fakt.

- Wolałbym nie nazywać go tomem, bo mimo numerowania kolejnych książek w cyklu, każda jest osobną, samowystarczalną powieścią i nie ma potrzeby czytać ich po kolei. Pierwsze wydanie „Morderstwa pod cenzurą” to jesień 2007 roku – wierzyć się nie chce, że aż osiem lat po debiucie Marka Krajewskiego. Tylko wtedy mało kto słyszał i chciał zauważyć, że ktokolwiek oprócz Chmielewskiej pisze w Polsce kryminały, a że jakiś filolog klasyczny napisał kryminał retro? Sytuacja zmieniła się w 2005 roku, kiedy Marek Krajewski dostał Paszport „Polityki” (jako drugi po A. Sapkowskim twórca literatury gatunkowej) i mniej więcej w tym czasie nadeszła ta druga fala, do której i siebie zaliczam. Wciąż był to okres, kiedy polscy autorzy pisali rocznie raczej 30 niż 300 kryminałów, jak dziś, niemniej kto wejdzie do czołówki, wcale nie było oczywiste. Niektórzy zarzucali mi wtedy wtórność, co złośliwsi koniunkturalizm, ale dziś jest rzeczą oczywistą, że jak polskie retro, to Krajewski, Wroński i Ryszard Ćwirlej, który niedawno odebrał dublet statuetek Nagrody Wielkiego Kalibru – od jurorów i czytelników, tak jak ja w 2014. Żaden z nas nie zawdzięcza sukcesu jakiemuś przesadnemu talentowi, tylko pieczołowitości dokumentacyjnej, wrażliwości na detal historyczny i przede wszystkim mrówczej pracy. Ten podgatunek ma to do siebie, że nie toleruje pisarzy kapryśnych i mało wytrwałych, mimo że pozornie jakież to proste: przeczytać kilka cudzych mądrych książek i własnymi słowami napisać swoją!
Wszystkie książki z Zygą MAciejewskim, Źródło: W.A.B.

  • To mało znaczące, ale ja Pana książki oznaczam na wirtualnej półce zarówno jako kryminały, jak i historyczne, bo uważam, że są ścisłe historycznie. Najbardziej ujął mnie ten jidysz w książkach. Nie znam, ale przecież nasi dziadkowie żyli w otoczeniu tego języka, więc te zwroty kojarzą mi się z powiedzonkami z życia codziennego.... Czy dużo pracy wymaga wyszukanie takich słów? Czy są żyjący użytkownicy tego języka? Druga część tego pytania to raczej stwierdzenie. Jak może mówiłam moim miastem rodzinnym jest Zamość, czy raczej okolice Zamościa, więc z zapartym tchem czytałam 'Kwestję krwi'. Zdumiało mnie i rozśmieszyło, że okolice dzisiejszego 'ekonomika' były przed wojną 'stanowiskiem pracy' prostytutek. Gdzie historyk wyszukuje takie informacje? Wierzę, że są prawdziwe, ale przecież chyba takie tematy były tabu?
- Tematem tabu przed wojną był homoseksualizm, ale absolutnie nie prostytucja. Wszyscy wiedzieli, a że inicjacja seksualna młodego chłopaka miała miejsce z profesjonalistką, było czymś powszechnym. Zaś znalezienie takich informacji zwłaszcza w przypadku Zamościa jest wyjątkowo proste: Encyklopedia Miasta Zamościa Andrzeja Kędziory i jej aktualizowana wersja online, zamosciopedia.pl, Sławomir Barnik, który wie wszystko o Leśmianie, pełne smaczków książki i artykuły nieżyjącego już, niestety, Krzysztofa Czubary… Zamość jest najlepiej opisanym miastem, którym się dotąd interesowałem.


  • Na dniach ukaże się ostatni tom książki z Zygą pt. 'Gliny z innej gliny". Czy Maciejewski znajdzie szczęście?

– A co to jest szczęście? I co ono oznacza dla takiego bohatera jak Zyga Maciejewski? Proszę zauważyć, że chociaż w skali pojedynczego kryminału przeciwnikiem mojego komisarza jest trudno uchwytny przestępca, to w skali cyklu jest nim Historia przez duże h. W „Kwestji krwi”, „Morderstwie pod cenzurą” czy „Kinie Venus” może się jeszcze łudzić, że wszystko przed nim, ale okupacyjna „A na imię jej będzie Aniela” i dziejący się w 1945 roku „Pogrom w przyszły wtorek” tylko idiocie nie odebrałyby złudzeń. W najnowszych „Glinach z innej gliny” obchodzę się z Zygą Maciejewskim nieco łagodniej, ale taki już jest urok opowiadań, które w przeciwieństwie do powieści średnio nadają się do kreślenia bohatera całkiem tragicznego. Dlatego tak, znajdzie coś na kształt szczęścia, ale tylko dlatego, że nauczy się go szukać. Chropowato odnajdzie się w relacji z synem, rozkocha w sobie wnuczki, a nawet… Proszę przeczytać!

  • O właśnie, Zyga jest tragiczny. Wyznam, że mnie najbardziej wzruszył w 'Haiti', gdy Nowa Polska Ludowa zniszczyła go kompletnie. Rozumiem też, że Róża musiała postąpić tak jak musiała, przynajmniej dla dziecka, ale to jednak smutne, że historia wygrywa z romantyzmem. Szkoda mi ich, znaczy się Róży i Zygi. Że wszystko im się pogmatwało, całkiem jak w życiu. Bardzo mnie ciekawi, czy koledzy w tych opowiadaniach troszkę umilili Zydze resztkę życia....

- Tak, a jeśli chodzi o wątek miłości Zygi i Róży, opowiadanie Roberta Ostaszewskiego powinno się Pani wyjątkowo spodobać. 

  •  Czy autorzy, których Pan zaprosił do współtworzenia tego tomu wnieśli jakieś nowe pomysły do tej postaci? Inaczej mówiąc, czy lubi Pan współprace twórcze?

– Chętnie zaprosiłbym do współpracy jeszcze więcej autorów, ale to nie jest taka prosta sprawa, bo każdy ma swoje plany i rzeczy mniej lub bardziej pilne. Kluczem było, aby swoim okiem spojrzeli na komisarza Maciejewskiego pisarze, których sam wysoko cenię, a którzy przy okazji od lat są moimi wiernymi czytelnikami. I każdy wniósł swój rys literacki, a pewnie także coś, co chciał w moim cyklu wyczytać, a czego sam nie napisałem. Dla mnie to wielka radość widzieć, jak Andrzej Pilipiuk wplata Zygę Maciejewskiego w fabułę zahaczającą o jego ulubione wątki z czasów carskiej Rosji, Ryszard Ćwirlej zapoznaje Zygę Maciejewskiego ze swoimi poznańskimi bohaterami, a Robert Ostaszewski ustawia jego ukochaną Różę w roli samozwańczej detektywki. Trudno to jednak nazwać współpracą twórczą, bo moi koledzy napisali własne opowiadania, a ja miałem tylko taką przewagę nad czytelnikami, że mogłem zapoznać się z nimi wcześniej. To nie było wspólne gotowanie, tylko przyjęcie składkowe, na które każdy przyniósł własny alkohol i własną zakąskę.

  • W fabułach Pańskich książek umieszczał Pan poetów lubelskich. Według mnie, był to rodzaj szacunku dla nich. Czy współcześni pisarze lubelscy trzymają się razem?

– Nie wiem. Być może dlatego, że nie jestem pisarzem lubelskim, tylko polskim pisarzem z Lublina. Z kolegami ze swojego miasta widuję się o wiele rzadziej niż z twórcami z Wrocławia, Warszawy, Krakowa itd., bo to z nimi wiążą mnie przeróżne sprawy zawodowe. Lubelskie środowisko literackie to w przeważającej mierze poeci oraz twórcy raczej hobbystyczni niż zawodowi. Owszem, spotykamy się czasem na imprezach kulturalnych czy na spektaklach, ale poza wspólnymi zainteresowaniami nie mamy zbyt wiele wspólnego. Jest natomiast zupełnie inną sprawą mój stosunek do miasta, lokalny patriotyzm, stąd zainteresowanie jego historią i tradycją oraz troska o dobry wizerunek. Nie mogłem więc pominąć w swoich kryminałach postaci tak ważnych jak Józef Czechowicz (w powieściach Jerzy Trąbicz) czy Józef Łobodowski (Józef Zakrzewski), szczególnie że mój komisarz Maciejewski musiał ich poznać osobiście jako dziennikarzy, świadków, a czasem podejrzanych. Oni m.in. stanowią o fabularnej „fajności” Lublina, a dobre tło i ciekawe postacie drugiego planu to jest to, co różni literaturę od pulpy. Z żyjących poetów związanych z moim miastem ważne laury zbiera Bohdan Zadura i kibicuję mu wytrwale, ale też proszę zauważyć, że niedawno zmarła Julia Hartwig do lubelskich korzeni zaczęła przyznawać się dopiero niedawno, a wcześniej zamiatała je pod dywan. Osobiście podziwiam też zupełnie różne talenty Edy Ostrowskiej i Aleksandry Zińczuk. Pierwszą z tych poetek, mam wrażenie, mimo nieprawdopodobnego talentu gubi nadwrażliwość, a druga po prostu za mało pisze. Słowem, nie trzymam się razem, ale obserwuję.

  • Publikował Pan powieści o Zydze średnio raz w roku. Sam Pan pisał w posłowiach, że dbał Pan o urozmaicanie schematów fabularnych i detale historyczne. To wszystko wymaga czasu. Czy nie kusiło Pana, żeby tak szybciej? Żeby co miesiąc książkę?

– Nie, proszę Pani, bo ja Panią szanuję. Panią i innych czytelników. Jeżeli była Pani kiedyś u dobrego stolarza, nie mogło Pani umknąć, że w naturalnym odruchu gładzi drewno, zanim zajmie się obróbką. Jest w tym coś pieszczotliwie magicznego i pewnie rzemieślnik zapytany o to, dlaczego pogładził, odpowiedziałby, że sam nie wie. W tym objawia się jednak szacunek twórcy do tworzywa i ja podobnie odnoszę do języka, w którym robię. Ani myślę się zmieniać, bo gdybym do stresów i rozterek towarzyszących mojemu zawodowi dołożył jeszcze utratę szacunku do samego siebie… Dlatego nie tylko nie chciałbym tłuc powieści co miesiąc, ale po ludzku współczuję tym, którzy weszli w taki kierat. Mimo że po marksistowsku mam ich za wrogów klasowych, to po chrześcijańsku współczuję.

  • Bardzo Panu jako czytelniczka za ten szacunek dziękuję i doceniam. Jako blogerka często nie mam ochoty po raz kolejny czytać swoich tekstów, i je wypuszczam jak napisałam, za co mi potem wstyd, więc bardzo szanuję autorów którzy dużo skreślają... To jest chyba potrzebne, bo zdarza mi się czytać teksty 'klawiaturopisów' bez korekty redaktora i często widać, że mogłaby to być dobra książka, gdyby pokreślić w niej sporo, poprzestawiać. Ponoć wielu debiutantów szuka 'porządnego' redaktora. Wiesław Myśliwski powiedział w wywiadzie, że pisze jedną stronę dziennie..... Nie więcej.
-- Sam staram się jednak ciut więcej: 5-10, ale nie zawsze to możliwe, bo dochodzą sprawy promocyjne i dokumentacja.

  • Tak w ogóle to przepraszam za to pytanie, ale układałam je jeszcze w marcu, gdy nie było jeszcze tej burzy w mediach.....

-- Rozumiem, sam nie wytrzymałem i wziąłem w niej udział na swoim blogu...

  • Prawdę mówiąc, moje zdanie jest takie, że ja jako czytelniczka bardzo bym nie chciała, żeby polskie kryminały pogorszyły się jakościowo, a spuchły ilościowo. Bardzo cenię właśnie Pański nurt, czyli retro kryminały, a one wymagają pracy przy szukaniu źródeł i ich sprawdzaniu, prawda? Czy długo trawa praca przy zbieraniu materiałów? Na przykład przy pisaniu książki o Chełmie, o innym mieście, albo o Lwowie?
 
-- Nie wiem, ile o Lwowie, bo nie próbowałem, ale generalnie porządna dokumentacja to połowa pracy nad książką, pomijając czas potrzebny na redakcję.

  • Chciałam się zapytać o źródła historyczne. Kto czytał Pana książki, wie że korzystał Pan z przedwojennych gazet. Czy dużo ich zostało? Jak można je znaleźć?

– Źródeł historycznych jest mnóstwo, a dostęp do nich coraz łatwiejszy. Mówiłem nieraz, że prawdopodobnie nie zdecydowałbym się napisanie kryminałów retro, gdyby nie biblioteki wirtualne i instytucje gromadzące lokalną ikonografię czy pamięć mówioną. Akurat lubelski Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” jako instytucja pamięci należy do najlepszych w kraju, niemniej w każdym większym mieście istnieją jakieś odpowiedniki. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu nie było tak łatwo odnaleźć np. przedwojenne akta prawne, a dzisiaj to banalnie proste dzięki bazie ISAP. Tylko w tym jest ważna rzecz: łatwość dostępu do źródeł jest wielką pomocą, lecz nie zastąpi ich przetwarzania. W wielu powieściach kryminalnych i nie tylko uważny czytelnik zauważy zachwyt autora danymi, które nijak nie przekładają się na fabułę. Ważniejsze pytanie od „jak zbierać?”, to „jak analizować?”, ale to inna historia.

  • Osobiście którą epokę z życia Zygi Pan woli? Przedwojenną, wojenną i powojenną?

– Najprzyjemniej pisze mi się o przedwojennych śledztwach mojego bohatera, bo po tylu latach dokumentacji sam stałem się przedwojenny. Naprawdę! Zdarzały mi się takie sytuacje, że prowadziłem kogoś, kto przyjechał do Lublina, aby pokazać mu ciekawy detal architektoniczny, a potem robiło mi się wstyd: „Przepraszam, no tak, tego tu już nie ma. Ale było przed wojną”. Dlatego niektórzy uważają, że mam Alzheimera.

  • Chciałam się zapytać o szansę na scenariusz filmowy na podstawie Pana książek. Czy możemy na to liczyć? W komentarzu do mojego posta wspomniał Pan o adaptacji teatralnej i o aktorach, którzy zagrali. Nie wypada pytać o Pańskie typy, bo dżentelmeni o tym nie rozmawiają, ale moje pytanie jest inne. Czy na ewentualny ostateczny kształt finalny adaptacji wpływ powinien mieć reżyser czy autor książki? Czy pisarz nie za bardzo pamięta książkowy pierwowzór? Konwickiemu się udawało, ale to chyba wymaga przeskoku w sposobie myślenia z książkowego na obrazowy?

– Każdy autor marzy tylko o jednym – aby przyszedł do niego producent z Hollywood i powiedział: „Panie Wroński, tu jest milion dolarów, pan bierze i się nie wtrąca”. Jednakże gdy przyjdzie do niego producent z Polski, rozmowa będzie mniej więcej taka: „My panu za same prawa do książki wiele nie zapłacimy, ale gdyby pan wziął udział w pracy nad scenariuszem…”. I autor na ogół na to idzie, bo lepiej zarobić więcej niż mniej. Praca nad scenariuszem to horror i to wcale nie dlatego, że pisarz broni każdego zdania. To horror, bo język filmu jest zupełnie inny niż język literatury. Te same dialogi, które zachwycają w książce, w filmie potrafią brzmieć blado lub pretensjonalnie. Wiem coś o tym, bo ze scenariuszem serialu na podstawie kryminałów o Maciejewskim też się boksowałem, i doszło wręcz do tego, że to ja chciałem zmieniać własny tekst, a nie filmowcy. Więc problemu z przeskokiem nie mam, zresztą zdarzało mi się pisać słuchowiska na podstawie własnych opowiadań i opowiadania na podstawie własnych słuchowisk. O, np. 10 czerwca w radiowej Jedynce może Pani posłuchać „5000 brojlerów” – to będzie druga odsłona mojego radiowego cyklu „Śledztwa Herberta Szadena”. Ale po tym wyjaśnieniu odwrócę kota ogonem – dlaczego pyta mnie Pani o ekranizację, której raczej nie będzie, a nie pyta o inscenizację teatralną „Pogromu w przyszły wtorek”, która jest jednym z najlepszych tego typu przedsięwzięć teatralnych w kraju? Nie dlatego odwrócę, że sam byłem dramaturgiem – zaskoczonym, co z mojego przetworzonego tekstu wydobyli reżyserzy Łukasz Witt-Michałowski i Norbert Rudaś. Odwrócę dlatego, że co to za fetysz filmu? Kiedy ostatni raz w Polsce powstała dobra filmowa adaptacja literatury? Moim zdaniem w zeszłym tysiącleciu… W trosce o moje zarobki – tak, ekranizacja to jest to, nie pogardzę, ale w trosce o wrażenia estetyczne czytelników – zapraszam do teatru np. na „Pogrom w przyszły wtorek”!

  • Czy Lubelskie to Pana Mała Ojczyzna?

– Tak, ale bez sentymentalizmów! Jako mieszkańcowi zależy mi na coraz piękniejszym i bogatszym Lublinie, i żebym z coraz większą radością podziwiał chociażby opisane w moich kryminałach Zamość („Kwestja krwi”), Chełm („Czas Herkulesów”) czy inne miasta i miasteczka regionu. Wciąż wiele w nich śladów wielokulturowej historii, którą tak lubię, a ich egzotyczna nieodkrytość, nawet swego rodzaju „wsiowość”, dodaje naturalności, której trudno szukać w miejscach odpicowanych pod turystów. Natomiast jako pisarz nie roztkliwiam się nad tym i szukam raczej dziur w bruku niż łąk zielonych, rozciągnionych. Komisarz Maciejewski nie prowadziłby swoich śledztw w Lublinie i okolicach, gdyby to nie było literacko funkcjonalne w szerszym wymiarze. Nigdy nie było moim celem opisywanie miasta jako takiego, ale pokazanie go jako miniatury Polski i zapewne dlatego kryminały o komisarzu Maciejewskim czytane są od Bugu po Odrę, a nie tylko w moim najbliższym sąsiedztwie, nad Bystrzycą. Bo gdyby tak było, nie zarobiłbym na chleb z masłem.

Dziękuję za rozmowę.

piątek, 1 czerwca 2018

Sagi historyczne, które chcę przeczytać



Cześć,
Niedawno zestawiłam Wam i sobie (pewnie sobie przede wszystkim)  książki obozowe, które chciałabym przeczytać, a nie czytałam. Historia to mój konik, więc pewnie Was nie dziwi, że pragnę czytać tak modne obecnie sagi z historią w tle. Zestawiłam te, które kojarzę, a których jeszcze nie czytałam. 

Cykl 1
Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewuZemsta i przebaczenie. Otchłań nienawiściZemsta i przebaczenie. Rzeka tęsknotyZemsta i przebaczenie. Morze kłamstwa





Zemsta i przebaczenie. Bezkres nadzieiZemsta i przebaczenie. Dolina spokoju





        
 Cykl 2
Cień burzowych chmurŁąki kwitnące purpurąDrzewa szumiące nadziejąSzarość miejskich mgiełPowiew ciepłego wiatru

Cykl 3
 Pokolenie zimyWojna i więzienieWięzienie i pokój

Cykl 4
 MariannaRozaliaNatalia

 Cykl 5
Czas tęsknotyCzas burzy

Cykl 6

 Mapa czasuMapa niebaMapa chaosu


 Cykl 7
Kobiety z ulicy Grodzkiej. HankaKobiety z ulicy Grodzkiej. WiktoriaKobiety z ulicy Grodzkiej. MatyldaKobiety z ulicy Grodzkiej. Weronika

 Cykl 8
Korona śniegu i krwiNiewidzialna koronaPłomienna korona

Cykl 9
 Śmierć frajeromŚmierć Frajerom. Złota maskaŚmierć Frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone

 Cykl 10
Szepty i tajemnice. Tom ISzepty i tajemnice. Tom II


Cykl 11
 Czas zaklętyCzas opowiedzianyCzas odzyskany
Cykl 12
 NierządnicaKasztelankaTestament nierządnicyFortele nierządnicyCórka nierządnicyCóry grzechu
Cykl 13
 Dom przy Alei RothschildówDzieci z alei RothschildówPowrót na aleję RothschildówNowy początek przy alei Rothschildów
Cykl 14
 RozdrożaW obcym domuZielony byfyj
Cykl 15
 Pokochałam wrogaBezimienniTeczka
 Cykl 16
Nie czas na miłośćNie czas na zapomnienieNie czas na pożegnanie
Cykl 17
 Imperium miłości. Tom 1Imperium miłości. Tom 2Imperium namiętności

 Cykl 18
Powieści Karola Bunscha

Jak pobieżnie już można zobaczyć, życia mi nie starczy na przeczytanie wszystkiego. Macie jakieś typy? Coś podoba Wam się najbardziej? Od czego radzicie zacząć?

Proszę o opinie i opowieści o swoich faworytach.
Pozdrawiam,
Wasza Łęcka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia

Więcej- kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje zdjęcia
Wschód słońca

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę Moje stosiki

Więcej: kliknij na zdjęcie albo w zakładkę  Moje stosiki
Stosik na czerwiec 2018

Zapraszam też do mojego drugiego bloga - o poezji i obrazach pt. Z poetyckiej półki Łęckiej...