wtorek, 31 lipca 2018

Janusz Majewski 'Ryk kamiennego lwa' - Lwów widziany oczami przedwojennego lwowiaka....

Ta druga część kryminalno-historycznej serii o Rafale Królu ukazała się w czerwcu, jakieś 3 lata po pierwszym tomie, który mi się bardzo spodobał 'Czarnym mercedesie": recenzja.
Była to wiec moja upragniona książka i wiele sobie po niej obiecywałam. Oto oba tomy:






Przeczytałam 'Ryk kamiennego lwa' jakieś półtora tygodnia temu i muszę powiedzieć, że akcji już nawet nie pamiętam. Jedynie sceny lwowskie, te w kamieniczkach, na cmentarzu, gdzie Rafał Król zauważa rodzinę żydowską i chodzącego wyłudzacza Ukraińca, zduna. Nie owijając w bawełnę, akcja autorowi kompletnie się nie udała. Była przypadkowa i nieskoordynowana. Miałam wrażenie, że całe te wszystkie działania były okazją do pokazania topografii przedwojennego Lwowa. W ogóle nie było napięcia, które powinno być w kryminale. Poszukiwana jest Lenka, ale wokół tego nie ma kompletnie tajemnicy. Jak już się znalazła, to już mnie nawet przestało to interesować. Smutno mi tylko było, że ten biedny Rafał w takim napięciu erotycznym się błąkał. 
Powiedzieliśmy sobie jasno, że akcja w książce to kicha. Ale mimo wszystko książka jest godna uwagi ze względu na Lwów. Lwów z pamięci autora, Lwów dzieciństwa, który 'zawsze zostanie. Święty i czysty jak pierwsze kochanie'. Dlatego polecam tę książkę kresofilom i miłośnikom historii.
Mieliśmy na polonistyce profesora, jeszcze ze Lwowa, prof. Hutnikiewicza. Raz wspomniał on swój Lwów, ale z taką miłością na twarzy, jakby o pierwszej i ukochanej kochance mówił. Do dziś pamiętam ten jego wyraz twarzy, że 'Lwów był metropolią europejską, a Toruń to miasto tez piękne, ale przy tamtym Lwowie - prowincjonalne' Zastanowiły mnie wówczas tamte słowa i je zapamiętałam. Gdy czytałam książkę Urbanka 'Geniusze' to zrozumiałam skąd ta miłość. Dodam, że na  okładce 'Ryku kamiennego lwa' jest powiedziane, iż autor pisał o Lwowie z pamięci. Nie wiem czy teraz był on na wycieczce w tym mieście, bo nie w tym rzecz, ale chodzi o to, ze Lwów z książki to Lwów polski, zaś teraz jest to miasto ukraińskie. Polskości tam nie ma. Chyba tylko browary zostały. Ponoć dobre. 
Poszperałam w necie i znalazłam na stronie Gali wspomnienia Janusza Majewskiego o dzieciństwie we Lwowie. Przytoczę fragment:


Jeszcze przed wojną, w 1938 roku, wprowadziliśmy się do mieszkania mieszczącego się w domu, który należał do mojej ciotki. To była nowa dzielnica i nowoczesne jak na owe czasy budownictwo. Z naszej kuchni można było zobaczyć całą panoramę Lwowa, bo dom stał na wzgórzu (jest ich we Lwowie siedem, podobnie jak w Rzymie). Pamiętam, jak potem patrzyłem z tego okna na niemieckie samoloty bombardujące miasto. Miałem osiem lat, kiedy wybuchła wojna. Straciłem poczucie bezpieczeństwa. Okupację przeżyliśmy biednie, pamiętam, że na któreś urodziny mama dała mi kromkę chleba z masłem posypaną cukrem – to było jako tort, o którym nawet nie mogliśmy marzyć. 
Pewnego dnia na wiosnę 1944 roku (miałem wtedy 13 lat) ojciec wrócił z pracy wcześniej i powiedział, że natychmiast musimy się pakować, możemy wziąć cztery walizki, za pół godziny przyjedzie po nas samochód. Okazało się, że wśród ludzi z komórki AK, do której należał, zaczęły się aresztowania, ostrzegł go jego kierownik, Niemiec. Wystawił nawet dokument, że udziela ojcu urlopu z powodów zdrowotnych. Mam to pismo do dziś. Uciekliśmy na wieś.(https://www.gala.pl/artykul/dziecinstwo-gwiazd-janusz-majewski-quotzycie-jak-filmquot

W tym kontekście Lwów z powieści wydaje się taki jak to zapamiętał autor. Owszem, akcja snuje się bez sensu troszkę, ale to snucie się daje okazję do pokazania kawałka miasta, różnych jego zakątków, znanych tylko komuś, kto to miasto znał. Bo zaułki i przejścia, bo tramwaje, bo potrawy, bo wreszcie 'lwowskie bałakanie'. Kiedyś mówiłam, że moja rodzina pochodzi z Wołynia. Słowa więc zostały, to 'bałakanie' jest mi znane. Nie kojarzę zupy z kminku, ale ponoć pierogi z kminkiem babcia piekła. 
Autor starał się uchwycić napięcia narodowościowe w tamtym Lwowie. Polacy, Ukraińcy, Niemcy, Ślązacy, Galicjanie itd. itp. W czasie, kiedy rozgrywa się akcja, rzezi jeszcze nie było, dopiero rana nabrzmiewała... Ale te napięcia już są. Jeszcze w różnych norach i dziurach ukrywali się Żydzi. W książce to jest. To, czyli tragedia tych ludzi. Pisałam o tej rodzinie na cmentarzu, która utkwiła mi w głowie. I branie pieniędzy za 'niewydanie ich', korzystanie z cudzego nieszczęścia, do tego patriotyczna działalność AK, która próbowała walczyć z szabrownikami. A na okrasę napięcia narodowościowe, które chyba dopiero wojna uwydatniła, bo nawet ta rodzina tego zduna-Ukraińca, przecież była polsko-ukraińska, o czym jest mowa w książce i jakoś się trzymała aż do wojny. To tragiczne miasto. 
Tak więc o ile akcji nie polecam i przyznaję  jako czytelniczka, że zauważyłam niedostatki fabuły, to z ciekawością czytałam fragmenty, w których przejawia się prawda o mieście, o tamtych czasach, o tragedii tamtych ludzi. 
 To nie jest dokument historyczny i nawet na taki nie aspiruje, ale to książka, w której człowiek próbuje zawrzeć całe swoje dzieciństwo, całą miłość, całe wspomnienia. A to trudne do opisania. Moja babcia Wołynianka w dowodzie osobistym miała wpisane miejsce urodzenia ZSRR, tak jak i wszyscy mieszkańcy przedwojennej Rzeczypospolitej zza Buga. Jak napisać o świecie, którego już nie ma? Bo nie ma. Są wspomnienia. Tak było, ale już nie ma. A Janusz Majewski nie upiększał tamtego Lwowa. Pisał, że tak było.
Jako kryminał książka ma u mnie notę 2 gwiazdki, ale jako wspomnienia lwowiaka książka jest wartościowa historycznie. I za to daję jej 6 gwiazdek.
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Marginesy:

 


poniedziałek, 30 lipca 2018

Adrian Sinkowski 'Atropina' - poezja. Wnikając w istotę rzeczy....


Dzień dobry,
Dziś kolejny post o poezji. Tym razem jest to tomik polskiego poety, drugi w jego dorobku. Tytuł nawiązuje do kropli do oczu, które rozszerzają źrenice i troszkę te wiersze takie są: rozszerzające spojrzenie....

fot. Piotr Zajączkowski
Adrian Sinkowski (ur. 1984) – poeta. Wyróżniony w konkursie Dolina Kreatywna (2008), laureat projektu Połów (2011) dla najlepszych poetów przed debiutem, otrzymał nominację do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy (2017). Publikował m.in. w pismach Dwutygodnik, Odra, Topos, Twórczość, Zeszyty Literackie, a także na łamach Tygodnika Powszechnego i Uważam Rze. Redaktor, z czasem współpracownik kwartalnika literackiego Wyspa (2007–2017) oraz Frondy Lux (2013–2016). Stypendysta MKiDN (2017) i m.st. Warszawy (2013) w dziedzinie literatury.
*** 
„Atropina” to po „Raptularzu” drugi tomik Adriana Sinkowskiego. Ukaże się w czerwcu 2018 roku w Bibliotece Toposu. W serii, uważanej za jedno z najważniejszych i najlepszych wydawnictw poetyckich w Polsce, wydano ponad 150 książek. „Raptularz” otrzymał w 2017 roku nominację do  Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii najlepszy tomik. Książkę  omawiano m.in. w TVP Kultura, Drugim Programie Polskiego Radia, na łamach Rzeczpospolitej, Wprost, Do Rzeczy oraz w prasie kulturalnej.
                                      (źródło: https://www.teologiapolityczna.pl/atropina-adrian-sinkowski)
Miły gest od autora: kartka z dobrym słowem.

Sam autor wskazuje na następujące linki, dla chcących dowiedzieć się czegoś o Jego twórczości:
Parę wierszy z "Atropiny" można znaleźć pod linkiem:

Z kolei fragmenty recenzji mojej pierwszej książki - pod linkiem:

Zresztą, chętnie przyjmuję propozycje pisania o tomikach poezji, gdyż czuję się wtedy jak Wszechnica Polska popularyzująca kulturę....


Kosz poezji na to lato....


Muszę powiedzieć, że są to kompletnie inne od siebie wiersze. O tomiku 'Depresja i inne magiczne sztuczki' pisałam w sobotę. Dziś napiszę o 'Atropinie'. Otrzymałam te oba tomiki w podobnym czasie, więc porównania narzucały się same. I trzeba od razu powiedzieć, że to kompletnie inne wiersze, że są od siebie tak różne jak ogień i woda. 'Atropina' jest napisana trzynastozgłoskowcem, jak 'Pan Tadeusz', zawiera rymy, rytmy i średniówkę. Po pierwszym czytaniu nie pojęłam sensu wierszy, niczym wąchając dobre perfumy, jedynie złapałam pierwszy najmocniejszy zapach. I to pierwsze wrażenie to było poczucie, że wiersze odnoszą się do wspomnień nie za przeszłością, ale za ciągłością świata z przeszłością, za tym, żeby nie rozdzielać tego co było, z tym co jest, bo jedynie całość gwarantuje tożsamość.Teraz panuje moda na wyrzucanie wszystkiego, co nie jest aktualnie przydatne. A co robi poeta? On przywołuje różne codzienne przedmioty: drops, zasłony, kałamarz, floksy, bez, kufer, dziedziniec, bruk itd. Przedmioty dawne i współczesne nazwy, których kiedyś nie było: inflacja, Chomik, outlet, Facebook, Google, Allegro itd.  Przy tym pierwszym czytaniu rzuciło mi się w oczy powtarzające się przerzucanie zdania do następnego wersu. Zapomniałam jak to się nazywa, ten środek stylistyczny, bo dawno temu już się o tym uczyłam, ale że jest to środek stylistyczny, to pamiętam. I co on mówi? Mówi to, że nic się nie kończy. W wymienianiu tych przedmiotów jest poszukiwanie głębszego sensu, trwania, w przeciwieństwie do tkwienia.
Czy nie tak jest w życiu?  Mam do czynienia wreszcie, po raz pierwszy recenzując tomik poetycki na blogu z prawdziwą głębszą poezją, w której trzeba posiedzieć i pogapić się w wiersz, żeby odkryć głębsze znaczenia, wynikające z tarć pomiędzy słowami... Że nie wszystko jest dane kawa na ławę.  I to dobrze, że nie wszystko zrozumiałam, że jest to tomik do wielokrotnego czytania. Na swoim drugim blogu: Z poetyckiej póŁki Łęckiej dramatycznie szukam wierszy, które będą uniwersalne, a jednocześnie konkretne, a zarazem na tyle ciekawe, że zechcę do nich wracać i na tyle osobiste, że trafią do mnie. 
Zwróciłam uwagę na kilka wierszy. Wymienię tytuły i moje interpretacje:
Ulrychów - o wychowywaniu dzieci, o zmieniającym się świecie
Bambetle - o przedmiotach
Annopol - o informacjach
Hipoteza - powstawanie sensu, zdania
Chotomów - znikanie miejsc
Atropina - o przemijaniu 
Gdy tak przejrzałam teraz, pisząc ten post, te wiersze, to zaczynam sobie myśleć, że tomik jest o wpływie internetu na postrzeganie świata przez współczesnych ludzi i o pragnieniu trwania, myślenia, analizy, tego, żeby się zastanowić nas nami, nad naszą rodziną, nad tym kim jesteśmy i co czyni nas szczęśliwymi. 
Zakończę fragmentem z wiersza 'Atropina": 
z domu do teatru i z powrotem, jakby to,
 że jest w stałym ruchu miało mu się przysłużyć,
dostrzec chłopca w dresie, z tęgą miną do ludzi,
którym wydaje się, że to coś złego.

Nie uważacie, że o tym wersie można cała pracę napisać? 'Stały ruch' - czyż to nie oksymoron? A przecież mówimy tak na co dzień. A poeta powraca do pierwotnej sprzeczności tego zwrotu i dopomina się o zatrzymanie się. Przecież w teatrze człowiek nie powinien być 'w stałym ruchu', ale iść tam, żeby coś o sobie przemyśleć, pomyśleć, zastanowić się, przeżyć owocnie te 2 godziny spektaklu. Dalej metafora chłopca w dorosłym. Czy my nie jesteśmy w środku dziećmi? I czy nie rozpaczliwie walczymy z tym? A jednocześnie zabijamy to co z tych naszych dzieci jest wartościowe, czyli uczucia, ludzi, wspomnienia.....

Piękna jest ta poezja, a ja się cieszę, że taka powstaje. 10 gwiazdek
Pozdrawiam,
Izabela Łęcka-Wokulska
Za tomik do recenzji dziękuję autorowi.

sobota, 28 lipca 2018

Sabrina Benaim 'Depresja i inne magiczne sztuczki' - współczesna poezja. Jak mówić o depresji?


Porozmawiajmy dziś o współczesnej poezji i sposobie jej przedstawiania światu. Poetka z Kanady młodego pokolenia robi ro via media współczesne. Jej wykonania wierszy jej autorstwa można znaleźć na Youtube. Oto dwa przykłady, które od razu mi wyskoczyły:

Trzeba przyznać, że pani Sabrina ma tzw. charyzmę i potrafi przyciągać uwagę słuchacza. A przecież nie zawsze autor jest najlepszym interpretatorem swoich dzieł. Chociaż z drugiej strony, po kilku sekundach musiałam wcisnąć pauzę, bo głos wydawał mi się hałaśliwy, ale całkiem możliwe, że młodsze pokolenie jest nim zafascynowane. Ja tam wolę sama je czytać niż słuchać. 
Tłumaczką wierszy na polski jest Anna Arno, autorka biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Zachowano oryginalną okładkę. Książka ukazała się w Wydawnictwie Literackim 20 czerwca 2018 roku.
Mi spodobały się te wiersze, chociaż są one monotematyczne, czyli poświęcone ja lirycznemu i jego postrzeganiu tak siebie, jak i świata. Można wywnioskować, że to ja liryczne to młoda dziewczyna, wrażliwa, która ma problemy z poczuciem wartości, która pragnie miłości i akceptacji. Pisze o sobie w sposób jak najprostszy. Wiersze te to opowieści o codziennych zdarzeniach i własnych uczuciach i samopoczuciach, o postrzeganiu świata (o tym już pisałam. Przepraszam). 
Dwa wiersze mi się spodobały najbardziej:
kolejna naga prawda
 przytuliliśmy się
to był dobry uścisk
o ile uścisk może być tak dobry, żebym go wolała od pocałunku
I wiersz drugi, dłuższy, z którego zacytuję tylko fragment:
siedem drobnych rzeczy,
które w tym tygodniu zrobiłam dla siebie
użyłam nici dentystycznej
*
(...)
do lustra 
ćwiczyłam
mówienie kocham cię.
nie: kocham cię, bo
ani: kocham cię pomimo
tylko po prostu: kocham cię. 
(...)
trzymałam mój smutek 
za rękę
śpiewałam mu pod prysznicem
piosenki
dałam mu obiad
upiłam go
& położyłam go wcześnie do łóżka
*
ani razu 
o nim 
nie myślałam.
 
Problemy, jakie opisuje ja liryczne to problem z akceptacją siebie, z tym, żeby mówić sobie kocham cię, żeby uświadomić sobie potrzebę akceptacji i bliskości, bycia kochaną, żeby chcieć rano wstać z łóżka i korzystać z danego dnia. Stąd w tych wierszach tyle przedmiotów codziennego użytku czy powtarzający się motyw lustra, patrzenia na siebie i kilkakrotnie powtarzające się błaganie matki o dobre słowo, o akceptację. 
Dobrze się te wiersze czyta. Nie wiem czy to twórczość, która się ostoi, czy jednorazowe wydarzenie, ale można ten tomik polecić. 
Daję książce 6 gwiazdek
Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:






czwartek, 26 lipca 2018

Sławomir Mrożek 'Czekoladki dla Prezesa' - dobry, absurdalny humor w najlepszym stylu, czyli Mrożek 'still alive'

To cacuszko literackie, miniaturka o wielkim uroku ukazała się na początku czerwca tegoż roku w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc. Ale przecież Mrożek już nie żyje od kilku lat, wiec nie mógł 'ostatnio napisać książki'. Ten zbiór tekstów to, jak mówi wydawca, zbiór tekstów Mrożka pisanych dla 'Podwieczorków przy mikrofonie', które były nadawane - jak czytam w Wikipedii - do 1989 roku, a to rok, jak wiadomo, transformacji ustrojowej. Słusznie więc moje skojarzenie Prezesa szło do 'Misia' Barei i jego 'Łubudubu, łubudubu niech nam żyje prezes naszego klubu, niech żyje nam'. Jak wiadomo, w 'Misiu' każdy członek klubu musiał zdawać szafie relację z tego co się dzieje w klubie, donosić - innymi słowami. 
'Czekoladki dla Prezesa' to krótkie teksty, w których mamy humor sytuacyjny i zabawne, często absurdalne sytuacje i rozmowy. Źródłem śmiechu jest kontekst sytuacyjny, jak to u Mrożka, absurd, który goni inny absurd, a wszystko podbite gorzkim żalem, że jest to śmiech przez łzy....
Mrożek kojarzy mi się z 'Weselem w Atomicach', tekstem, który omawialiśmy w podstawówce, który pamiętam, że oddziałał na mój młody mózg. Pojawił się tam zmutowany owad, efekt działania wybuchów atomowych, który idzie na wesele. 
Mrożek posługuje się więc konkretnymi obrazami, które oddziałują wprost na czytelnika. 
I tak też jest i w 'Czekoladkach dla Prezesa'. Najbardziej uśmiałam się z opowiadania 'Dąb', w którym prezesowi posadzono dąb, ale drzewko usychało, bo używali sobie na nim pieski. Inne opowiadanko, które jest bardzo śmieszne , to 'Groch', w którym z grochu, który wystaje z nosa urządzono wystawę rolniczą.... 
I tak sobie myślę, że pisarz o mniejszej wprawie pisarskiej stworzyłby z tych obrazów teksty rubaszne, ale nie Mrożek, bo u niego wszystko gra, wszystko do siebie pasuje, a ta rubaszność i absurd podkreśla absurdalność klubu, w którym wszystko jest podporządkowane Prezesowi. Można domyślić się, że tekst pokazuje PRL, bo mamy tam PGR-y z cała tą odgórną polityką i sterowaniem, mamy kolejki w sklepach, deficyty towarów itd. Jest też jednak w tych tekstach coś bardziej uniwersalnego, coś, co sprawia, że teksty te są wciąż czytelne, nawet 30 lat po upadku komuny, a mianowicie uniwersalna postawa ludzka, pokazana w tych utworkach: lizusostwo, konformizm, uginanie prawdy do korzyści, a ignorowanie jej, gdy tak każe sytuacja. I z tego korzysta absurd. 
To wspaniałe utwory z typem humoru w najlepszym gatunku. Chciałoby się powiedzieć, że trudno teraz o książki z dobrym humorem. Ba! Trudno teraz o dobry kabaret, taki, który nie obraża inteligencji słuchacza, tudzież czytelnika.
 Serdecznie polecam. Daję 10 gwiazdek. 
Za książkę do recenzji dziękuję:





wtorek, 24 lipca 2018

Alicja Łukawska 'Duchy Kresów Wschodnich' - dawnych Kresów czar....

To wspaniała książka, którą przeczytałam już w zeszłym tygodniu, ale nie mogę się zabrać za tę oto recenzję, przez kilka dni przekładałam jej napisanie, ociągałam się. Piszę wreszcie, ale mam nadzieję, że jak już zacznę pisać, to jakoś to pójdzie. 
Książkę czyta się lekko i bardzo mile. To zasługa stylu autorki, znanej chyba wszystkim z bloga Archiwum Mary Orzeszko, znanej w blogosferze jako Maria Orzeszkowa. Ci, którzy na Jej blog zaglądają, wiedzą, że jest ona fanką Kresów Wschodnich, miłośniczką literatury wspomnieniowej o Kresach i znawczynią dobrej literatury rosyjskiej, bo zna i porozumiewa się po rosyjsku. Pisze ciekawe recenzje, z którymi można się zgadzać, albo nie, ale nie można im odmówić pasji dziennikarskiej, stylu i tego, że czyta się je z ciekawością. Tak więc, gdy pani Orzeszkowa obwieściła światu, że pisze książkę o duchach  na Kresach, to byłam nią zaciekawiona (również z innego powodu, ale o tym za chwilę). Ucieszyłam się więc, gdy mogłam mieć możliwość recenzowania tej książki. 
Wydawcą jest Wydawnictwo von Borowiecky, znane z wydania znakomitej i niedoścignionej, monumentalnej książki o ludobójstwie Polaków na Wołyniu:

'Duchy Kresów Wschodnich' ukazały się 11 maja 2018 roku, czyli jakieś 2 miesiące temu. Nie śledzę recenzji książki w czasopismach, ale autorka pisze o recenzjach w pismach branżowych, czyli kresowych i egzoterycznych. Brawo. Dodam jeszcze, że pani Orzeszko zapowiada następną książkę, tym razem wspomnienia swojej mamy. 
Wróćmy do duchów. Tak się składa, że moja rodzina pochodzi z Kresów, z Wołynia. Mój pradziadek z kolei był prawdziwym Litwinem, ale reszta była Polakami. Chociaż z tego, co opowiadano u nas, to przed II wojną światową chyba nie było pojęcia narodowościowego, że były to Kresy wielonarodowe, różne nacje żyły obok siebie i jakoś sobie 'dawały radę' - cytuję swoją babcię. Duchy i istnienie 'świata nadprzyrodzonego' było chyba tym, co łączyło cały ten ogromny region, raczej chyba zamieszkały przez większość włościańską (do których i moi przodkowie się zaliczali) niż tych nielicznych 'bogatych', którzy z kulturą ludową, kulturą magii nie mieli wiele wspólnego. Czy rzeczywiście? Książka pokazuje, że niekoniecznie. W każdym razie kilka opowieści o duchach krążyło w mojej rodzinie, a pewnie i inne takie historie z dreszczykiem były powszechne. 
Wydawać się  mogłoby, że to już 'dawne mity'. Ale byłam w błędzie. Wyobraźcie sobie bowiem, że gdy czytałam tę książkę nawiedziła mnie znajoma pani. Zaintrygował ją tytuł. Poczytała spis treści i znalazła rozdział o znachorach. Zajrzała, znalazła to co ją interesowało, czyli fragmenty o owczarzach. Chciała mi kartki wyrywać, prawie pożarła mi książkę oczami i wreszcie stuknęła palcem w słowo owczarz i stwierdziła autorytarnie 'TO PRAWDA, BO MI OJCIEC OPOWIADAŁ'. Za tym poszła cała opowieść o uzdrawiaczu owczarzu, bo pani ta potrafi ciekawie opowiadać.Tak więc przekonałam się, że wiara w duchy i zjawiska nadprzyrodzone na Kresach była powszechna. 
Takich 'ludowych' opowieści troszkę mi w książce zabrakło, ale były inne, bardziej uniwersalne. Książka podzielona została na rozdziały odpowiadające terenom dawnych Kresów, a więc na rozdziały o: Lwowie, Wilnie, Wołyniu, Podolu, Ukrainie, Litwy, Białorusi, Inflant, a następnie na typy miejsc magicznych oraz konkretnych magicznych typów postaci. Jest tu wiele opowieści znanych z literatury i pamiętników. Autorka wymienia wiele kresowych miejsc, miejscowości, postaci. Są ryciny i portrety:



Przy okazji tych opowieści ukazuje się krwawa historia tego regionu, ale i piękna, bo pełna nie tylko wojen i oblężeń, ale i magicznych miejsc, owianych tajemnicą, pełnymi Białych Dam, straszących zjaw i tak dalej. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jedna z pierwszych takich zbiorczych książek o tym ciekawym zjawisku kresowym, jakim była wiara w duchy. Tak jak powiedziałam, brakowało mi lokalnych opowieści, ale i tak całość mnie urzekła, bo została napisana ciekawie, pięknym językiem, porywająco i tak, że czytało się to jednym tchem.  Dodam na koniec, że na wyrywanie kartek tej książce nie pozwolę, ale cieszę się, że zaciekawiła ona nawet kogoś, kto książek w ogóle nie lubi. To świetny nabytek na moją półkę kresowo-historyczną. 
Daję książce 7 gwiazdek. 
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu von Borowiecky:

Wydawnictwo von Borowiecky

piątek, 20 lipca 2018

Stosik na lato - choć miałam już nie publikować.

Cześć,
Miałam nie publikować stosów, ale na to lato nazbierał mi się tak niecodzienny stos, więc nie mogę się powstrzymać, żeby nie pokazać go Wam. Nie zawsze bowiem zbiera mi się stos powieści w stylu lekkim, a tak jest tym razem. Oto te powieści:
Moje nagromadzone powieści w trzech sceneriach.

Widać jak przygotowuję się do czytania, czyli zakładam co 50 stron. Wiem wiem to dziwactwo.

Poza powieściami nagromadziłam dwa tomiki poezji:

Chyba moja stopa się załapała do zdjęcia....
To lato to 3 wznowienia świetnych klasyków:

 A oto wszystkie razem:


 I jeszcze stosik zaległy, który chciałabym przeczytać:
To tyle stosów. Więcej znajdziecie w zakładce Moje stosy.
Z kolei w zakładce Moje zdjęcia dorzucam zdjęcia nieksiążkowe. Dziś krajobraz: Wyżyna Lubelska i śmieszny kot mojej ciotki, którego rodzice chyba prowadzili bujne życie nocne, co widać w umaszczeniu.... Dokładam mojego kotka, to selfie na mej piersi....A na koniec moja podobizna. Namalowała moja bratanica:
Wyżyna Lublska






Na koniec przytoczę link, który przeczytałam u Awioli:
Mam pytanie w związku z tym filmem do Was. Chodzi mi o to zarabianie na blogach. Czy ktoś coś? Bo ja zawsze do takich spraw jestem ostatnia.
Pozdrawiam i słońca życzę.



czwartek, 19 lipca 2018

Susanna Tamaro 'Tygrysica i Akrobata" - historia zwierzęca

Ta Seria z Żurawiem od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego zdobyła już sobie uznanie czytelników. Tym razem wydali książkę o zwierzętach, o Tygrysicy. Ma to być baśń filozoficzna w styli 'Małego Księcia'. Lubię Małego Księcia, więc i książka o Tygrysicy mnie zaintrygowała. 
Przeczytałam ją w jedno przedpołudnie, bo to dosyć cienka książka. Ale ja odebrałam ją bardziej realistycznie, a mniej filozoficznie. Lubię książki zwierzęce, w stylu Curwooda i Londona, więc i ta mi się spodobała. To opowieść o losach Tygrysiątka, które zostało zabrane do cyrku. Musi znów odnaleźć w sobie siłę, żeby nie poprzestać na tym miałkim życiu, gdzie jedzenie ma przynoszone pod nos regularnie, gdzie jeśli będzie ładnie skakać przez obręcz to będzie chwalona itd. Tylko wolności i powietrza jej brakuje, ale i o tym powoli zapomina. Czy znajdzie siłę? Sama może i nie, ale gdy znajdzie się przyjaciel, który jej pomoże? 
Bardzo ładnie napisana historia, którą całkiem przyjemnie się czyta. Może i dobrze, że mało jest tu filozofii, bo z książek filozoficznych w moim życiu przyjemnie mi się czytało jedynie Platona i Camusa. 
Tak jak teraz piszę tę recenzyjkę to mi się przypomniał Anthony de Mello i podobna w wymowie, a jednak inna, historia o małym orlątku, które wychowywało się z drobiem. Do końca życia myślało, że jest kurą czy kaczką i tak też umarło, taplając się w błocie. To 'stała' historia księży na kazaniu podczas rezurekcji, czyli w Wielkanoc. Kilkakrotnie już to słyszałam. Jestem pesymistką, więc chyba wersja o orlątku-kurze bardziej wydaje mi się prawdopodobna niż ta o wyzwalającym się z okowów tygrysie syberyjskim. Tak, tak, bardziej Camus niż Platon.... Zresztą, swego czasu byłam olśniona jego książkami.
W każdym razie książka jest ciekawa i można ją czytać zarówno sobie, jak i dzieciom. 
6 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

środa, 18 lipca 2018

Antoni Czechow 'Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania' - dobra klasyka nie tylko na wakacje...

Trzeba przyznać, że tegoroczne propozycje wydawnicze na wakacje od wydawnictwa MG są pociągające, bo Czechow, Bułhakow. Skusiłam się na obie. Dziś napiszę o opowiadaniach Czechowa. Czytałam je już kiedyś, ale je można czytać kilkakrotnie bez znużenia. Ten wybór jest bardzo selektywny, bo na tomik składa się 28 opowiadań w tłumaczeniu A.W. (dosyć enigmatyczny jest ten skrót). Niedawno na półce znajomej dostrzegłam opowiadania Czechowa jeszcze z czasów PRL, ale dwutomowe. Ja chyba czytałam wydanie BN-owskie. 
Te, które mamy w niniejszym tomie, tworzą smakowity zbiór miniaturowych utworów, które można czytać bez końca. 
Spodobało mi się, ale miałam wielki problem z tą recenzją, bo przez kilka dni zastanawiałam się co mam tutaj napisać. I w sumie wciąż nie wiem co mam napisać. Nie mam pomysłu na myśl przewodnią, poza tą, że napiszę, iż to doskonałe opowiadania, które mają wszystko, czego wymaga się od opowiadań. To mistrzostwo świata. Zaskakująco krótkie, ale treściwe. Jest i obraz satyryczny, i ironia, i smutek, i takie trochę patrzenie z dystansu na świat, jak to u Czechowa. W tych opowiadaniach widać, dlaczego świat kocha literaturę rosyjską. Niestety, natura ludzka ukazana w tych opowiadaniach nie zmieniła się ani na jotę przez dwa ustroje Rosji, jakie panowały od czasów Czechowa, przez 2 wielkie wojny i rewolucję technologiczną na świecie. Na przykład opowiadanie 'Order'. Czy nie jesteśmy wciąż tacy sami, że wciąż chwalimy się tym, co nie jest nasze? Może ordery nie zrobią wrażenia na randce, ale już smartfon? Albo opowiadanie 'Kameleon', które pokazuje zachowania ludzi wobec maluczkich i władzy. Czy coś się zmieniło w tej sprawie? Bo  mi się wydaje, że nie. Albo zabawne opowiadanie 'Dzieło sztuki'. Śmieszy jak skecz w dobrym stylu. A opowiadanie 'Podrzutek"? Powieść Dickens mógłby na jej podstawie stworzyć, gdyby nie to, że to, co napisał Czechow wystarczy. I tak dalej. Na szczęście nie musiałam robić z tego notatek, że nie czytałam tego na egzamin, więc mogłam się po prostu nimi cieszyć. Bo Czechow się nigdy nie znudzi. 
10 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu MG:

wtorek, 17 lipca 2018

Janina Lesiak 'Ja, Bona' - kolejny portret polskiej królowej....


Tak prezentuje się okładka najnowszej książki pani Janiny Lesiak,jednej z wielu miniaturek o polskich królowych. Nie było ich w dziejach polski aż tak wiele, więc mam nadzieję, że będę miała cały cykl. Ta ukazała się 23 maja. Wcześniej przed nią była książka o Jadwidze, która to książka mnie rozczarowała, gdyż miałam wrażenie, że samej Jadwigi autorce nie udało się uchwycić. Teraz mamy książkę o Bonie, najsłynniejszej polskiej królowej, znanej z serialu i przysłów. To ułatwienie i utrudnienie, bo autorka zmagała się z legendą. Tak, Bona w Polsce nie miała dobrego PR-u, a to za sprawą nieszczęsnej synowej, Barbary Radziwiłłówny, którą to nasi dawni twórcy mitów narodowych postanowili wplątać w konflikt polskości i obcości, konflikt, który w historii nie miał chyba miejsca, bo w czasach jagiellońskich byliśmy otwartym krajem. No więc historia zrobiła z Bony wredną jędzę, która uciekła z polskim majątkiem. A jak było? Wersję próbuje pokazać nam pani Lesiak. 
Stworzyła ona portret skomplikowanej kobiety, którą historia rodzinna obdarzyła traumatycznym dzieciństwem. Słuchałam już książki 'Łabędzie Leonarda', w której pojawiła się matka Bony, Izabela i jej ojciec z całą tą historią, która chyba kiepsko wpłynęła na dojrzałość emocjonalną przyszłej królowej Polski. Ale przecież udało jej się stworzyć liczną rodzinę. Może to więc była zasługa Zygmunta Starego? W każdym razie typ psychologiczny kobiety, jaki kreuje pani Lesiak o Bonie jest mi dosyć znany. Wysokie wymagania stawiane dzieciom, ciągłe domaganie się miłości dzieci, ciągłe poczucie, że nikt nie jest godny jej dziecka, to wszystko to cechy matki, które pojawiają się na tym świecie. Ale nikt by o tym nie mówił, gdyby nie fakt, że omawiane dziecię, syn, był ostatnim  królem z dynastii. Fakt, że umarł bezdzietnie, sprawił, że Polska poszła w elekcyjność. I dlatego kolejne pokolenia załamują ręce nad Zygmuntem Augustem. Oni chyba nie zdawali sobie sprawy, że Tron Polski kiedykolwiek może stracić swoją pozycję. Sukces oślepia.W każdym razie z punktu widzenia Bony, tak jak to pokazuje Pani Lesiak, świat był dramatyczną areną walki. Najpiękniejsze i najsmutniejsze jest to, że autorka przypomina, że syn podzielił los matki... Tak samo ograbiony po śmierci... 
Czyżby więc ich konflikt wynikał z podobieństwa charakterów? A zepchnięte w cień córki? Chyba w książce stanowią tak samo tło, jak to było w historii. Czy ktokolwiek się z nimi liczył? 
Czytałam już opinię o książce (przez Literatkę Kawy) zarzucającą jej nadmiar wykrzykników, adresowanie dla klienteli 'Korony Królów' i  adresowanie jej do kobiet po 50-tce. Z ani jedną tą op[inią się nie zgadzam. Po pierwsze 'Korona Królów'. Napalona byłam na ten serial i nawet obejrzałam go przez tydzień, czyli 4 odcinki Nawet go w necie broniłam po 1 odcinku. Po czwartym sama się tym znudziłam. W każdym razie serial polegał na podkreślaniu perypetii życiowych postaci historycznych. To chyba nasunęło podobieństwo autorce ten recenzentce. Ale moim zdaniem, podobieństwa tutaj nie ma, gdyż książka nie jest opowieścią o perypetiach rodzinnych Bony, ale próba zrozumienia tej postaci, tak jak i cały cykl książek pani Lesiak.  A że wedle koncepcji autorki Bona funkcjonowała 'w wykrzyknikach', to i te wykrzykniki w książce są słuszne. Zresztą, jeśli prawidłowo porównuję Bonę z książki pani Lesiak z osobą z mojej faktycznej realności to te wykrzykniki są jak najbardziej adekwatne do profilu psychologicznego takiej matki. Silny dramatyzm, balansowanie na skrajnych emocjach. Można użyć wykrzyknika.
Na koniec zarzut o adresowanie książek do kobiet po 50-tce. Ja nie wiem, czy według autorki tego zarzutu jest to krytyka 50-tek, czy potępienie młodszych czytelniczek. No bo w takim razie to trzeba mieć 50 lat, żeby zastanawiać się nad charakterami postaci historycznych i nad tym jaka matka jest dobra matką? Kiedy popełnia błąd wychowawczy, a kiedy już krzywdzi dziecko swoimi wymaganiami?
W ogóle to przeżyłam tę książkę prawie tak mocno jak 'Cecylie', która spodobała mi się najbardziej. Wiem, popularność autorki rozpoczęła się od 'Dobrawy', ale dla mnie 'Dobrawa' jest słabsza niż 'Cecylia'. Tam było odtworzenie antycznej tragedii, w 'Cecylii', znaczy się. W 'Dobrawie' była to historia postaci historycznej. A teraz mamy 'Bonę', w której dochodzi do zmagania się o ocenę matki, której błędy wychowawcze skutkowały na los kraju. A najgorsze jest to, że wszystko to stało się dlatego właśnie, że się tak starała. Może jakby się nie starała, to by nie było tak źle? Może byłaby lepszą teściową? Te jej odrzucane synowe miały przecież państwowe podłoże niechęci. Bo Habsburgów Polska od wiek wieków nie lubiła, a Radziwiłłowie magnaci też  mieli za uszami sporo. 
Miałam wrażenie, że w przypadku Bony historia zaśmiała się ironicznie, że zrealizowało się przysłowie, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. 
Czasem po prostu tak jest, że człowiek się stara, a i tak wychodzi nic, Zonk z tego teleturnieju sprzed lat. 
Przeznaczenie? Słabość charakteru? Czy przeciwnie, siła charakteru, która każe przytłaczać wszystko wokół? rodzaj despotyzmu na najbliższych?
Daję książce 8 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu MG:


sobota, 14 lipca 2018

Michał Piedziewicz 'Ćwierćfinał to już coś!', ilustracje - Artur Ruducha - powieść dla młodych fanów piłki

Mój egzemplarz w towarzystwie zakładek od wydawnictwa
Dzień dobry,
Dzisiaj przychodzę do Was z książką dla dzieci, które lubią piłkę nożną. Miałam nadzieję, że zdążę z tą recenzją jeszcze jak nasza polska drużyna grała, ale nie zdążyłam. Nie wiem czy to ja za długo ją trzymałam na półce, czy to 'nasi' za prędko się z Moskwy wynieśli? W każdym razie ponoć zdążyłam na finał. Ponoć, bo jestem jedyną Polką, która meczów nie ogląda. 
Gdy dostałam od Wydawnictwa BIS propozycję zrecenzowania tej książki, od razu się chętnie zgodziłam, gdyż o ile w książkach dla dzieci aż tak się nie specjalizuję, to 'pióro' pana Piedziewicza znam i cenię. On pisze ciekawie, z pazurem, barwnie. Chciałam przypomnieć, że jest on autorem bardzo ciekawej trylogii o Gdyni, toczącej się od dwudziestolecia aż do czasów upadku PRL. Oto te książki:


A oto linki do recenzji:

A to jest link do mojego wywiadu z autorem, co świadczy o tym, że książki mnie zaciekawiły, bo proszę o wywiad jedynie wtedy, gdy książka mnie w jakiś sposób zaciekawi do zadawania dalszych pytań autorowi:
 Oto opis książki na stronie wydawnictwa (http://www.wydawnictwobis.com.pl/product.php?id=1189)
 Ćwierćfinał to już coś!  Autor: Michał Piedziewicz   Ilustrator: Artur Ruducha   ISBN 978-83-7551-569-5
format: 13,5 x 20,5
stron 248
wydanie 1
data wydania 11 maj 2018


Wciągająca i zabawna opowieść o przygodach grupy chłopców, którzy postanowili wziąć udział turnieju drużyn podwórkowych. Okazało się to całkiem poważnym przedsięwzięciem – trzeba było ustalić nazwę, skompletować skład, wybrać koszulki i znaleźć trenera, który opracuje taktykę i poprowadzi drużynę. Wspólnymi siłami zdołali to wszystko osiągnąć i drużyna Lanovii mogła przystąpić do gry. Czy uda się jej się osiągnąć wymarzony ćwierćfinał? 
Doskonała lektura dla młodych piłkarzy! 
 Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to jest ona znakomicie wykonana. Oto zdjęcie własne, jakie wykonałam przypadkowo wybranej ilustracji z książki:
Powieść przedstawia historię chłopaka, który bardzo lubi grać w piłkę i interesuje się tym tematem. Wraz z kolegami zakładają podwórkową drużynę piłkarską i marzą o ćwierćfinale, o sukcesach. 'Zatrudniają' selekcjonera, ale szybko okazuje się, że sukces nie jest taki prosty. Pierwszy mecz uświadamia im jak wiele muszą się nauczyć. Dodatkowo w mecze angażują się rodzice niektórych chłopców, którzy bardziej niż na sport i grę fair play liczą na to, że ktoś dostrzeże ich pociechę, zatrudni i da szanse na wielkie zarobki w przyszłości. Chłopcy mają sporo perypetii, a narrator, Faja, musi przełamać swoje wewnętrzne obawy i uwierzyć w siebie, jak i postawić na honorową, uczciwą grę. 
W książce pojawia się sporo terminów z zakresu futbolu. Widać, że autor zna się na grze w piłkę. Mi nie jest to aż tak znane, co pisałam na początku, ale coś tam mi się o uszy obija, bo tak się składa, że moja mama zna się na piłce nożnej i ciągle coś tam mówi o potrzebie obrony, a nie tylko o stawianiu wszystkiego w oparciu na jednym piłkarzu atakującym. Słysząc więc te okrzyki meczowe, coś tam teoretycznie wiem. Te wszystkie sprawy w książce się pojawiają. Nie będę ukrywać, że poczułam magię sportu, ale raczej czytałam tę książkę pod kątem tego, czy polecałabym ją młodym chłopakom albo dziewczynkom. 
I tak, polecałabym, bo język jej jest bogaty, naturalne, ciekawe dialogi, spora wiedza o piłce nożnej, a co więcej promowanie pozytywnych wartości, takich jak ciężka praca w celu osiągnięcia celu, sport i gra fair play, potrzeba współpracy z kolegami, wysiłek fizyczny i tak dalej. 
Teraz pozostaje mi tylko znaleźć jakiegoś chłopca zainteresowanego piłką nożną i dąć mu albo jej tę ciekawą książkę.
Daję książce 8 gwiazdek i dziękuję Wydawnictwu Bis za jej udostępnienie:
Znalezione obrazy dla zapytania Wydawnictwo bis logo

piątek, 13 lipca 2018

Jędrzej Pasierski 'Dom bez klamek' - morderstwa w cieniu psychiatryka.... Co kryją te mury?

Ten najnowszy kryminał od Czarnego przeczytałam jednym tchem! 'Dom bez klamek' to opowieść o morderstwach, które mają miejsce w szpitalu psychiatrycznym, tytułowym domu bez klamek. 
Miejsce to, jak i choroby psychiatryczne są tzw. tabu nie tylko w Polsce. A jednocześnie oczekuje się, że szpital psychiatryczny jako placówka medyczna zapewni pacjentom bezpieczeństwo.Gdy więc w takim domu bez klamek, gdzie nikt niepowołany nie może ani wejść, ani wyjść, znajdujemy trupa z rozciętym brzuchem i uduszonym, to można czuć przerażenie i pytać kto morduje? Pacjent czy personel? 
Rozwiązanie po wielu perypetiach znajduje pani podkomisarz Nina Warwiłow. Musi ona nie tylko rozwikłać zagadkę, ale i stawiać czoło szowinistycznemu podejściu do kobiet policjantek w ten szanownej instytucji. 
Czytałam z zapartym tchem. Jako czytelniczka zauważyłam, że nie ma tutaj zapychaczy treści, tak jak to często bywa w kryminałach. Bardziej książka jest w stylu Mankella, z tym swoim skupieniem się na temacie, z nierozwlekaniem wątków obyczajowych.  Owszem, jest wątek osobisty, ale nie stanowi on połowy treści, jak to nieraz w kryminałach bywa. Raczej mamy do czynienia ze skomplikowaną zagadką i przez pół książki musimy się głowić kto jest kim. Czy osoby, które powinny być nieskazitelne, nie są tymi, za kogo się podają? Kto jest mordercą? Oczywiście nie zgadłam. 
Przy okazji powieści kryminalnej autor zwrócił uwagę na sprawę szpitali psychiatrycznych w Polsce. Widzimy bowiem stare i przepełnione sale, nie sprzyjające wyleczeniu, bo jednak w sali siedemnastoosobowej, gdzie bardziej śmierdzi niż pachnie sterylnością osoba chora nie poczuje się lepiej, prawda? Mamy 2 pielęgniarzy na cały oddział, którzy muszą upilnować wszystkich, więc podają im tabletki nasenne. Mamy ofiarnego ordynatora, który musi uciekać się do różnych sposobów, żeby zdobyć środki na oddział psychiatryczny. Mamy wreszcie rozmaitych pacjentów, często z traumami. 
Cała historia wyjaśnia się w finale książki i jest ona szokująca. Ludzie bywają potworami. 
Jeśli chodzi o wątek osobisty, to jest on 'rozwojowy'. Będę czekać na następne części, bo wydaje mi się, że nowa miłość Niny to damski bokser, choć na razie zachowuje się jak miły wybawca. Zdaje się, że kobieta nie ma szczęścia do facetów, ale o tym przekonamy się w następnych częściach.
Książka mocno mnie wciągnęła. Jak siadłam rano, to wstałam, gdy skończyłam czytać. Kryminał mnie wessał. Jest świetny i polecam go serdecznie. 
Daję mu 8 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarne:
 Znalezione obrazy dla zapytania Wydawnictwo Czarne Logo

czwartek, 12 lipca 2018

Eka Kurniawan 'Człowiek tygrys' - bo prawdę napisał Tołstoj, że każda rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób...

Nie miałam okazji czytać pierwszej książki autora 'Piękno to bolesna rana', ale już drugą książkę tego indonezyjskiego autora postanowiłam przeczytać. Ukazała się na początku tego roku w Wydawnictwie Literackim. Zachęca jej 'cienkość', 192 strony, a jednocześnie zapowiadana głębia tematu. Ale o czym konkretnie miała ta książka być, tego nie wiedziałam. Na szczęście Joasia mi ją pożyczyła, więc mogłam ją przeczytać. Dzięki, Asiu. 
Czy jest to powieść? No to nad tym należy się zastanowić. Powieść to utwór wielowątkowy. Jeśli jest tylko jeden wątek, to jest to opowiadanie. Raczej z opowiadaniem mamy tutaj do czynienia. 
Całość jest podzielona na 5 części, z których każda stanowi doskonale napisaną opowieść na jeden i ten sam temat. Miałam wrażenie, że odkrywam ileś prawd na temat rodziny Koguta.Miałam też wrażenie, że to bardzo nieszczęśliwa rodzina. 
A zaczyna się od plotek dwóch facetów na temat okrutnej i w sumie dziwacznej zbrodni. Grzeczny chłopak zagryzł sąsiada. Rozmowa toczy się tak jakby to mogło się rozgrywać pod sklepem w mojej wsi. Zdarzyła się 'sensacja' i facet jedzie rowerem do faceta, żeby mu o tym powiedzieć. Mówią co wiedzą na ten temat. Co powiedział chłopak przed śmiercią, co powiedziała ofiara. W sumie nie wiedzieli jak do tego doszło. Potem stopniowo czytelnik wczytuje się w kolejne odsłony tej samej historii. Poznajemy tzw. patologiczną rodzinę ojca i męża o imieniu Kogut, jego żonę, 2 dzieci, dowiadujemy się też o zmarłej córeczce. Płynnie narracja przechodzi od jednego członka rodziny do drugiego. Każdy z nich nosi swój własny ładunek pretensji, żalu, nienawiści, niespełnienia. Ostatecznie kończy się to zagryzieniem sąsiada. 
Miałam smutne odczucie podczas czytania tej książki. Otóż, akcja jej toczy się przecież w Indonezji, a ja miałam wrażenie, że czytam o rodzimych sprawach. Rodziny przemocowe, patologiczne zdarzają się. Szczególnie w małych społecznościach takich spraw się nie da ukryć. Wiemy, że 'tam to mąż bije żonę'. Czasem nawet znajomi próbują pomagać, ale zazwyczaj kończy się to porażką, bo zwykła pomoc sąsiedzka nie pomaga. W każdym razie słyszy się o 'takich rodzinach'. I ja też gdy czytałam 'Człowieka tygrysa' miałam wrażenie, że nie czytam o Kogucie z Indonezji, ale o Iksie i jego maltretowanej żonie z Pipidówki niedaleko mnie. Jak się patrzy z daleka na takie rodziny, to wyłapujemy tylko plotki, jak ci faceci z początku książki. Prawda jest zawikłana jak węzeł gordyjski. Jak to mówiła moja koleżanka po resocjalizacji, w takich przypadkach trzeba leczyć całą rodzinę. 
Tutaj, w książce, cała rodzina jest chora. Każdy jest sfrustrowany, wszyscy nienawidzą siebie nawzajem i co gorsze, każdy wszedł w swoją rolę, z której nie da się wyplątać. Nawet ten nieszczęsny Kogut, który całe życie maltretował żonę, po którego śmierci nie płakał nikt z rodziny. Żona jest ofiarą, ale jak to mówią podręczniki do psychologii poczuciem bycia ofiarą też można terroryzować otoczenie. I ona tak robi. Gada do garnków, nie daje dzieciom ciepła, które one by chciały, ale potrafi dbać o dom sąsiadów, swój zaniedbuje. W tym wszystkim cierpią dzieci i to ich mi było szkoda. Nie Koguta i jego żony, którzy bez ranienia siebie nie mogliby żyć. Chyba najdojrzalej w tym wszystkim zachowały się dzieci, choć jak widać, nie udało im się uciec od błędnego koła patologii. 
Książka jest smutnym memento o tym, jak ciężko jest uciec od przemocy w rodzinie. Zastanawiam się teraz, jak piszę ten post, czy książka ma jakiś morał. ale chyba nie ma. Nie podaje rozwiązania na tacy. Pokazuje, że przemoc jest destrukcyjna, że niszczy totalnie wszystko i wszystkich. 
Świetna książka, bardzo oszczędna w słowach. pozbawiona taniej łzowatości, ale jednocześnie mocna i poruszająca. 
10 gwiazdek

środa, 11 lipca 2018

Joanna Wieliczka-Szarkowa 'Czarna Księga Kresów' - cytat z ksiązki w rocznicę mordów na Polakach na Wołyniu

Okładka książki Czarna księga Kresów 

Z moich wyliczeń wynika, że od 1943 roku minęło 75 lat. Dziś, 11 lipca przypada więc 75 rocznica mordów wołyńskich. Żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają i noszą w sobie traumę tamtych dni. Ponoć taka trauma jest dziedziczna. Osobiście powiem od siebie, że nigdy nie zrozumiem bestialstwa, nigdy.  
Zastanawiałam się, jaką formę nadać temu mojemu postowi. Zdjęcia są, ale są bardzo drastyczne. Postanowiłam zacytować fragment książki 'Czarna Księga Kresów', której jeszcze nie czytałam, ale planuję. Dziś rano, szukając cytatu przeglądałam ją. Wygląda na to, że jest to rzeczowa książka o historii tzw. Kresów. Bardzo mnie zaciekawiła. Na razie jednak pozostanę przy cytacie o roku 1943 ze stron 255-257:


Oby żaden naród już nigdy nie zrobił czegoś takiego.

wtorek, 10 lipca 2018

Zenon Kosidowski 'Opowieści ewangelistów' - wrażenia z lektury

Okładka książki Opowieści ewangelistów Po 'Gdy słońce było bogiem', po 'Opowieściach biblijnych' napaliłam się na 'Opowieści ewangelistów'. Książka ma tyle lat co ja, bo ukazała się w roku 1979, a i mój ebook był równie poszatkowany co moja osobowość..... Miałam wielkie trudności z czytaniem, ale biedziłam się przez tydzień, bo książka jest tego warta. Jednak połowa faktów mi uciekła, reszty się domyślałam, a części nie. Bo nie da się czytać jednocześnie siedmiu wątków, no po prostu się nie da. 
W ogóle to ten początek wakacji jest dla książek oporny. Tak jakoś mi przelatuje przez palce. Normalny czytelnik może sobie na to pozwolić, ale jak się jest recenzentką blogową, to każdy tydzień zwłoki piętrzy książki. 
W każdym razie wróćmy do Kosidowskiego. Miałam wrażenie, że książka ta jest bardziej wbrew temu co się sądzi o Biblii niż 'Opowieści biblijne'. Autor skupia się na Ewangeliach, na Listach Apostolskich, mówi też o Całunie Turyńskim, o wyznawcach Jana Chrzciciela i esseńczykach, co akurat było mi znane. Analizuje autorstwo, patrzy na język i fakty historyczne, porównuje, zestawia i szuka prawdy. Wiele jego ustaleń szokuje, ale zapewne są prawdziwe. Byłoby pewnie lepiej dla mojej wiedzy po tej książce, gdybym przeczytała książkę linearnie i po kolei. A tak to jestem oświecona jak czekolada z marketu, w 30%. Ale i tak jest to więcej niż przeciętny wierny, bo już mniej więcej wiem co nieco o datowaniu Ewangelii, o Pawle, o tym kto jest kim. A jeszcze oglądałam w Visat History program 'Zagadki Biblii', więc jest OK. 
Przede mną jeszcze 'Królestwo złotych łez'. 
Książka zasługuje na 8 gwiazdek, choć przez moje problemy techniczne skorzystałam tylko z 5.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Powieści z Rosją w tytule... Chcę przeczytać

Cześć,
Wyliczałam już powieści obozowe, sagi historyczne, a jest jeszcze jedna grupa tematyczna powieści, które chciałabym przeczytać. To powieści z Rosją w tytule, z Rosją w tle. Oto one, te moje chciejki:

Numer 1:
Okładka książki Sześć dni w LeningradzieNieopowiedziana dotąd historia podróży, która dała początek uwielbianej przez miliony czytelniczek trylogii. Równie emocjonująca i chwytająca za serce jak dzieje Tatiany i Aleksandra.

Paullina Simons urodziła się w Leningradzie, ale w 1973 roku jako dziesięcioletnia dziewczynka wyjechała wraz z rodziną ze Związku Radzieckiego; jak jej się wydawało, na zawsze. W 1998 roku wróciła jednak, żeby zbierać materiały do powieści "Jeździec miedziany". Podczas sześciu dni pobytu w Petersburgu towarzyszył jej ojciec, Jurij Handler, szef sekcji rosyjskiej Radia Wolna Europa. Dla obojga była to przede wszystkim podróż sentymentalna: powrót do dawnych, dobrze znanych miejsc i spotkania z przyjaciółmi. W rodzinnym mieście Paullina uświadomiła sobie, że tak naprawdę Leningrad będzie nosić w sobie do końca życia, bo choć w młodości rozpaczliwie starała się zostać Amerykanką, jej dusza pozostała boleśnie rosyjska.
(http://lubimyczytac.pl/ksiazka/268252/szesc-dni-w-leningradzie).

Numer 2:


Okładka książki Miłość w czasie rewolucjiBiały Szanghaj     Sowiecki książę

„Miłość w czasie rewolucji” jest pierwszą powieścią w serii „Burzliwa epoka”. Pochodzący z Rosji argentyński dziennikarz Klim Rogow wraca do ojczyzny, aby po śmierci ojca załatwić sprawy spadkowe. Wybrał jednak złą porę – w kraju narasta zamęt przed zbliżającą się rewolucją październikową. (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4222731/milosc-w-czasie-rewolucji)

Numer 3
Okładka książki Czerwone niebo Najnowsza powieść Simona Sebaga Montefiorego. Jest lato 1942 roku, na stepach nad Donem Armia Czerwona rozpaczliwie broni się przed nacierającymi wojskami Wehrmachtu. Pisarz Benia Golden, odbywający karę w kołymskim łagrze za zbrodnie, których nie popełnił, zgłasza się do batalionu karnego, by walczyć z Niemcami. Jako żołnierz oddziału kawalerii zostaje razem z Kozakami wysłany na tyły wroga... (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4808247/czerwone-niebo)









Numer 4
 
Okładka książki Saszeńka Powieść przedstawiająca dramatyczne losy trzech kobiet z bogatej rodziny pochodzenia żydowskiego na tle burzliwych dziejów Rosji od czasów cara Mikołaja II do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Tytułowa bohaterka, córka bankiera z Petersburga, tuż przed rewolucją angażuje się w podziemny ruch rewolucyjny. Poznaje przywódców bolszewickich, zostaje sekretarką Lenina i żoną wysokiego oficera NKWD....(http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3867230/saszenka)








 Numer 5
Pokolenie zimy Wojna i więzienie Więzienie i pokój 

Rodzina inteligencka Gradowów, niegdyś żyjąca spokojnie i dostatnio w podmoskiewskim Srebrnym Borze, walczy o przetrwanie. Lata dwudzieste – w kraju panuje terror policyjny i kult wodza narodu, J.W. Stalina. Minęły w Rosji trudne czasy wojennego komunizmu i nastała ożywcza epoka NEP-u, ale mimo większej obfitości dóbr na rynku i pozornej swobody, ludziom to nie przynosi nic dobrego. Życiem... (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4039315/pokolenie-zimy)

Numer 6: - Zapomniałam podać tę serię w poście o sagach, a czytelnicy na fb napisali mi, że jest godna polecenia)
  
 Jeździec miedziany Tatiana i Aleksander Ogród letni 
 Wybucha II wojna. Siedemnastoletnia Tatiana błyskawicznie staje się dorosła. Podczas blokady Leningradu jest podporą dla całej rodziny. Wielką miłością do Aleksandra, młodego oficera, nie ma kiedy się nacieszyć. Gdy chłopak, skrywający politycznie niebezpieczną tajemnicę, nagle znika, Tatiana jest w ciąży i udaje się w głąb Rosji, by odnaleźć ukochanego. Wspaniała historia uczucia, które... (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271935/jezdziec-miedziany)

Numer 7: - Książkę poleciła mi Joasia ;)

Okładka książki Syberia. Moje miejsce na ziemi  Tak mało wiedziano o Syberii, w tak niewielkim stopniu wykorzystywano niezmierzone bogactwa tej krainy.
Syberia była krainą grozy, krajem zsyłki i deportacji, nie chciano o niej nic więcej wiedzieć. Wydawało się, że całe jej piękno i bogactwa są przeklę­te a przez tę klątwę odcięte od wszelkiego postępu, nieskończone w swoich wymiarach i melancholii.

Kiedy rozpoczyna się I wojna światowa, Theodor Kröger, Niemiec mieszkający w Petersburgu, słyszy wyrok, którego obawiają się wszyscy przeciwnicy Rosji: zesłanie. W ten sposób trafia do Nikitino, wsi w głębi groźnej Syberii, gdzie lato jest krótkie i upalne, a zima mroźna i śmiertelnie niebezpieczna. Dzięki funduszom otrzymanym od ojca udaje mu się uzyskać ograniczoną swobodę ruchów i rozpoczyna swoją walkę o przetrwanie i powrót do domu. Okazuje się jednak, że Syberia ma mu do zaoferowania znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać: cel, pracę, przyjaźń, a nawet miłość. Jednym słowem – życie.
Historia zesłańca, będąca opowieścią o poszukiwaniu szczęścia i sensu życia tam, gdzie pozornie nie sposób ich odnaleźć.
(http://lubimyczytac.pl/ksiazka/220624/syberia-moje-miejsce-na-ziemi)

I dwie 'pozycje', których nie sposób nie przeczytać, gdy się chce czytać o Rosji:

Numer 8: - Waham się, czy czytać, czy słuchać.
 Okładka książki Wojna i pokój. Tom I i II Okładka książki Wojna i pokój. Tom III i IV

 Numer 9: '
Last but not least" (chyba do niej wreszcie dorosłam. Film był prześliczny, Zamierzam słuchać, a niech tam, najwyżej zajmie mi to miesiąc):
Okładka książki Doktor Żywago

 Co polecacie? Co jeszcze znacie? 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Top Commentators Widget for Blogger Blogspot with Avatars

Ja na Instagramie

Zapraszam na moją stronę na facebooku:

Moje logo

Moje logo

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: