wtorek, 7 sierpnia 2018

Wywiad z Alicją Łukawską, autorką książki 'Duchy Kresów Wschodnich”

Dzień dobry,
Dziś zapraszam do przeczytania wywiadu, który przeprowadziłam via mail z panią Alicją Łukawską,
Autorka, moja rozmówczyni. Zdjęcie pochodzi z prywatnego albumu pani Łukawskiej. Z podpisu wynika, że tłem jest Malbork.
 autorką 'Duchów Kresów Wschodnich",

bardziej znaną w blogosferze jako Maria Orzeszkowa, którą to książkę recenzowałam niedawno: recenzja. Wywiad jest troszkę za długi jak na standardy blogowe, ale tak miło mi się z panią rozmawiało, tak z 4 moich pytań rozwinęły się następne, że publikuję tę rozmowę w całości.

Jak to jest, gdy się widzi swoje nazwisko w księgarni?

AŁ: Chodzi o wydanie książki? Tak się złożyło, że nie widziałam jeszcze swojego nazwiska w księgarni! Książka ukazała się w połowie maja, teraz mamy koniec lipca, a ja przez większą część tego czasu siedziałam w domu, bo skręciłam sobie kolano. Od bardzo dawna nie byłam w żadnej księgarni stacjonarnej. Widziałam jednak swoją książkę w różnych księgarniach internetowych i to jest bardzo fajne uczucie. Natomiast do swojego nazwiska w druku jestem przyzwyczajona od dawna i nie robi to na mnie wielkiego wrażenia, bo od lat publikuję różne teksty dziennikarskie i publicystyczne. Pierwsze moje próby dziennikarskie były jeszcze na studiach w magazynach studenckich, potem przyszła kolej na „dorosłą” prasę różnego typu. Publikowałam w dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach, kwartalnikach i pismach naukowych. Występowałam także kiedyś w radiu, gdzie czytałam swoje recenzje książkowe.

Czyli jest Pani doświadczoną dziennikarką, potem blogerką, a teraz pisarką. Prawdę mówiąc widać to doświadczenie, gdy się czyta Pani teksty. Ale w czym się Pani najlepiej czuje? A gdyby mogła Pani wybrać rodzaj dziennikarstwa, które najbardziej Pani odpowiada, to byłaby to prasa codzienna, magazyn opiniotwórczy, magazyn internetowy, czy youtube?

AŁ: Jak jeszcze pracowałam w prasie, to zwykle było mi wszystko jedno, co i dla kogo piszę, byle płacili. W redakcjach uczyli mnie ludzie ze starej szkoły, którzy twierdzili że dziennikarz to jest człowiek do wynajęcia, który powinien umieć napisać wszystko i to szybko, na zasadzie „na wczoraj”. Mówili mi, że dziennikarz jest tylko rzemieślnikiem. Nie ma i nie powinien mieć poglądów politycznych. On tylko przekazuje informacje, a nie opinie. Od początku zaakceptowałam to podejście, bo bardzo chciałam nauczyć się tego zawodu. Dzięki temu rozpisałam się i opanowałam chyba wszystkie gatunki dziennikarskie, od małej notatki informacyjnej po duży reportaż czy tekst publicystyczny. To mi się bardzo przydało w czasach, kiedy przez jakiś czas byłam redaktorem naczelnym w małym tygodniku i nieraz bywało, że sama zapisywałam całe strony, jak moi ludzie zawiedli. Nauczyłam się też wtedy robienia korekty, redagowania tekstów, robienia zdjęć zamiast fotoreportera (zawsze były oszczędności!), a nawet makietowania stron w gazecie (kiedyś to się robiło „na piechotę”, a nie przy użyciu komputera). Najgorsze zawsze było dla mnie pisanie tekstów reklamowych na zamówienie reklamodawcy, wywiadów (uważam, że wywiad to najtrudniejsza forma dziennikarska) i układanie podpisów pod zdjęcia. Youtuberką jeszcze nie byłam, więc nie wiem, jak to jest. Ale wszystko przede mną. Mam konto na Youtube.

A czym się różni blogowanie od dziennikarstwa?

AŁ: Blogowanie to jest nowa forma przekazu, która chyba jeszcze nie została opisana przez teoretyków sztuki dziennikarskiej. Mam wrażenie, że dobry, literacki wpis na blogu najbardziej przypomina felieton gazetowy. A felieton to bardzo trudna forma, czasem zahaczająca nawet o esej. Powinna tam się znaleźć konkretna treść i coś od siebie. I to „coś od siebie” jest tu właściwie najważniejsze. Ideałem felietonisty w literaturze polskiej są dla mnie Bolesław Prus, Stefan Kisielewski i Stanisław Michalkiewicz. Zwłaszcza ten ostatni jest dla mnie nieustannie wielką inspiracją.

Napisała Pani książkę o duchach, teraz kończy Pani pisać wspomnienia o swojej mamie. Moje pytanie brzmi: czy marzy pani o napisaniu powieści, tak jak wiele osób, w tym ja, o napisaniu 'powieści, która zawrze całą mądrość o życiu”?

AŁ: Wspomnienia mojej mamy już spisałam, zredagowałam, wydrukowałam, mama je autoryzowała i już je wysłałam do wydawcy. Zobaczymy, co będzie dalej… A w ogóle to jest dobre pytanie! Czy ja marzę o napisaniu powieści… Tu mi się przypomina taka moja ulubiona w dzieciństwie powieść Astrid Lindgren pt.”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” (inny tytuł „My z Wyspy Saltkrakan”). Tam występuje taka dziewczynka, która ma takie marzenie, że jak będzie stara i gruba, to będzie pisać książki. To był kiedyś również mój plan na życie. I jeszcze chciałam na emeryturze podróżować do obcych krajów. Z tych podróży chyba nic nie wyjdzie z powodu moich licznych chorób. Pozostaje mi więc tylko to pisanie książek. Dla zabicia czasu lepsze to niż robienie skarpet na drutach.
A mówiąc serio, to zawsze jakoś w środku wiedziałam, że będę pisać. Chciałam pisać. Taką miałam wewnętrzną potrzebę. Na razie napisałam książkę o tych duchach na Kresach Wschodnich. Spisanie historii życia mojej matki to był właściwie mój obowiązek jako córki. Zaś co do powieści, to od pewnego czasu chodzi mi po głowie taka historia przygodowo-wojenno-szpiegowska. Ja jej nie wymyśliłam, ona do mnie przyszła sama, kiedy szukałam materiałów na temat wojennych losów moich krewnych. Z tym, że nie jest to opowieść o mojej rodzinie, ale o zupełnie obcych ludziach. Ale nie wiem, czy ją spiszę, bo musiałabym sporo jeszcze nad nią popracować, poszukać materiałów, tu i tam pojechać na wizję lokalną. Na razie mam bohatera, a raczej bohaterkę, która mi się zjawiła sama, jak na seansie spirtystycznym. Będę ją obserwować, może mi coś opowie o sobie? Natomiast o pisaniu na temat „mądrości życiowych” nigdy nie myślałam. Obawiam się, że nie mam chyba żadnych „mądrości” do przekazania czytelnikom. Natomiast chciałabym, żeby dobrze się bawili czytając, to co napiszę. Na razie myślę o trzeciej książce i to jeszcze nie będzie powieść.

Czekam więc na te książki! Czy wciąż się Pani czuje blogerką, czy już pisarką?

AŁ: Szczerze mówiąc, nie czuję się ani blogerką, ani pisarką. Blog to jest tylko dzienniczek moich lektur, takie zapiski, którymi dzielę się ze światem. Tych blogów zresztą było kilka, bo jak mi się znudziły, to je bezlitośnie kasowałam. Ten obecny jest najdłuższy, prowadzę go już około czterech lat. Dodatkową korzyścią z pisania bloga jest bardziej świadome wybieranie lektur, samodyscyplinowanie, codzienne lub prawie codzienne ćwiczenie stylu pisania, no i wirtualne poznawanie ciekawych ludzi, których trudno byłoby mi poznać w inny sposób. Pisarką też się nie czuję. W ogóle, czy po wydaniu jednej książki można uważać się za pisarkę? To chyba byłoby mocno na wyrost! Ja tam skromna jestem! Natomiast ciągle jeszcze czuję się dziennikarką, choć już dawno nie uprawiam tego zawodu w sposób czynny. Jak człowiek zasmakował tego fachu, nauczył się pewnych zachowań i stylu pisania, to już to gdzieś w środku zostaje.

Pani słowa wydają mi się wzorem dla psychoanalityka. Że zawody się tylko pełni w życiu, a my nie jesteśmy tym co robimy, że jesteśmy czymś więcej.... Mi kilka lat zajęło, żeby do tego dojrzeć i przestać się frustrować.... Przepraszam, tak mi się skojarzyło. Ja, odkąd zaczęłam prowadzić bloga, mniej kontroluję swoje lektury... W przeciwieństwie do Pani, bo dla nieznających Pani bloga powiem, że poświęcony jest on tematyce kresowej, ale i powieściom. Czy poza tym co Pani publikuje na blogu czyta Pani więcej, inne książki?

AŁ: Czasem czytam poza konkursem jakieś lekkie czytadła, jak się źle czuję i nie mogę usnąć. To są zwykle jakieś „obyczajówki” z biblioteki, nawet nie pamiętam ich tytułów. Ale to są książki, o których nie myślę po przeczytaniu i nie zawracam sobie głowy notowaniem wrażeń z ich lektury. Zaglądam też do wielu książek potrzebnych mi do pisania, ale zwykle nie czytam ich w całości. W ogóle, mam taką zasadę, że na blogu opisuję tylko te książki, które uczciwie przeczytałam od początku do końca. A bardzo wiele książek porzucam w trakcie lektury. Ostatnio właściwie coraz więcej zaczynam niż kończę.

Pierwszą książkę poświęciła Pani Kresom i duchom. Jak to jest u Pani, wierzy Pani osobiście w takie sprawy?

AŁ: O tym właśnie pisałam we wstępie do książki, gdzie powołałam się na słynne zdanie francuskiej markizy du Deffand, która miała powiedzieć coś takiego: „nie wierzę w duchy, ale się ich bardzo boję”. Nigdy żadnego ducha sama nie widziałam i nie pragnę zobaczyć. Oj, już mam stracha, jak tylko o tym pomyślałam! Natomiast mam szacunek do zjawisk, których nie jestem w stanie pojąć rozumem. Zawsze fascynowały mnie cudze opowieści o duchach, w młodości zaczytywałam się w angielskich powieściach gotyckich, potem na studiach napisałam pracę magisterską o polskiej powieści gotyckiej doby oświecenia i romantyzmu. Później pisałam pracę doktorską o motywach grozy w polskiej prozie w XIX wieku, niestety, nie udało mi się jej obronić z powodu różnych zawirowań życiowych. Jeśli chodzi o duchy, jestem więc raczej teoretykiem niż praktykiem.

Pochodzi Pani z Kujaw. Czy u Was też były takie opowieści o duchach jak na Kresach? Czy to taka cecha tamtego utraconego świata?

AŁ: Jak już mówiłam wcześniej, zawsze byłam łasa na opowieści o duchach. W Bydgoszczy na Okolu, gdzie mieszkałam w dzieciństwie, był stary cmentarz z rozwalającymi się nagrobkami i kaplicami, w których urzędowali pijacy. Jak się szło przez ten cmentarz, to można było na alejce natknąć się na leżące kości, które ci pijacy rozrzucali. Raz z koleżanką znalazłyśmy tam ludzką czaszkę na środku ścieżki. Ktoś widocznie wyjął ją z trumny i tam położył, żeby postraszyć przechodniów.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dzieci z Okola opowiadały sobie o „trupiej rączce”, która jakoby wysuwała się czasem z dziury w jednym grobowcu przy bramie. To miała być damska ręka z pierścionkami i bransoletami ze złota. Ale jak ktoś próbował zabrać te precjoza, to ta trupia rączka zaraz chwytała złodzieja i trzymała mocno, a nawet wciągała go przez dziurę do środka grobowca. Jedna dziewczynka z sąsiedztwa zarzekała się, że widziała to zjawisko na własne oczy! Ja jej za bardzo nie wierzyłam, ale i tak się bałam. Taka miejska legenda krążyła w Bydgoszczy dość długo. Potem tę dziurę w grobowcu zamurowano, ale i tak dzieciaki z okolicy omijały go szerokim łukiem.
No i oczywiście była też słynna czarna Wołga, którą jeździły wampiry, porywały dzieci, wysysały z nich krew, a potem porzucały ciała pod szpitalami. To były czasy Gierka i takie historie krążyły w całej Polsce. Dzieci w to wierzyły i bardzo się bały. Pamiętam, jak raz szłam z kuzynką na wsi szosą, ściemniało się i z daleka zobaczyłyśmy, że jedzie jakiś samochód. A rozmawiałyśmy sobie właśnie o tej czarnej Wołdze. Ze strachu spanikowałyśmy i schowałyśmy się do rowu, żeby ci ludzie z tego samochodu nas nie porwali. Na szczęście, to wcale nie było auto marki Wołga!
Jak byłam mała, to zdarzyło mi się parę razy trafić do szpitala dziecięcego w Bydgoszczy. I tam, za każdym razem znalazła się jakaś dziewczynka, która wieczorem, przy zgaszonym świetle opowiadała innym dzieciom taką historię, od której wszystkim włosy dęba stawały na głowie. To leciało jakoś tak: „Był czarny, czarny las. W tym czarnym, czarnym lesie był czarny, czarny dom. W tym czarnym, czarnym domu był czarny, czarny pokój. W tym czarnym, czarnym pokoju był czarny, czarny stół…” I tak dalej, aż dochodziło się do trumny z czarnym trupem. Te powtórzenia typu „czarny, czarny” niesamowicie podsycały atmosferę grozy i niesamowitości. Takie same historie opowiadały sobie dzieci na koloniach w czasach PRL. To był taki dziecięcy folkor. Z takimi właśnie historiami wyrosłam i one jakoś tam nadal tkwią we mnie. W ogóle, chyba kiedyś ludzie więcej rozmawiali na temat zjawisk paranormalnych niż obecnie. Kiedyś częściej opowiadano sobie różne dziwne historie, sny, układano pasjanse, wróżono sobie z listków czy płatków kwiatów…
Mam wrażenie, że różne takie ludowe gawędy czy nawet „urban legends” coraz bardziej odchodzą w przeszłość. Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają w ogóle, a już takich gawęd o duchach to chyba już nigdzie się nie uprawia. No, chyba, że gdzieś na wsi w domu na odludziu wyłączą prąd, to wtedy od razu ktoś pomyśli o duchach.

Co Pani czyta dla przyjemności, a jakie książki Pani lubi gromadzić?

AŁ: A to zależy, bo to się zmienia. Przechodzę różne fazy czytelnicze. W dzieciństwie to były głównie powieści przygodowe, kowbojskie, historyczne i klasyka literatury polskiej i światowej, bo takie książki były przede wszystkim dostępne w bibliotekach w czasach, kiedy dorostałam. Dość długo czytywałam literaturę grozy, science fiction, horrory i kryminały, ale miałam też fazę literatury iberoamerykańskiej. Teraz się zestarzałam, niedługo dobiję sześćdziesiątki, więc rzadko czytuję powieści, a jeśli już to albo klasykę literatury, albo coś całkiem rozrywkowego, jakieś melodramaty w stylu „wojna i miłość”, przy których mogę się dobrze popłakać nad losem bohaterów. A poza tym, czytam masę pamiętników i wspomnień, zwłaszcza takich z Kresów. Ale to chyba typowe dla osób w moim wieku, że odchodzi się od fikcji na rzecz literatury faktu, prawda?
Staram się nie gromadzić książek, bo mam problem z ich odkurzaniem i utrzymaniem w porządku, ale ich liczba i tak stale rośnie. Walczę z nimi! Stale się ich pozbywam, wynoszę do biblioteki, rozdaję ludziom, ale i tak wciąż mam ich za dużo. Co aktualnie posiadam? Mały zbiór klasyki i wszelkiego typu czytadeł, do których jeszcze kiedyś zamierzam wrócić, trochę pamiętników, trochę książek z historii, mały zbiorek książek z ezoteryki, parę słowników języków obcych. W sumie nie ma tego dużo, jakieś 600-700 sztuk. I to się stale zmienia, bo jedne książki ubywają, inne przybywają. Zawsze jest ruch w interesie. A jeszcze są czasopisma, które powiększają ogólną pulę papierów w domu. Ciągle mam wrażenie, że mam tych książek za dużo. 
 
A jaka jest Pani ulubiona powieść? Jeden tytuł?

AŁ: Tylko jeden? To straszne! Mam wrażenie, że wymieniając jedną powieść, skrzywdzę pozostałe ulubione. Ale dobrze! Jak jeden to powiem tak: „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Całość! Choć najbardziej z „Trylogii” lubię „Ogniem i mieczem”. W ogóle cenię sobie powieść z tzw. epickim oddechem, żeby była długa, gruba i ciekawa. 

Bardzo dziękuję za rozmowę.
  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Top Commentators Widget for Blogger Blogspot with Avatars

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: