środa, 15 sierpnia 2018

Stefan Hertmans 'Nawrócona' - korzenie Europy?

Dzień dobry,
Dziś przychodzę z recenzją albo raczej omówieniem nowej książki świetnego pisarza niderlandzkiego, po którego książkach zawsze wiele sobie obiecuję. Mam dwóch takich w ostatnich latach: jego, Hertmansa, i Richarda Flanagana. Gdyby mnie los znów rzucił w naukę, to doktorat pisałabym właśnie o jednym z nich. 
Ale na razie mnie nie rzucił, więc pozanudzam Was. 
Stefan Hertmans, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Stefan_Hertmans
 Anglojęzyczna Wikipedia, która zawsze podaje więcej niż nasza, polska, informuje, że Hertmans napisał 6 powieści, 2 zbiory opowiadań, 12 tomów poezji i 6 książek eseistycznych. Po polsku ukazały się trzy. 'Nawrócona', oryginalnie 'De bekeerlinge', ukazała się w Amsterdamie w 2016 roku. Autor pisał ją przez 22 lata! Ale wyszło w rezultacie wspaniałe dzieło.Inne jego książki wydane w Polsce już recenzowałam na tych oto moich skromnych łamach i najmniej spodobała mi się poprzednia powieść 'Głośniej niż śnieg'. Natomiast 'Wojna i terpentyna' oraz 'Nawrócona' stanowią, moim zdaniem, elementy wielkiej myśli autora o korzeniach Europy:
Powieści Hertmansa na mojej półce....
Książka ukazała się 13 czerwca 2018 roku w wydawnictwie Marginesy. Bardzo się z tego cieszę. 
Tytuł 'Nawrócona' jest trochę przewrotny, gdyż sugeruje nawróconą na chrześcijaństwo, bo zazwyczaj taki był kierunek nawróceń w dawnej Europie, a o postaci ze średniowiecznej Europy jest ta książka. Nasza bohaterka nawraca się nie na ale z chrześcijaństwa na judaizm. To córka bogatego rodu niderlandzkiego, która zakochała się w Dawidzie, żydowskim młodzieńcu, synu rabina. Jest to czas przed pierwszą wyprawą krzyżową, gdy krzyżowcy i wojny nie zburzyły kruchego pokoju na Bliskim Wschodzie. Dzieje Vigdis-Chamutal dają okazję narracji na pokazanie rozległej panoramy ówczesnej Europy oraz Aleksandrii.To dzieje wielkiej namiętności, tragedii i okoliczności, które się nie ziściły, które sprawiły, żer ta tak dobrze urodzona dziewczyna, tak źle skończyła. 
Na poziomie tego wątku fabularnego jest to pasjonująca historia. Wielka miłość, wędrówka, tęsknota, nieszczęścia i smutki, ale i możliwość poprawy trzymały mnie w ciągłym napięciu. Ale nie na darmo Hertmans pisał tę książkę przez 22 lata! Poza tym wątkiem fabularnym książkę tworzy kilka warstw. Ponad fabułę wybija się rama narracyjna, czyli postać autora, który w XX wieku podąża śladami Chamutal i szuka jej wśród nowoczesności, ale i próbuje patrzeć na Europę jej średniowiecznymi oczami:
'Świat wiruje, ale gdy się na chwilę wstrzyma oddech, stoi w miejscu' - tak kończy Hertmans swoją książkę. Słowa te pokazują, iż według autora nic nie przemija, w przeszłości jest już teraźniejszości odwrotnie. Historia to ciągłość, a nie zlepek niezależnych wydarzeń. A więc co o teraźniejszej Europie mówi 'Nawrócona'? Znakomicie literacko napisane zostały te fragmenty, w których narrator- Hertmans patrzy na pola z hipermarketami i autostradami i stopniowo zaczyna widzieć tam średniowieczne pustkowia, które widziała Chamutal... Znakomite całostki literackie!
Według mnie to, że korzenie europejskości to głęboka tożsamość religijna. Europejczykami średniowiecza byli oboje bohaterowie książki: Chamutal i Dawid. Ona - chrześcijanka, on - żyd. Oba światy były trudne do pogodzenia, ale dały się pogodzić i stworzyły całkiem dobrze funkcjonującą rodzinę, gdyby nie obłędne ideologie, interesy papiestwa oraz marnych ludzi, którzy ruszyli na wyprawę krzyżową, pustosząc i grabiąc Europę, wszczynając pogromy żydowskie, jeden z nich opisany na stronie 197. Narrator współczesny, Hertmans, wie więcej niż narrator z części średniowiecznej i mówi o tym, iż to pomysłodawca pierwszej krucjaty, Urban II, wyszukał w odmętach pism pojęcie 'świętej wojny', którą teraz przypisuje się islamowi. W każdym razie o Europie i na Europie powieść się kończy, więc i przemarsz tej 'świętej wojny' przez Europę pokazuje powieść. Gwałty, spalenia, rabunki, ludzie najgorszego pokroju albo co, którym nie zależy, którym wystarczy złe, krzykliwe hasło, żeby puścić z ogniem wioskę, synagogę, społeczność. Bez różnicy. To oni niszczą poukładane i szczęśliwe życie Chamutal i jej męża oraz trójki ich dzieci w małej wiosce. Chamutal, ta średniowieczna Niobe rusza w podróż, żeby odszukać swoje dzieci, które zabrała lawa krucjaty. No ostatniej strony czekałam na happy end. 
Ważną częścią tej książki jest panorama średniowiecza. Barwnie odmalowuje ją autor, pokazując ogromne dychotomie, wielkie różnice w poziomie życia różnych stanów, ale i zalety różnych środowisk. Przecież dom dzieciństwa Vigdis jest przepełniony miłością i szczęściem. Tak jak i małe, ale zjednoczone środowiska żydowskie. Dopiero szaleństwo krucjaty niszczy ten spokój. Szaleństwo na górze najbardziej niszczy życie zwykłych ludzi. Czy gdyby nie decyzja Urbana II, to Chamutal umarłaby tak jak umarła? Czy może doczekałaby się wnuków?
Dlaczego uważam, że 'Nawrócona' stanowi rozwinięcie myśli z 'Wojny i terpentyny', skoro 'Wojna i terpentyna' to powieść o I wojnie światowej, a 'Nawrócona' - o średniowieczu. Tak jak wspomniałam już, moim zdaniem Hertmans szuka korzeni tożsamości Europejczyka. I może ciężko jest temu zachodnioeuropejskiemu Europejczykowi to zauważyć, ale jest nią religia i kultura. Tak jak w 'Wojnie i terpentynie' dziadek autora chodzi do kościoła, to w 'Nawróconej' religia rusza cale narody do wojny, obala korony i niszczy połacie ziemi, jest destrukcyjna i fundamentalistyczna, ale i tworzy tożsamość. Vigdis jest sobą bo jest chrześcijanką, gdy traci tę tożsamość, to automatycznie na rzecz innej, mężowskiej. Nie tak jak teraz w miejsce religii przychodzi pustka. Autor nie ocenia postaw, ale pokazuje autentycznie wspomnianą w znalezionych średniowiecznych dokumentach postać prozelitki. 
Inną róznicą pomiędzy średniowieczem w powieści a współczesnością jest większa kiedyś rola społeczności. W zasadzie jednostka nie istniała. Jedynie w grupie dało się przeżyć. 
Wszystko to jest w tej znakomitej powieści, a przede wszystkim bardzo wzruszająca historia wielkiej miłości, która buduje i niszczy. Znakomita książka!
10 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Marginesy:








wtorek, 14 sierpnia 2018

Paczuszka z poezją

Cześć,
W zeszłym tygodniu koleżanka z LubimyCzytać wysłała mi paczkę. Oto co zawierała:
Oto one w przybliżeniu:

Bardzo się cieszę z tych książek. A było to tak, że na LubimyCzytać trwała dyskusja o sprzedaży książek do pewnej firmy. No i tak się zaczęła dyskusja. Moja znajoma wyraziła się, że biblioteki nie przyjmują starych książek. Ja stwierdziłam, że w sumie szukam poezji, między innymi, no i mi przysłała. Jak Wam się podobają? Bo mi bardzo.Najbardziej zdziwiony był listonosz, który zawsze pyta co to przyszło. Od 3 lat dostaję tylko książki, a on zawsze próbuje zgadywać.....

Ja jestem z nich bardzo zadowolona. 
Pozdrawiam,
Iza Łęcka-Wokulska




poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Holly Ringland 'Wszystkie kwiaty Alice Hart' - życie przebijające się przez ciernie.....

Piękna, mocna, ciekawa, niebanalna i wstrząsająca książka. Czytałam przez kilka upalnych, letnich, leniwych dni i ta lektura usatysfakcjonowała moje dwa bieguny czytelnicze, bo z jednej strony była kobiecą powieścią, a z drugiej - miała niebanalną formę. 
Okładka jest prześliczna. Poszukałam w tytule angielskim 'The Last Flowers of Alice Hart' i wyszło mi to:
Znalezione obrazy dla zapytania The last flowers of Alice Hart
Źródło: https://www.harpercollins.com.au/9781460754337/
Okładka jest tak ładna, że sfotografowałam ją wśród kwiatów jeszcze kilka razy:

I mogłabym tak jeszcze....

To opowieść o dziewczynce, a potem kobiecie, która weszła w życie z balastem rodzinnym. Jako dziecko żyła i dorastała w rodzinie przemocowej. Potem przeżyła traumę, a potem trafiła do dziwnego, ale już przyjaznego domu pełnego kwiatów swojej babki i jej podopiecznych. Pokazanie jej wychodzenia z traumy, jej dorastania i wyborów życiowych jest tematem tej książki. Można się domyślić, że dziecko bijącego ojca trafi w końcu na podobnego partnera. Zagadka polegała na tym, czy uda jej się z tego wyzwolić i być wolna i szczęśliwą.
Wszystko zostało napisane niebanalnie, z talentem. Miałam wrażenie, że autorka pisze w stylu pisarek, które lubię, a więc Sue Monk Kidd i Fannie Flagg. To dobry debiut obyczajowy, w dobrym stylu. Na ogół tzw. obyczajówki kobiece kojarzą się z kiczem i schematem fabularnym powielanym w wielu książkach. Tutaj autorka jest inna, oryginalna i zdecydowanie przykuwająca czytelnika. 
Te motywy kwiatowe wprowadzają piękno do opowieści, ale i sprawiają, że ludzkie dramaty stają się częścią wszechświata. Dają odskocznię czytelnikowi od tych problemów w książce. Również bohaterki odnajdują w kwiatach ukojenie od smutków, rozczarowań i samotności.A poza tym, te kwiaty są fajne. 
Miałam wrażenie, że świat powieści podzielony został na część żeńską i męską. Żeńska jest oswojona. Wiemy co się po niej spodziewać. To matka, pełna miłości pomimo cierpienia i przemocy, to babka i Kwiaty, to bibliotekarka, wrażliwa na krzywdę dziecka. Natomiast mężczyzn w książce jest mało, a ci, którzy są, zostali przefiltrowani przez perspektywę Alice, córki przemocowego ojca, który więził matkę i był obsesyjnie zazdrosny. Czytałam kolejne strony w oczekiwaniu czy TAK obciążone dziecko zdoła komukolwiek zaufać? Pokochać? I czy jej nikt nie skrzywdzi?Jej relacje z mężczyznami są typowe dla takich osób, czyli pełne nietrafionych wyborów. Owszem, są mili mężczyźni, ale jakoś tak się składa, że to Ci gorsi przybliżają się do niej... Zakończenie jest ciekawe i zaskakujące. 
Chyba nie mam nic więcej do dodania, poza tym, że była to naprawdę ciekawa książka, która pochłonęła mnie do głębi!
8 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Marginesy:

sobota, 11 sierpnia 2018

Jeanette Kalyta 'Położna. 3550 cudów narodzin' - biografia kobiety, która kocha to co robi

Z wielką chęcią przeczytałam tę książkę, a niejednokrotnie ze wzruszeniem. To piękna książka, jedna z piękniejszych biografii, jakie czytałam. Od dawna chciałam przeczytać tę książkę, bo w tytule było o porodach i o tym, że to autobiografia położnej, a położna to ważna postać w życiu. Jak sama powiedziała w książce, jest tą, która jako pierwsza dotyka dziecka. Nie wiem czy Wy, ale ja znam nazwisko położnej, która mnie 'przyjmowała'. Akuszerka - tak chyba kiedyś je nazywano. Myślę, że to jeden z najbardziej szanowanych zawodów świata. 
Pewnie pod tym postem 'uruchomi się' Wieża, ale chciałam ją zapewnić, że żaden z jej chorych domysłów nie jest prawdą. I koniec tematu. 
No więc książkę czytałam ze wzruszeniem, bo te opisy przyjścia na świat, rodzin, które starają się o dziecko, były wzruszające. To jeden z elementów tej książki. 
Drugi to opowieść o tym, jak czuje się człowiek, który dobrze wybrał zawód. Dobrze, czyli zgodnie z zainteresowaniami i typem osobowości. No bo ja w połowie studiów miałam poczucie, że to nie zawód dla mnie, ale 'jak zaczęłam, to chciałam skończyć'. Powinnam była robić to, co lubię, bo człowiek nie zmieni swojej natury. 
Wróćmy do książki. Autorka opowiada o swojej drodze zawodowej, często pełnej trudności i nawet mobbingu,ale wykonywanej z sercem. Stąd sukces, bo trzeba robić to, do czego ma się talent. Zazdroszczę Jej tego....
Trzeci, ciekawy aspekt książki to opowieść o polskich szpitalach kiedyś i dziś. O przeprawach i walce o godność, o chorobach systemu. Bardzo ciekawy temat. 
Za to wszystko w ogóle i szczególe książce daję 10 gwiazdek.





piątek, 10 sierpnia 2018

Anna Sakowicz 'Żółta tabletka plus' - z humorem o tym co nas otacza....

Autorki 'kobiece' w Polsce wielu czytelnikom kojarzą się z książkami realizującymi jeden z dwóch schematów fabularnych. Pierwszy to wyprowadzka na prowincję, a drugi to problemy miłosne. Czy można o zwykłym życiu współczesnej kobiety napisać książkę jednocześnie niebanalną i lekką w formie, żeby nie była smętnym arcydziełem, tylko miłą lekturą? Pani Sakowicz napisała zbiór opowiadań. Wydano je rok temu, w 2017, ale ja rok się do nich przymierzałam. No bo nie mam czasu. Teraz szukałam jakiejś  lekkiej odskoczni od żaru lata. 
No i książka mnie nie zawiodła. To miłe opowiadania, trochę z humorem, trochę z ironią, ale lekkie w czytaniu i niegłupie. 
Bohaterami są kobiety, które martwią się, że mąż je zdradza, albo kobiety, które jadą przez Polskę i spotykają gadającego lisa czy pisarz na głodzie książkowym lub napity tatuś, który w ostatniej chwili przypomniał sobie o urodzinach córki itd. itp. 
Miejsca i postacie opowiadanek są różne, ale łączy je podejście do problemów, trochę z dystansem, trochę z humorem.  Postacie te nie są idealne, bo mają problemy z nadwagą, problemy małżeńskie albo osobiste, ale sprawdza się stara dobra technika, że najlepszym lekarstwem jest śmiech. 
Nie będę streszczać tych opowiadań, bonie o to chodzi. Napiszę tylko, że to miła lektura, że faktycznie odpręża. 
6 gwiazdek

czwartek, 9 sierpnia 2018

Michaił Bułhakow 'Fatalne jaja. Diaboliada' - fraza czechowowska, wyobraźnia już sorokinowska - czyli znakomita książka. Rosjanie są najlepszymi pisarzami....


Михаил Булгаков. Рукописи не горят...
Michaił Bułhakow. Źródło: http://yablor.ru/blogs/mihail-bulgakov-rukopisi-ne-goryat/2447912


Bułhakow to oczywiście autor 'Mistrza i Małgorzaty'. Moja lektura z 7 klasy, a książka to nagroda za dobre wyniki w nauce. Nie chwaląc się, ale byłam wtedy jedyną osobą w szkole, która nagrodę dostała. Ot, stare dzieje, ale książkę posiadałam na własność, więc mogłam się nią cieszyć wielokrotnie. I nieprawdą jest, że lektury odstraszają do książki. Jak coś jest dobre, to jest. Chyba, że czytający do tego nie dojrzeli, ale to już inna kwestia. 
Wiedziałam, że Bułhakow (pisząc to akcentuję nazwisko z rosyjska, na ostatnią sylabę, bo ja - Proszę ja Was- jeszcze miałam obowiązkowy rosyjski) napisał 'Fatalne jajca' (te 'jajca' są w oryginalnym tytule i po prostu musiałam o tym wspomnieć), ale jakoś nie zamierzałam czytać tej książki, bo Bułhakow zbyt silnie wydawał mi się autorem jednej książki, ale gdy w to lato MG postanowiło wydać 'Fatalne jaja' i 'Diaboliadę' to z radością się zdecydowałam na tę książkę. 'Fatalne jaja' pochodzą z roku 1925, a 'Diaboliada' z 1924. MG odwrócili tę kolejność i słusznie, bo pierwsze jest w tym wydaniu opowiadanie lepsze i dłuższe. 

 Fraza czechowowska, wyobraźnia już sorokinowska - czyli znakomita książka. 

Rosjanie są najlepszymi pisarzami....

Tak zatytułowałam ten post. Skąd mi się ta fraza wzięła? No bo MG na to lato Anno Domini 2018 wydało też opowiadania Czechowa, które niedawno recenzowałam. I 'Fatalne jaja' zaczynają się w stylu Czechowa właśnie. Jest od razu wejście w fabułę. Pokazanie głównego bohatera, jego problem. Język niby prosty, ale misterny. A skąd Sorokin? No to też jest jasne. Ta cała historia jaj, anakond i innych płazów, zmutowanych wielkich kur, jakiegoś oblężenia 'Wszechrasiji' dziwnie skojarzyła się mi się z książkami Władimira Sorokina, tymi jego groteskowymi fantazjami o Rosji, które w zadziwiająco trafny sposób pokazują ten kraj. Ale Sorokin żyje sto lat po Czechowie! Jakąż więc wyobraźnię i talent musiał mieć Bułhakow! A przecież skoro opowiadanie pochodzi z 1925 roku, to troszkę jednak autor musiał przeczuwać niż wiedzieć. Było to przecież przed zagarnięciem wszystkiego przez Stalina, mógł się łudzić.... Montefiore pisał, że Stalin książki Bułhakowa lubił i czytał..... Cóż. W dokumencie o Mao też mówili, że tamten miał ogromną bibliotekę. 
Natomiast opowiadanie 'Diaboliada' jest mniej spektakularne, ale równie celne. Pokazuje absurdy biurokracji. To taki trochę 'Proces' Kafki. W ogóle to jestem tymi opowiadaniami zachwycona. Cieszę się, że mogę połączyć recenzowanie nowości wydawniczych z obcowaniem z dobra literaturą.... To nie zawsze jest do połączenia, a ja lubię co jakiś czas przeżyć ten dreszcz emocji intelektualnych, gdy wchłaniam dobrą literaturę.....
 10 gwiazdek bezwarunkowo...
Za książkę do recenzji dziękuję MG:









wtorek, 7 sierpnia 2018

Wywiad z Alicją Łukawską, autorką książki 'Duchy Kresów Wschodnich”

Dzień dobry,
Dziś zapraszam do przeczytania wywiadu, który przeprowadziłam via mail z panią Alicją Łukawską,
Autorka, moja rozmówczyni. Zdjęcie pochodzi z prywatnego albumu pani Łukawskiej. Z podpisu wynika, że tłem jest Malbork.
 autorką 'Duchów Kresów Wschodnich",

bardziej znaną w blogosferze jako Maria Orzeszkowa, którą to książkę recenzowałam niedawno: recenzja. Wywiad jest troszkę za długi jak na standardy blogowe, ale tak miło mi się z panią rozmawiało, tak z 4 moich pytań rozwinęły się następne, że publikuję tę rozmowę w całości.

Jak to jest, gdy się widzi swoje nazwisko w księgarni?

AŁ: Chodzi o wydanie książki? Tak się złożyło, że nie widziałam jeszcze swojego nazwiska w księgarni! Książka ukazała się w połowie maja, teraz mamy koniec lipca, a ja przez większą część tego czasu siedziałam w domu, bo skręciłam sobie kolano. Od bardzo dawna nie byłam w żadnej księgarni stacjonarnej. Widziałam jednak swoją książkę w różnych księgarniach internetowych i to jest bardzo fajne uczucie. Natomiast do swojego nazwiska w druku jestem przyzwyczajona od dawna i nie robi to na mnie wielkiego wrażenia, bo od lat publikuję różne teksty dziennikarskie i publicystyczne. Pierwsze moje próby dziennikarskie były jeszcze na studiach w magazynach studenckich, potem przyszła kolej na „dorosłą” prasę różnego typu. Publikowałam w dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach, kwartalnikach i pismach naukowych. Występowałam także kiedyś w radiu, gdzie czytałam swoje recenzje książkowe.

Czyli jest Pani doświadczoną dziennikarką, potem blogerką, a teraz pisarką. Prawdę mówiąc widać to doświadczenie, gdy się czyta Pani teksty. Ale w czym się Pani najlepiej czuje? A gdyby mogła Pani wybrać rodzaj dziennikarstwa, które najbardziej Pani odpowiada, to byłaby to prasa codzienna, magazyn opiniotwórczy, magazyn internetowy, czy youtube?

AŁ: Jak jeszcze pracowałam w prasie, to zwykle było mi wszystko jedno, co i dla kogo piszę, byle płacili. W redakcjach uczyli mnie ludzie ze starej szkoły, którzy twierdzili że dziennikarz to jest człowiek do wynajęcia, który powinien umieć napisać wszystko i to szybko, na zasadzie „na wczoraj”. Mówili mi, że dziennikarz jest tylko rzemieślnikiem. Nie ma i nie powinien mieć poglądów politycznych. On tylko przekazuje informacje, a nie opinie. Od początku zaakceptowałam to podejście, bo bardzo chciałam nauczyć się tego zawodu. Dzięki temu rozpisałam się i opanowałam chyba wszystkie gatunki dziennikarskie, od małej notatki informacyjnej po duży reportaż czy tekst publicystyczny. To mi się bardzo przydało w czasach, kiedy przez jakiś czas byłam redaktorem naczelnym w małym tygodniku i nieraz bywało, że sama zapisywałam całe strony, jak moi ludzie zawiedli. Nauczyłam się też wtedy robienia korekty, redagowania tekstów, robienia zdjęć zamiast fotoreportera (zawsze były oszczędności!), a nawet makietowania stron w gazecie (kiedyś to się robiło „na piechotę”, a nie przy użyciu komputera). Najgorsze zawsze było dla mnie pisanie tekstów reklamowych na zamówienie reklamodawcy, wywiadów (uważam, że wywiad to najtrudniejsza forma dziennikarska) i układanie podpisów pod zdjęcia. Youtuberką jeszcze nie byłam, więc nie wiem, jak to jest. Ale wszystko przede mną. Mam konto na Youtube.

A czym się różni blogowanie od dziennikarstwa?

AŁ: Blogowanie to jest nowa forma przekazu, która chyba jeszcze nie została opisana przez teoretyków sztuki dziennikarskiej. Mam wrażenie, że dobry, literacki wpis na blogu najbardziej przypomina felieton gazetowy. A felieton to bardzo trudna forma, czasem zahaczająca nawet o esej. Powinna tam się znaleźć konkretna treść i coś od siebie. I to „coś od siebie” jest tu właściwie najważniejsze. Ideałem felietonisty w literaturze polskiej są dla mnie Bolesław Prus, Stefan Kisielewski i Stanisław Michalkiewicz. Zwłaszcza ten ostatni jest dla mnie nieustannie wielką inspiracją.

Napisała Pani książkę o duchach, teraz kończy Pani pisać wspomnienia o swojej mamie. Moje pytanie brzmi: czy marzy pani o napisaniu powieści, tak jak wiele osób, w tym ja, o napisaniu 'powieści, która zawrze całą mądrość o życiu”?

AŁ: Wspomnienia mojej mamy już spisałam, zredagowałam, wydrukowałam, mama je autoryzowała i już je wysłałam do wydawcy. Zobaczymy, co będzie dalej… A w ogóle to jest dobre pytanie! Czy ja marzę o napisaniu powieści… Tu mi się przypomina taka moja ulubiona w dzieciństwie powieść Astrid Lindgren pt.”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” (inny tytuł „My z Wyspy Saltkrakan”). Tam występuje taka dziewczynka, która ma takie marzenie, że jak będzie stara i gruba, to będzie pisać książki. To był kiedyś również mój plan na życie. I jeszcze chciałam na emeryturze podróżować do obcych krajów. Z tych podróży chyba nic nie wyjdzie z powodu moich licznych chorób. Pozostaje mi więc tylko to pisanie książek. Dla zabicia czasu lepsze to niż robienie skarpet na drutach.
A mówiąc serio, to zawsze jakoś w środku wiedziałam, że będę pisać. Chciałam pisać. Taką miałam wewnętrzną potrzebę. Na razie napisałam książkę o tych duchach na Kresach Wschodnich. Spisanie historii życia mojej matki to był właściwie mój obowiązek jako córki. Zaś co do powieści, to od pewnego czasu chodzi mi po głowie taka historia przygodowo-wojenno-szpiegowska. Ja jej nie wymyśliłam, ona do mnie przyszła sama, kiedy szukałam materiałów na temat wojennych losów moich krewnych. Z tym, że nie jest to opowieść o mojej rodzinie, ale o zupełnie obcych ludziach. Ale nie wiem, czy ją spiszę, bo musiałabym sporo jeszcze nad nią popracować, poszukać materiałów, tu i tam pojechać na wizję lokalną. Na razie mam bohatera, a raczej bohaterkę, która mi się zjawiła sama, jak na seansie spirtystycznym. Będę ją obserwować, może mi coś opowie o sobie? Natomiast o pisaniu na temat „mądrości życiowych” nigdy nie myślałam. Obawiam się, że nie mam chyba żadnych „mądrości” do przekazania czytelnikom. Natomiast chciałabym, żeby dobrze się bawili czytając, to co napiszę. Na razie myślę o trzeciej książce i to jeszcze nie będzie powieść.

Czekam więc na te książki! Czy wciąż się Pani czuje blogerką, czy już pisarką?

AŁ: Szczerze mówiąc, nie czuję się ani blogerką, ani pisarką. Blog to jest tylko dzienniczek moich lektur, takie zapiski, którymi dzielę się ze światem. Tych blogów zresztą było kilka, bo jak mi się znudziły, to je bezlitośnie kasowałam. Ten obecny jest najdłuższy, prowadzę go już około czterech lat. Dodatkową korzyścią z pisania bloga jest bardziej świadome wybieranie lektur, samodyscyplinowanie, codzienne lub prawie codzienne ćwiczenie stylu pisania, no i wirtualne poznawanie ciekawych ludzi, których trudno byłoby mi poznać w inny sposób. Pisarką też się nie czuję. W ogóle, czy po wydaniu jednej książki można uważać się za pisarkę? To chyba byłoby mocno na wyrost! Ja tam skromna jestem! Natomiast ciągle jeszcze czuję się dziennikarką, choć już dawno nie uprawiam tego zawodu w sposób czynny. Jak człowiek zasmakował tego fachu, nauczył się pewnych zachowań i stylu pisania, to już to gdzieś w środku zostaje.

Pani słowa wydają mi się wzorem dla psychoanalityka. Że zawody się tylko pełni w życiu, a my nie jesteśmy tym co robimy, że jesteśmy czymś więcej.... Mi kilka lat zajęło, żeby do tego dojrzeć i przestać się frustrować.... Przepraszam, tak mi się skojarzyło. Ja, odkąd zaczęłam prowadzić bloga, mniej kontroluję swoje lektury... W przeciwieństwie do Pani, bo dla nieznających Pani bloga powiem, że poświęcony jest on tematyce kresowej, ale i powieściom. Czy poza tym co Pani publikuje na blogu czyta Pani więcej, inne książki?

AŁ: Czasem czytam poza konkursem jakieś lekkie czytadła, jak się źle czuję i nie mogę usnąć. To są zwykle jakieś „obyczajówki” z biblioteki, nawet nie pamiętam ich tytułów. Ale to są książki, o których nie myślę po przeczytaniu i nie zawracam sobie głowy notowaniem wrażeń z ich lektury. Zaglądam też do wielu książek potrzebnych mi do pisania, ale zwykle nie czytam ich w całości. W ogóle, mam taką zasadę, że na blogu opisuję tylko te książki, które uczciwie przeczytałam od początku do końca. A bardzo wiele książek porzucam w trakcie lektury. Ostatnio właściwie coraz więcej zaczynam niż kończę.

Pierwszą książkę poświęciła Pani Kresom i duchom. Jak to jest u Pani, wierzy Pani osobiście w takie sprawy?

AŁ: O tym właśnie pisałam we wstępie do książki, gdzie powołałam się na słynne zdanie francuskiej markizy du Deffand, która miała powiedzieć coś takiego: „nie wierzę w duchy, ale się ich bardzo boję”. Nigdy żadnego ducha sama nie widziałam i nie pragnę zobaczyć. Oj, już mam stracha, jak tylko o tym pomyślałam! Natomiast mam szacunek do zjawisk, których nie jestem w stanie pojąć rozumem. Zawsze fascynowały mnie cudze opowieści o duchach, w młodości zaczytywałam się w angielskich powieściach gotyckich, potem na studiach napisałam pracę magisterską o polskiej powieści gotyckiej doby oświecenia i romantyzmu. Później pisałam pracę doktorską o motywach grozy w polskiej prozie w XIX wieku, niestety, nie udało mi się jej obronić z powodu różnych zawirowań życiowych. Jeśli chodzi o duchy, jestem więc raczej teoretykiem niż praktykiem.

Pochodzi Pani z Kujaw. Czy u Was też były takie opowieści o duchach jak na Kresach? Czy to taka cecha tamtego utraconego świata?

AŁ: Jak już mówiłam wcześniej, zawsze byłam łasa na opowieści o duchach. W Bydgoszczy na Okolu, gdzie mieszkałam w dzieciństwie, był stary cmentarz z rozwalającymi się nagrobkami i kaplicami, w których urzędowali pijacy. Jak się szło przez ten cmentarz, to można było na alejce natknąć się na leżące kości, które ci pijacy rozrzucali. Raz z koleżanką znalazłyśmy tam ludzką czaszkę na środku ścieżki. Ktoś widocznie wyjął ją z trumny i tam położył, żeby postraszyć przechodniów.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dzieci z Okola opowiadały sobie o „trupiej rączce”, która jakoby wysuwała się czasem z dziury w jednym grobowcu przy bramie. To miała być damska ręka z pierścionkami i bransoletami ze złota. Ale jak ktoś próbował zabrać te precjoza, to ta trupia rączka zaraz chwytała złodzieja i trzymała mocno, a nawet wciągała go przez dziurę do środka grobowca. Jedna dziewczynka z sąsiedztwa zarzekała się, że widziała to zjawisko na własne oczy! Ja jej za bardzo nie wierzyłam, ale i tak się bałam. Taka miejska legenda krążyła w Bydgoszczy dość długo. Potem tę dziurę w grobowcu zamurowano, ale i tak dzieciaki z okolicy omijały go szerokim łukiem.
No i oczywiście była też słynna czarna Wołga, którą jeździły wampiry, porywały dzieci, wysysały z nich krew, a potem porzucały ciała pod szpitalami. To były czasy Gierka i takie historie krążyły w całej Polsce. Dzieci w to wierzyły i bardzo się bały. Pamiętam, jak raz szłam z kuzynką na wsi szosą, ściemniało się i z daleka zobaczyłyśmy, że jedzie jakiś samochód. A rozmawiałyśmy sobie właśnie o tej czarnej Wołdze. Ze strachu spanikowałyśmy i schowałyśmy się do rowu, żeby ci ludzie z tego samochodu nas nie porwali. Na szczęście, to wcale nie było auto marki Wołga!
Jak byłam mała, to zdarzyło mi się parę razy trafić do szpitala dziecięcego w Bydgoszczy. I tam, za każdym razem znalazła się jakaś dziewczynka, która wieczorem, przy zgaszonym świetle opowiadała innym dzieciom taką historię, od której wszystkim włosy dęba stawały na głowie. To leciało jakoś tak: „Był czarny, czarny las. W tym czarnym, czarnym lesie był czarny, czarny dom. W tym czarnym, czarnym domu był czarny, czarny pokój. W tym czarnym, czarnym pokoju był czarny, czarny stół…” I tak dalej, aż dochodziło się do trumny z czarnym trupem. Te powtórzenia typu „czarny, czarny” niesamowicie podsycały atmosferę grozy i niesamowitości. Takie same historie opowiadały sobie dzieci na koloniach w czasach PRL. To był taki dziecięcy folkor. Z takimi właśnie historiami wyrosłam i one jakoś tam nadal tkwią we mnie. W ogóle, chyba kiedyś ludzie więcej rozmawiali na temat zjawisk paranormalnych niż obecnie. Kiedyś częściej opowiadano sobie różne dziwne historie, sny, układano pasjanse, wróżono sobie z listków czy płatków kwiatów…
Mam wrażenie, że różne takie ludowe gawędy czy nawet „urban legends” coraz bardziej odchodzą w przeszłość. Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają w ogóle, a już takich gawęd o duchach to chyba już nigdzie się nie uprawia. No, chyba, że gdzieś na wsi w domu na odludziu wyłączą prąd, to wtedy od razu ktoś pomyśli o duchach.

Co Pani czyta dla przyjemności, a jakie książki Pani lubi gromadzić?

AŁ: A to zależy, bo to się zmienia. Przechodzę różne fazy czytelnicze. W dzieciństwie to były głównie powieści przygodowe, kowbojskie, historyczne i klasyka literatury polskiej i światowej, bo takie książki były przede wszystkim dostępne w bibliotekach w czasach, kiedy dorostałam. Dość długo czytywałam literaturę grozy, science fiction, horrory i kryminały, ale miałam też fazę literatury iberoamerykańskiej. Teraz się zestarzałam, niedługo dobiję sześćdziesiątki, więc rzadko czytuję powieści, a jeśli już to albo klasykę literatury, albo coś całkiem rozrywkowego, jakieś melodramaty w stylu „wojna i miłość”, przy których mogę się dobrze popłakać nad losem bohaterów. A poza tym, czytam masę pamiętników i wspomnień, zwłaszcza takich z Kresów. Ale to chyba typowe dla osób w moim wieku, że odchodzi się od fikcji na rzecz literatury faktu, prawda?
Staram się nie gromadzić książek, bo mam problem z ich odkurzaniem i utrzymaniem w porządku, ale ich liczba i tak stale rośnie. Walczę z nimi! Stale się ich pozbywam, wynoszę do biblioteki, rozdaję ludziom, ale i tak wciąż mam ich za dużo. Co aktualnie posiadam? Mały zbiór klasyki i wszelkiego typu czytadeł, do których jeszcze kiedyś zamierzam wrócić, trochę pamiętników, trochę książek z historii, mały zbiorek książek z ezoteryki, parę słowników języków obcych. W sumie nie ma tego dużo, jakieś 600-700 sztuk. I to się stale zmienia, bo jedne książki ubywają, inne przybywają. Zawsze jest ruch w interesie. A jeszcze są czasopisma, które powiększają ogólną pulę papierów w domu. Ciągle mam wrażenie, że mam tych książek za dużo. 
 
A jaka jest Pani ulubiona powieść? Jeden tytuł?

AŁ: Tylko jeden? To straszne! Mam wrażenie, że wymieniając jedną powieść, skrzywdzę pozostałe ulubione. Ale dobrze! Jak jeden to powiem tak: „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Całość! Choć najbardziej z „Trylogii” lubię „Ogniem i mieczem”. W ogóle cenię sobie powieść z tzw. epickim oddechem, żeby była długa, gruba i ciekawa. 

Bardzo dziękuję za rozmowę.
  

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Lesley Pearse 'Dead to Me' - wciągająca historia dwóch dziewcząt z Anglią w końcówce lat trzydziestych w tle...

Przyznam się Wam, że coraz mniej czytam książek po angielsku. Lenistwo umysłowe otoczenia udziela się i mi. Kiedyś czytałam po 20 albo więcej anglojęzycznych książek rocznie, potem 10, a teraz już i 5 mi się nie chce. Ale już do tej magicznej piątki staram się dobić. Idę więc na zakupy do zamojskich ciuchlandów i szukam czegoś ciekawego do czytania. Z tym to, wiecie, jest różnie. Bo w tych sklepach jest 'co rzucą'. Raz ciekawe, innym razem mniej. Tę książkę Lesley Pearce pt. 'Dead to me' znalazłam w niepozornym koszu. Poczytałam opis, który mnie zaciekawił:

Lesley Pearse
Lesley Pearce
A compelling new story from international number one bestselling author Lesley Pearse Spring 1935. Two girls meet by chance on Hampstead Heath. To an outsider, they could not appear more different. Verity is well-mannered and smartly dressed, living with her parents in a beautiful house close to the heath. Ruby is dishevelled and grubby, used to a life of squalor where she is forced to steal to survive. Yet there's an instant affinity between them, and when their fortunes are shockingly reversed, it is the strength of their friendship that keeps them resilient to the challenges and hardships they face. As Britain prepares for war, Ruby finds herself in Devon with the world at her feet and enjoying her first taste of romance. Meanwhile, hundreds of miles away, Verity is forced to leave behind everything she has ever known and a shadow from the past threatens her chances of a new beginning. But through it all, the girls are always there for each other. Until the day Verity does the one thing that will break Ruby's heart. In a country torn apart by fighting, will Verity and Ruby survive long enough to find a way back to each other? Or do some betrayals go with you to the grave . . .?
                                źródło opisu: https://www.amazon.com/Dead-Me-Lesley-Pearse/dp/14...(?)

Książka ma spory format, więc musiałam przemyśleć, czy ją przeczytam, zanim miałam taszczyć ją do domu, gdyż zajmowała mi cała torebkę. Zdecydowałam się.
Sama autorka jest książkowo płodna. Według Wikipedii ma na swoim koncie 26 powieści. 'Dead to me' jest jedną z ostatnich, z 2016. Pierwszą opublikowała w roku 1993. Na  polski przetłumaczono już 2 książki, jak wynika z moich wyliczeń na LubimyCzytać.
'Dead to Me' napisana została prostym językiem. Widać to wyraźnie, gdy się czyta książkę po angielsku. Miałam poczucie, że obcuję z ułatwionym tekstem. Wiecie, chodzi o te uproszczone 'readersy'. Ani jednego słówka nie musiałam sprawdzać po angielsku. W porównaniu z anglojęzycznymi wersjami 'Ani z Zielonego Wzgórza' czy 'Zgiełkiem czasu' książka jest jak abecadło przy encyklopedii. Ale w przypadku, gdy się czyta po angielsku latem i gdy nie chce się uruchamiać małych szarych komórek, to taka książka jest świetna. Wszystko zrozumiałam, a akcja była ciekawa.
Jest to historia dwóch koleżanek, które miały różne problemy, spotykały złych ludzi, ale dzięki przyjaźni dawały radę to przetrwać. Pojawia się tam motyw złego ojca, który jest facetem naprawdę parszywym i czytelnik czeka, aż zło wreszcie zostanie ukarane. Biedna, bogata, awans społeczny i społeczna ruina to motywy znane mi z 'Targowiska próżności', jednakże to 'nie ta liga'. Książka nie aspiruje naprawdę i w ogóle to bycia panoramą epoki, choć opisy są.
 Jednakże, pomimo tego braku tego, braku tamtego w książce, te 500 stron powieści zleciało mi naprawdę szybko. Powiem Wam, że cieszyłam się tą lekturą i kompletnie nie byłam przy książce senna.
Miałam też okazję jak na dłoni zobaczyć wszystkie wady i zalety tzw. powieści dla kucharek, jak to kiedyś mówiono. Wady: prosty język, powtarzalność motywów, operowanie schematami, tania emocjonalność, brak szerszego tła. Zalety: książka wciąga, złe charaktery straszą, a dobre cieszą, pewna doza 'życiowości' książki, tego, że postacie z powieści to tacy sami ludzie jak my, tylko że z gorszymi niż nasze problemami.
Myślę, że 25 pozostałych książek pisarki jest podobnych do siebie. Raczej 'ewolucji twórczości' się nie spodziewam. Ale myślę, że książki te wciągają. Po polsku raczej bym czasu nie traciła na nie, ale po angielsku myślę, że czemu nie.
Jeśli ktoś chce książkę ode mnie nabyć, to proszę o napisanie. Zastanowię się.
3 gwiazdki za książkę i 2 za to, że mi się ciekawie czytało.



sobota, 4 sierpnia 2018

Aleksandra Katarzyna Maludy 'Zesłana miłość'

Dostałam tę powieść od autorki wraz z imienną dedykacją, co mnie bardzo cieszy. Jeszcze zimą, bo kojarzę tę książkę z ciężkimi warunkami drogowymi. Ale do Syberii i zesłań pasuje to skojarzenie. 
Głupio więc tak napisać o książce nie w samych superlatywach. Ja jednakże się odważę, bo postanowiłam sobie szczerość.
Bardzo lubię powieści z historią w tle, więc zdawałoby się, że to jest książka idealna dla mnie. Ja jednak nie do końca się w niej odnalazłam. Już wyjaśniam dlaczego. 
Gdybym nie wiedziała od autorki, że powieść ta ukazała się  w 2017 roku, a gdyby książka wpadła mi w ręce ot tak, przypadkiem, to sądziłabym po stylu, że jest to powieść napisana w tym samym czasie co 'Nad Niemnem' Orzeszkowej. Sprawiła to zbyt dobra stylizacja językowa. Zjawisko to samo w sobie jest stosowne i użyteczne w powieści o zesłańcach popowstaniowych, ale zbyt daleko posunięte czyni książkę jakby z dawnej epoki. I tak też jest i tutaj. Przypuszczam, że młode pokolenie poczuje się znudzone takim stylem opowiadania, tą opisowością, tym unikaniem scen, które ciekawią współczesnego czytelnika, czyli miłość, przemoc, konflikty. Tak, wiem, jest tutaj i miłość, i tragedia, ale wszystko jakieś takie poetyckie. Może i trochę czuję się młoda duchem, ale wolałabym już prostacką dosłowność, niż te ciągłe rozmyślania Justyny.
Znakomite opisy życia powstańców, poparte nazwiskami postaci autentycznych to zaleta tej książki, ale tutaj też zaraz kojarzyło mi się to z Newerlym i 'Wzgórzem Błękitnego Snu' oraz 'Leśnym morzem', które to powieści były lepsze artystycznie i nie było w nich tej staroświeckiej frazy. 
Tak więc pomimo rekomendacji czytelników, których gust zazwyczaj podzielam, czyli @Allison i @WojtkaGołębiowskiego, tym razem nie przyłączam się do pochwał tej książki, bo widocznie młoda dusza ze mnie wyłazi (nie wiedziałam, że mam jeszcze coś takiego w sobie.....). Natomiast książka zadowoli starszych czytelników lubiących klasyczne powieści i dużymi wstawkami opisowymi. 
Ja dają 5 gwiazdek, bo jednak zasób słownictwa w książce i podparcie postaciami autentycznymi zasługują na ukłon i pochylenie czoła. Czasem jednak coś powinno zachwycić, a nie zachwyci. I nic człowiek wtedy nie poradzi.
Za książkę dziękuję autorce.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Piotr Bojarski 'Pokuszenie' - gdy pokuszenie przestaje być kuszące, a sól traci smak.....

Tytuł i okładka sugerują kryminał z domieszką horroru. Ta ręka i krew kojarzą mi się z 'Psychozą' i sugerowały, że będę miała dobrą, emocjonującą lekturę. Nie czytałam pierwszej książki Bojarskiego, więc dałam się skusić na 'Pokuszenie', bo okładka i tytuł zasugerowały mi dobrą lekturę.
Książka wynudziła mnie setnie. Ani pokuszenia nie czułam, ani psychozy. Autor kompletnie nie trafił w mój gust, chociaż pisze poprawnie. Już wyjaśniam dlaczego jedynym motywem, dla którego przejrzałam tę książkę do końca, był fakt, że była to książka recenzencka. 
Autor napisał poprawnie ten kryminał, z zachowaniem elementów tego gatunku, czyli co jakiś czas dokładając wskazówki i tropy. I nawet nie mogę się przyczepić do języka i stylu, bo był dobry, ale do generalnej zasady. Tym, co trzyma czytelników przy kryminałach, jest napięcie i oczekiwanie na rozwiązanie, ale i osobiste emocje wobec bohaterów, jakie w czytelniku potrafi zrodzić dobry autor. 
Zdziwiła mnie cała zasada, na jakiej oparto wątek kryminalny. Otóż, dwóch nauczycieli gimnazjalnych około czterdziestki spędza razem lato, gdy w okolicy dochodzi do morderstwa. Policja wszczyna śledztwo, ale jeden z nich znalazł chyba zwłoki i postanawia równolegle rozwiązywać sprawę. Do rozwiązania dochodzi przypadkiem, ale to on rozwiązuje sprawę. W każdym razie spojler wydawnictwa mówi, że 'Bogdan Popiołek, który do spokojnego dotychczas miasteczka przyjeżdża na zaproszenie kolegi, ląduje w samym sercu kryminalnej intrygi'.Nie mam wprawy w takich sprawach, bo na szczęście nic mnie takiego nie spotkało, ale bycie świadkiem zdarzenia nie jest wplątaniem w intrygę. Należy złożyć zeznania i żyć swoim życiem. Już czytając książkę miałam poczucie, że autor nie dość sprawnie wplątał tę zbrodnię w motyw, dla którego Popiołek podjął się tego zadania. Jakby mu ktoś groził, albo coś to tak, a tak jak było to miałam wrażenie, że Popiołek na siłę, żeby książka powstała, kontynuował śledztwo. 
Jest tu i kustosz muzeum, i tajemnica sprzed lat, sięgająca historii, ale mnie to czytelniczo nie wciągnęło. 
W zasadzie nie wiem co mogę o tym napisać.
Książka zbiera entuzjastyczne opinie, ale moja będzie tą łyżką dziegciu. Nie wciągnęło mnie, nie zaciekawiło i tyle. Po tygodniu od lektury jedyną moją emocją jest napisanie tej recenzji, bo kłamać nie chcę, a prawda jest gorzka. 
Daję 3 gwiazdki.To książka nie dla mnie. 
Za możliwość recenzji dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona:

Download images
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Zapraszam też do mojego drugiego bloga - o poezji i obrazach pt. Z poetyckiej półki Łęckiej...

Top Commentators Widget for Blogger Blogspot with Avatars

Ja na Instagramie

Zapraszam na moją stronę na facebooku: