sobota, 29 września 2018

Natalie Baszile 'Królowa cukru" - książka o ucieczce na prowincję w amerykańskim wydaniu...


 RECENZJA PREMIEROWA

Jest to jedna z ciekawszych nowości jesiennych w Wydawnictwie Literackim. Niestety, nie wyrobiłam się z przeczytaniem jej przedpremierowo.... Może i bym się na nią nie rzucała od razu, gdyby nie rekomendacja Oprah Winfrey, która poleca naprawdę ciekawe książki. Muszę Wam powiedzieć, że przeczytałam ją jednym tchem, a raczej dwoma, bo to 500 stron i z konieczności zmuszona byłam rozłożyć lekturę na 2 dni. 
W warstwie fabularnej powieść naprawdę mnie zaciekawiła. Sama fabuła, postacie, ich problemy i to, w jaki sposób radzą sobie z nimi zostało napisane interesująco i dynamicznie. Ujął mnie wątek głównej postaci, Charley, która chcąc nie chcąc, musi zająć się farmą trzciny cukrowej w Luizjanie. To jej zmarły ojciec obarczył ją tym, a ona nie mając wyboru, zajęła się tą farmą. Nie wychowywała się tam, więc nie wie niczego o trzcinie, o maszynach rolniczych, o pracy na roli, o konkurencji. Luizjana to stan na Południu, a Charley, tak jak i jej ojciec są Afroamerykanami. On, zanim został bogatym mieszkańcem Los Angeles, był potomkiem pracowników najemnych na Południu. Innym obciążeniem i stereotypem, z jakim musi się zmierzyć Charley po zamieszkaniu w Luizjanie, jest bycie kobietą, która chce prowadzić farmę i konkurować z mężczyznami. Trzeci problem to bagaż rodzinny. Otóż Charley ma brata, zakałę rodziny, który zazdrości jej farmy. Zabawne będą próby wdania mu zajęcia, a zakończenie tego wątku zaskakuje. Cztery bariery do pokonania, a żadna nie dominuje w powieści. 
Po zakończeniu lektury czułam się usatysfakcjonowana nią. A jednocześnie naszła mnie refleksja, że schemat obyczajówki o wyjeździe na prowincję i rozpoczynaniu życia na nowo (Charley jest młodą wdową z córką) w wersji amerykańskiej nie jest identyczny z naszym rodzimym schematem, poruszanym w wielu książkach. O tych różnicach chciałam opowiedzieć, bo to wydaje mi się ciekawe. Jak wiemy, w polskich obyczajówkach kobieta po przejściach wyjeżdża do pipidówki, tam dziedziczy albo kupuje stary dom. W dużym mieście zostawia dobrą pracę, ale i tu na wsi udaje jej się szybko znaleźć ciekawe zajęcie, a przede wszystkim spotkać miłość życia. Zazwyczaj jak z kapelusza pojawia się francuski malarz szukający muzy albo inny ciekawy człowiek. Ostatecznie wszystko się układa dobrze. Akurat mieszkam na wsi, więc wiem, że takich panów tutaj nie ma, a pasjonujące posady wciąż są tylko dla 'swoich'. Ale powieści tego typu czasami lubię sobie poczytać, jak dobrą bajkę. 
Teraz porównajmy to z 'Królową cukru'. Jest podobnie, a jednak całkiem inaczej. Charley ostatecznie układa się w życiu (mogę to zdradzić nie spojlerując), ale nie dzieje się to na skutek dziwnych zbiegów okoliczności. Główna bohaterka dochodzi do tego ciężką pracą, czym wpisuje się w amerykański mit self-made-man'a i kult pracy w wydaniu amerykańskim. Od razu bierze się do roboty i uczy się prowadzić ciągnik, oporządzać pola, zatrudnia znających się na rzeczy wspólników. Jednym słowem uczy się farmerstwa. Przypomnijmy, że w polskiej wersji nie czytałam książki, że główna bohaterka zostaje plantatorką buraków w Lubelskiem albo hodowcą owiec na Podhalu! U nas zawsze prowadzi jakiś prestiżowy pensjonat, zawsze ma klientów, tudzież jest tłumaczką albo chociażby nauczycielką. 
Poza tym w Polsce nie dałoby się chyba tak odseparować rodziny od interesów. Tutaj babka Charley próbuje zmusić wnuczkę do zatrudnienia brata, ale plany te spalają na panewce. I to też chyba jest istotna różnica, gdyż w wersji amerykańskiej ludzie nie zmieniają się na lepsze w cudowny sposób. Źli pozostają złymi.... Inna różnica, jaka mi się nasuwa, to taka, że w wersji amerykańskiej miłość nie rozwiązuje problemów. W zasadzie książka nie kończy się ślubem. Jest tez jasno powiedziane, a mówi to ciotka, żona pastora, do Charley, że kobieta nie potrzebuje mężczyzny do szczęścia, co nie znaczy, że główna bohaterka jest sama. Nie, ona po prostu nie łączy interesów i miłości. No i jej wybranek nie jest księciem z bajki. To jeden z typowych mieszkańców Luizjany. 
Poza wszystkim powieść wydała mi się w stylu książek Sue Monk Kidd czy Fannie Flagg, ale bez tej uroczej magii typowej dla autorki 'Smażonych zielonych pomidorów'. To książka dynamiczna, pełna zdarzeń i napięć wynikających z problemów dna codziennego matki, córki, farmerki i siostry Charley oraz jej zakręconej rodziny, a wszystko to na tle Luizjany. Czy główna bohaterka ma coś ze Scarlett? Może  i ma tą nadzieję, optymizm i poczucie, że kłopotach 'pomyśli jutro', a póki co zrobi to, co może.
Daję książce wielkie 7 gwiazdek! 
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:







czwartek, 27 września 2018

Paulette Jiles 'Nowiny ze świata' - Dziki Zachód, stary przewoźnik, Indianie i mała dziewczynka...

Książka ta kusiła mnie w zapowiedziach wydawniczych Czarnego jeszcze od wiosny. Taka wydawała się inna niż wszystkie inne ostatnio się ukazujące. Tematyka Dzikiego Zachodu wydaje się być ostatnio omijana w powieściach. Z zapałem i wielką niewiadomą przystąpiłam więc do jej czytania. Urok i kunszt tej powieści nie rzuca się w oczy od razu. To, co zauważamy na pierwszym miejscu to piękny, poetycki język tej książki. Jak na frazę angielską jest tu dużo przymiotników. Uczucia bohaterów też są ujawniane przez język, gesty, to to powiedzieli i to, czego nie powiedzieli.
Fabułę tej powieści stanowi powolne nawiązywanie relacji pomiędzy kapitanem Kiddem a dziewczynką Johanną, Cykadą, której rodzinę wymordowali Indianie, a ją, sześciolatkę wzięli do niewoli. Po 4 latach oddali ją 'białym', gdyż za przetrzymywanie 'białej' Indianom groziły represje. Akcja dzieje się pod koniec XIX wieku na Dzikiem Zachodzie, gdy trwały walki o Texas pomiędzy USA a Meksykiem, gdy nasiedleńcy w tamtych stronach nie czuli się bezpiecznie, a jedyne wieści ze świata przywoził im właśnie Kapitan Kidd dając odczyty z różnych zagranicznych gazet. I to on, siedemdziesięciosześciolatek, weteran wojenny, dziadek i ojciec, wdowiec, dostał zlecenie na bezpieczne dowiezienie dziewczynki do jedynych jej krewnych, imigrantów z Niemiec. W drodze okazuje się, że dziecko kompletnie zapomniało języka angielskiego, nie potrafi wymawiać głosek, myśli i mówi jedynie w języku Indian Kiowa. Ze swoją dzikością, nieznajomością manier, języka i nieposkromionym poczuciem wolności staje się dla Kidda wyzwaniem i kimś, kim się musi zaopiekować.
Pięknie i misternie autorka stopniowo pokazuje proces nawiązywania relacji pomiędzy nimi. Z jednej strony Johanna stopniowo oswaja się ze swoim opiekunem i kilkakrotnie ratuje go z opresji. Dziewczynka nie potrafi komunikować swoich myśli, więc jej odczucia poznajemy z gestów i zachowania. Z drugiej strony Kapitan Kidd stopniowo zaczyna się czuć ojcem tej dziewczynki. Dba o jej bezpieczeństwo i chroni przed niebezpieczeństwami. Stopniowo czują się swoją rodziną. To piękne i niecodzienne w dzisiejszej literaturze. Trochę miałam wrażenie, że czytam książkę w stylu Steinbecka.
Na oddzielną wzmiankę zasługuje Dziki Zachód w książce. Kapitan Kidd podróżuje przez różne tereny, zarówno te bezpieczne, jak i nie. Potrafi żyć po spartańsku, ale jednocześnie czyta gazety z cywilizowanego świata i znakomicie orientuje się we wszystkim. Ta ich wędrówka, moim zdaniem, oddaje przejście od dzikiego życia, w którym wygrywa silniejszy i bardziej potrafiący przeżyć w trudnych warunkach, do życia w cywilizacji. Kidd jest opiekunem i przewodnikiem dziewczynki, ale to od niej uczy się tego, co się naprawdę w życiu liczy, czyli tego, żeby mieć kogoś, o kogo będziemy dbali i kto nas ochroni w trudnej sytuacji. Kidd tak naprawdę czuł się zmęczony tym ciągle wędrownym życiem, samotnością, oddaleniem od rodziny. To, co Johana przyniosła od Indian, to umiejętność rozróżnienia spraw ważnych i nieistotnych, całkiem jak w tej scenie z workiem monet, w których to właśnie ona dostrzegła skuteczne naboje do strzelania.

To książka, którą czyta się powoli, ale która zostaje na długo. Bardzo się przy niej wzruszyłam. To zdecydowanie moje klimaty. Daję jej 10 gwiazdek.
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarne:

środa, 26 września 2018

Krzysztof Kąkolewski 'Co u pana słychać?" - reportaż psychologiczny. Co słychać u byłych nazistów?

Znalazłam tę niedużą książeczkę przypadkiem. Tytuł nie mówi kompletnie nic. Okładka też niewiele mówiąca. Wydanie pochodzi z roku 1975 w wydawnictwie Czytelnik. Oto po lewej ta niewiele mówiąca, po prostu brzydka okładka. A poniżej znalazłam o wiele lepszą okładkę z nowszego wydania:


Okładka z wydania przez Zysk i S-ka z 2010 roku

 Jest to zapis kilku wywiadów autora z byłymi nazistowskimi, niemieckimi ważnymi postaciami z machiny III Rzeszy. Ludzie ci zostali uniewinnieni przez Trybunał w Strasburgu od zarzutu zbrodni wojennych i prowadzą normalne życie, wykonują normalne zawody, często te wyuczone, ale autor chce spojrzeć im w twarz i poznać ich poglądy i zobaczyć, czy żałują, czy nie czują się winni udziału w śmierci tylu milionów ludzi. Kim są Ci ludzie? To antropolog, profesor, który badał czaszki u różnych nacji, to człowiek, który nadzorował tłumienie powstania warszawskiego, to współpracownik Himmlera, to człowiek który widział obozy itd. Chyba tylko jeden widział śmierć na żywo, dla reszty były to statystyki albo martwa ideologia na papierze, ale każda taka cegiełka stworzyła tę upiorną machinę zabijania i upiorną ideologię, w której całe nacje skazywano na zagładę.
Ta krótka książeczka jest ostrzeżeniem przed chorymi ideologiami, przed pomysłami, jakie mogą wymyślić naukowcy albo urzędnicy, przed stworzeniem machiny śmierci. Żaden z nich nie widział całości, każdy był trybikiem, ale w sumie dało to straszny rezultat, skutkujący wysiedleniami, mordowaniem ludzi w komorach gazowych i unicestwianiem całych obszarów. A początkiem tego było przedłożenie jednego narodu ponad drugi, ogłoszenie, że jest naród bardziej wartościowy niż inne. W sumie to straszna książka i wciąż potrzebna.
6 gwiazdek

wtorek, 25 września 2018

Takashi Hirade 'Kot, który spadł z nieba' - książka nie tylko dla kociarzy...

Okładka książki Kot, który spadł z niebaKsiążki z Serii z Żurawiem cenię sobie za ich minimalizm. W czasach, gdy byle obyczajówki są grube, coraz grubsze, gdy rozmiar nie koresponduje z treścią, taki wybór przez WUJ współczesnych książek z całego świata mądrych, ale oszczędnych w słowach fascynuje. 'Kot, który spadł z nieba' to książka cieniutka, to japońska opowieść o małżeństwie trzydziestolatków, którzy stopniowo pokochali kotka, który przychodził do nich z sąsiedztwa. Na wsi, na której mieszkam, brzmi to jak banał, bo na wsi, ale i w mieście nie ma problemów z kotami i psami. Natomiast w Japonii sprawa nie jest oczywista. Japońskie miasta są przeludnione. Dowiadujemy się z powieści, że właściciele mieszkań, które wynajmują nasi bohaterowie, stawiają wymóg lokatorom, żeby nie sprowadzać zwierząt. Nie ma mowy o dzieciach, ale przypuszczam, że koliduje to z pracą. Problem ten zawitał już i do naszej Polski, gdzie wiele małżeństw nie może pozwolić sobie na dziecko, bo na przykład koliduje to z kredytem mieszkaniowym. Nasze małżeństwo z książki chyba jest w takiej sytuacji, bo mamy wspomniane, że jego sytuacja w wydawnictwie nie jest pewna, że mają dosyć dużo pieniędzy, ale za mało na swoje mieszkanie itd. Przywiązując się do kotka ryzykują więc, że zostanie im wymówione lokum.
Czytając tę opowieść, o małżeństwie i o ich sąsiadach, gdy to kotek sprawił, że musieli pójść i porozmawiać z sąsiadami, miałam wrażenie, że zderzam się z azjatyckim sposobem kontaktów ze światem. Dała się zauważyć rezerwa ich i sąsiadów, problemy z pójściem i porozmawianiem o kotku, a także obca nam Słowianom rezerwa w wyrażaniu emocji, tych pozytywnych i negatywnych. Dało się zauważyć, że kot jest kością niezgody, że sąsiedzi woleliby, żeby kotek nie chodził do bohaterów, ale nie mówią o tym. W naszej kulturze wybuchłaby kłótnia. Być może byłoby głośno i poleciałyby w ruch miseczki i inne kocie gadżety, ale tutaj mamy do czynienia z japońską rezerwą. Napięcie daje się zauważyć w półsłówkach. Nawet w relacji małżeńskiej ta ostrożność jest widoczna. Oni oboje się kochają, ale on nie zapyta jej wprost o kotka, ale obserwuje reakcje żony i jej gesty i zachowanie. To bardzo ciekawe, gdyż taka cichość zawsze była mi obca.
Małżeństwo pod wpływem kotka zmienia się. Staje się bardziej czułe na punkcie niepozornych przeżyć i wrażeń. Zaczynają zauważać ogród i piękno przyrody. Kotek wpływa na ich wybory życiowe, na to, gdzie wynajęli mieszkanie. Z oschłych karierowiczów stopniowo stali się wrażliwsi. Przypuszczam, że podobne zmiany wywołuje pojawienie się dziecka, czyli zmianę priorytetów życiowych, wybory mieszkania, sposobu życia itd.
Natomiast nie zauważyłam w książce jakiejś głębszej psychologii. Książka traktuje o tym, jak to we współczesnym mieście, w którym najważniejsze jest 'mieć', wszystko się zmienia pod wpływem 'być'. To ładna historia, ale bardzo subtelna i to właśnie jest jej cały urok.
7 gwiazdek

poniedziałek, 24 września 2018

Robert Małecki 'Skaza' - ciekawy kryminał z polską prowincją w tle...


Z kryminałami jest jak z psami: albo nam przypadną do gustu, albo nie. Czasem pies wydaje się być ładny, bo merda i się łasi, ale coś nam nie pasuje w nim, a czasami znajdzie się kundel bury, ale go lubimy. I tak jest z kryminałami. Ostatni kryminał nie spodobał mi się, nie wciągnęłam się w akcję kompletnie. Nawet męczyłam się, żeby go skończyć. Tym razem książka spodobała mi się bardzo. W zasadzie czytałam ją jednym tchem, pomimo że jest obszerna:, bo liczy ponad 550 stron. Akcja rozgrywa się w Chełmży i Toruniu, a te okolice znam, gdyż mieszka tam mój chrzestny. Taka znajoma lokalizacja od razu czyni książkę bliższą sercu.
Intryga toczy się dwutorowo. Jedna część opowiada śledztwo współcześnie, a druga – opisuje zdarzenia z domu chełmińskiego nowobogackiego sprzed 10 lat, właściciela hurtowni materiałów budowlanych, który właśnie w tym czasie zaginął wraz żoną bez wieści, zostawiając dorastającego syna. Zdarzenia te na pozór nie wiążą się ze śledztwem, ale autor po kawałku odkrywa je wszystkie. Napięcie fabularne rośnie pod wpływem gęstniejących uczuć rozmaitego rodzaju w tym na pozór zamożnym domu. Zdradzę, że kończy się to tragedią. Ojciec i hurtownik – oś fabularna intrygi – to ćwok w białych skarpetkach, cham i prostak, który uczy syna, żeby 'zaliczał panienki' i się 'wyszumiał', zdradza żonę i w ogóle jest antypatyczny. Patrząc na nią rozmyśla o tym, że się postarzała i zbrzydła. A przecież to matka jego syna i w ogóle kobieta, która go kocha i z którą stworzył rodzinę. Dlatego czytelnik czuje coraz większą awersję do tego pana. Jego relacje z synem tez są kiepskie. Chamskie odzywki ojca wprawiają wrażliwego syna w zakłopotanie.
Do tego piekiełka wchodzi koleżanka żony, która też dokłada swoją cegiełkę do zdarzeń. To, jak te zdarzenia sprzed 10 lat wpłyną na współczesność, okazuje się dopiero pod koniec książki, choć domyślałam się już pod koniec....
Natomiast w warstwie współczesnej mamy dwóch topielców: starego bezdomnego i młodego chłopaka. Komisarz Bernard Gross, przeniesiony do Chełmży z Torunia wszczyna śledztwo i dąży do znalezienia prawdy, choć ta jest niewidoczna i naprawdę trzeba być wnikliwym, żeby ją odnaleźć. Bardzo ciekawe są wątki obyczajowe z życia żołnierzy. Sam Gross to człowiek doświadczony przez życie, z bagażem przeżyć. Jest uczciwym policjantem, ale w jego życiu zdarzyła się tragedia, która złamała go na zawsze. Otóż dawno temu ktoś napadł na jedo dom, w wyniku czego żona znalazła się w śpiączce, on ma lukę w pamięci i nie wie czy to nie on zastrzelił niewinną kobietę, a syn wychowywał się w cieniu tych tragedii, mając z jednej strony załamanego ojca, a z drugiej matkę w stanie wegetatywnym. Ta tragedia wciąż jest niewyjaśniona, jak i niewyjaśnione są problemy rodzinne Grossa. Myślę, że to będzie się rozwijać w następnych częściach cyklu. Innym ciekawym wątkiem była sprawa policjanta Ortemby i policjantki Skałki. Epizod ten znalazł swój finał w książce, ale był bardzo ciekawy i stanowił intrygujący przerywnik fabularny w śledztwie.
Podsumowując, książka odkrywcza fabularnie nie jest, ale jest bardzo ciekawie napisana, wciąga bez reszty i w ogóle ciekawi.
7 gwiazdek
Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona:
 

sobota, 22 września 2018

Borys Pasternak 'Doktor Żywago' - o miłości, rewolucji i niszczeniu inteligencji

Znalezione obrazy dla zapytania Doktor Żywago PasternakOkładka książki Doktor ŻywagoZnalezione obrazy dla zapytania Doktor Żywago Pasternak 
Znalezione obrazy dla zapytania Doktor Żywago PasternakWitajcie,
Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przytoczyć kilka okładek tej wspaniałej książki. Gdy szukałam  ich w Wujku Guglu, to natknęłam się na dwie rosyjskie okładki, które mnie zauroczyły. Widać jak na dłoni, jakie są starannie narysowane, niebanalne i po prostu piękne!
Znalezione obrazy dla zapytania Doktor Żywago PasternakWczoraj zadałam pytanie o Żywagę i przytoczyłam kilka kadrów z filmu z Omarem Sharifem. Dziś, po dwóch dniach już ochłonęłam po wysłuchaniu tej niezwykłej książki i mogę coś niecoś napisać o swoim patrzeniu na tę książkę. Zwlekałam z jej poznaniem do dojrzałości emocjonalnej, nie spieszyłam się, żeby czytać to za młodu, i słusznie. Zdecydowałam się na audiobook. Pięknie czytał do Ksawery Jasieński, który przeszedł samego siebie. Wspaniała lektura i uczta duchowa dla uszu. Polecam. 
Książka słusznie została uhonorowana Nagrodą Nobla, ale jej historia, to zmuszenie Pasternaka do rezygnacji z jej odebrania to jakby dopełnienie myśli powieści..... Słowo ciałem się stało.... Pasternak napisał powieść o tym, że rewolucja bolszewicka zniszczyła inteligencję i indywidualizm w Rosji, że zniszczyła szlachetność, że wyrugowała ją chamstwem, przemocą, spalonymi wioskami i zwycięstwem gadzin pokroju Komarowskiego. Zakończenie powieści to wiersze Żywagi, które ukazują w pełni jego wrażliwość na świat i przeczucie klęski. 
Wspaniałe są fragmenty w powieści, które pokazują chwile głębokich uczuć postaci. Uczucia nie zostały opowiedziane, jak byłoby najprościej, ale pokazane w monologu, w urywkach zdań, w słowach wypływających z duszy. To wybitna epika! Szczególnie pamiętne są monologi Jurija Żywagi w przełomowych momentach jego życia, ale i inne postacie wypowiadają się w ten sposób. Jest przecież list Toni do męża z 'ostatnim pożegnaniem' oraz monolog Lary nad ciałem Jurija. I to kończąca dzieło chłopska opowieść domniemanej córki Lary i Jurija! Nic dodać, nic ująć. Słusznie i dobitnie podsumowali to słuchacze, bohaterowie książki.
Początek powieści jest taką mozaiką. Jakieś pojedyncze epizody, które dopiero z oddalenia epickiego układają się we wzór.  Dopiero z oddalenia epickiego widzimy to całe bogactwo życia klasy społecznej, w jakiej żył Żywago i Larysa, klasy, którą potem zniszczyła rewolucja. Te epizody są znaczące, są potrzebne i to one tworzą epicki obraz Rosji. Wśród tego pojedyncze, jednostkowe przeżycia Jurija, tego indywidualisty i Lary, są jakby czymś wbrew nowym czasom, jakimś 'nowotworem na organizmie rewolucji bolszewickiej', ale zarazem nieuniknionym fatum. Dopiero w poezji Żywagi z końca książki możemy wywnioskować, że Jurij czuł klęskę, czuł, że to wszystko na nic. 
Ktoś wspaniale na LubimyCzytać napisał, że 'Doktor Żywago' nie jest książką o miłości i nie jest książką o rewolucji. Według mnie jest to książka o Heglu i jego historiozofii dziejów (a może nie Heglu?). Chodzi mi o to, że Pasternak pokazał nieuniknioność młynów historii, pokazał, że historia dzieje się, gdy pojedynczy ludzie, pojedyncze 'życia' tego nie dostrzegają. Jak w powieści, Te epizody z pierwszej części książki układają się w epizody z normalnego życia: pogrzeby i przyjęcia, goście i studia, zarabianie na życie, szukanie drogi życiowej, przyjaźnie i miłości, dobro i zło, a w tym czasie wielka historia już szykuje żarna......
Trochę mnie ta książka przestraszyła. Bo i teraz cały świat żyje jak na minie. Trochę jak w czasach Pasternaka. Nie wiadomo co się kroi, czy my nie jesteśmy jak w tej powieści. Żyjemy sobie naszym małym życiem, nieświadomi młynów historii..... Żywago to ofiara historii i Lara to ofiara historii. Tonia to ofiara historii, i jej dzieci też. 
Wielką powieść Pasternaka można odczytywać na wiele sposobów. Mogłabym napisać elaborat na temat Pasternak a Tołstoj, bo porównania Lary i Kareniny nasuwają się same.... I wiele wiele innych. O, choćby Pasternak a Dostojewski. Przecież w 'Doktorze Żywago', tak jak i u Dostojewskiego, bohaterowie gadają i gadają, toczą te swoje rozmowy bez końca, a nagle , trach! Zdarzenie jak z tragedii. 
Ochłonęłam już po powieści na tyle, żeby brać się za inne książki (bo stos mi się piętrzy), ale nie do końca. Mam poczucie, zę przeczytałam jedną z ważniejszych książek w życiu. Arcydzieło. 
10 gwiazdek

piątek, 21 września 2018

Jak oceniacie Żywagę? Kilka kadrów z filmu i pytanie o moralność

 




Witajcie,
Jestem świeżo po wysłuchaniu genialnej książki Borysa Pasternaka 'Doktor Żywago'. Jest niesamowita, o wiele bardziej wieloaspektowa niż film, ten jedyny właściwy, z Omarem Sharifem. Recenzję postaram się  napisać jutro, bo muszę się ocknąć i pozbierać myśli. Dziś chciałam razem z Wami pocieszyć oczy kilkoma kadrami z filmu, posłuchać wspaniałej muzyki z tego filmu i zapytać Was o zdanie na temat Żywagi. 
Zacznę od muzyki, bo ona wprowadzi nas w klimat:
Następnie przejdę do kadrów z filmu:



W książce Żywago nie jest przystojny, a Lara - zdaje się - jest brunetką, ale nie o to chodzi. Nawet jeśli nie czytaliście książki to oglądaliście film. Mam do Was pytanie o Żywagę. Jak oceniacie miłość Jego i Lary? Przecież mimo wszystko on zdradził swoją żonę. Czy człowiek w warunkach rewolucji ma prawo moralne do zostawienia żony, dzieci i ulegania namiętności? Czy w tym przypadku ma w ogóle miejsce coś takiego jak problem etyczny?
Co o tym sądzicie?
Pozdrawiam i do jutra, 
Iza

wtorek, 18 września 2018

Anna Brzezińska 'Woda na sicie. Apokryf czarownicy'

 RECENZJA PREMIEROWA

Po zeszłorocznej premierze książki 'Córki Wawelu', rozgrywającej się na Wawelu, wśród Jagiellonówien, byłam pisarstwem autorki zachwycona. Bardzo więc zacierałam ręce na 'Wodę na sicie', gdyż spodziewałam się 'szerszego' wglądu w tematykę sądów czarownic i w ogóle połączenia powieści z historią. Za chwilę napiszę Wam o swoich wrażeniach z lektury.

Żródło: materiały WL
Powieść ukazała się 5 września 2018 roku w Wydawnictwie Literackim i póki co zbiera same dobre opinie wśród czytelników.

Źródło: materiały WL
Jako powieść do czytania 'Woda na sicie' mnie zachwyciła. Bohaterka przykuwa uwagę, bo jest niebanalna, przeżywa i wyraża całe spektrum emocji wobec całego świata, jej życie to pasmo cierpień, a ona mimo wszystko trwa i potrafi przetrwać. Dodatkowo, język, jakim wypowiada się narratorka, La Vecchia jest barwny i soczysty, stylizowany na dawny, a przy tym pełen przekleństw i wulgaryzmów, tak jak mogłaby się wypowiadać zła na cały świat i skrzywdzona przez otoczenie uboga prostytutka z nieprawego łoża. Kobieta, która musi sama przetrwać w nieprzyjemnym dla niej świecie, w którym zamożny ma wszystko, a biedny i bez rodziny nie ma nic, nawet dobrego imienia. Smutne jest to wszystko, ten świat przedstawiony w książce.
Jako próba powieści historycznej jestem rozczarowana książką. Gdy czytałam te nieliczne recenzje krytyczne odnośnie 'Córek Wawelu', zarzucające powieści subiektywizm i brak szerszego spojrzenia na epokę, byłam zdziwiona, bo tamta powieść mi naprawdę odpowiadała. Ta, 'Woda na sicie' nie, a moje uwagi są podobne to tych krytycznych, jakie tu cytuję. 
Pierwszy zarzut jest taki, że cała rama kompozycyjna związana z uwięzieniem La Vecchi wydaje mi się jedynie oryginalną otoczką, mającą na celu sprawienie, że książka jest bardziej oryginalna niż inne powieści o biednych wieśniaczkach ze średniowiecza. Mało jest w tym wiarygodności i kompletnie brakuje napięcia związanego z zarzutami jej postawionymi. Mówiąc potocznie, te protokoły przesłuchań są trochę sztuczne. Ale w powieści popularnej 'ujdą'. Nie przeszkadzają, w każdym razie. 
Inny zarzut wobec historyczności książki to kompletne nieosadzenie jej w polowaniu na czarownice w tamtych czasach. Przecież inkwizycja w różnych wiekach nie działała tak samo. 
Książka więc historyczną nie jest, ale jest bardzo dobra wśród powieści popularnych, toczących się na tle średniowieczna (o, nawet tego, w którym wieku toczy się powieść, nie jestem pewna), a więc może renesansu? Ale chyba średniowiecza..... Tytułowa czarownica opowiada przesłuchującej ją inkwizycji swoje życie, w którym nie zabrakło żadnego z ludzkich nieszczęść. To smutna książka, w której poza przeżyciami La Vecchi zachwyca niebanalny język, dodający książce uroku. Jeśli pozostaniemy przy tej warstwie fabularnej to będziemy czytelniczo zadowoleni. Czyli przekładając książki Anny Brzezińskiej z półki historycznej na półkę z dobrymi fabułami z historią w tle, spokojnie mogę dać jej 6 gwiazdek. 
Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

poniedziałek, 17 września 2018

Wywiad z Arturem Wasążnikiem, autorem powieści przygodowo-historycznej "Przemienienie. Zakładnik Obietnicy", której pierwszy tom właśnie ukazał się w sprzedaży.

Dzień dobry,
Dziś zapraszam Was do przeczytania wywiadu z autorem książki 'Przemienienie', której zostałam patronem medialnym. Miałam kilka pytań o źródła i historyczność, a autor sam 'zgłosił się do odpowiedzi'... Za co mu dziękuję. Rozmowa była tak miła, że trochę się rozciągnęła... Wywiad przeprowadziłam drogą mailową. Mam nadzieję, że przeczytacie zaciekawieni....

  • LZ: Bardzo Panu dziękuję za chęć wyjaśnienia niepewności źródłowych. Podjął się Pan chyba rzadko poruszanego tematu w historii, a mianowicie Słowian połabskich. Czy Pana książka oparta jest na źródłach historycznych? A ile jest tutaj fikcji literackiej?
AW: Całe tło historyczne zdecydowanie bazuje na źródłach i opracowaniach historycznych. A nawet więcej: dokładam do tego moją wiedzę socjologiczną, etnologiczną, etymologiczną i religioznawczą, żeby pokazać czytelnikowi świat dawnych Słowian na wielu płaszczyznach. I nie chodzi nawet o jakieś walory edukacyjne – w końcu to ma być powieść przygodowo-historyczna, a nie podręcznik – ale raczej o unaocznienie całej sieci powiązań i czynników powodujących, że coś stać się mogło, albo nie mogło. Staram się to właśnie pokazać w 'Przemienieniu': bohaterowie nie mogą tak po prostu stosować zasady „silniejszy wygrywa”… bo tak! Każdego z nich wiążą pewne ograniczenia natury społecznej, politycznej, religijnej, obyczajowej itd. Jeżeli do tego dodamy, że z jednej strony mieliśmy świat chrześcijański, z jego ówczesnymi doktrynami i filozofiami, a z drugiej całą mozaikę plemion połabskich, z których niemal każde różniło się od pozostałych (mniej lub bardziej) w kwestiach religijnych, ustrojowych, militarnych itd. to robi się z tego wszystkiego niezły galimatias. Ale właśnie w takim galimatiasie mieszkańcy Połabia musieli żyć i sobie jakoś radzić.
Co do zawartości elementów fikcyjnych w Przemienieniu – owszem, skoro jest to powieść, to nie może obejść się bez zmyślonych postaci, albo sytuacji, choć staram się, żeby były one mimo wszystko prawdopodobne. Dotyczy to na przykład obrzędów pogańskich, bo prawdę mówiąc nie wiemy, jak one w tamtych czasach wyglądały. Mamy tylko śladowe informacje źródłowe na ten temat. Ale jedno jest pewne: żadna religia nie rozwinęła by się bez charyzmatyków. To oni właśnie nadawali ton wszystkim kultom w dziejach. Dlatego nawet nie próbuję zanudzać czytelnika i tak wątpliwymi przypuszczeniami nt. przebiegu ceremonii ku czci pogańskich bogów, tylko buduję takie sytuacje niejako „od zera”. Forma w tym przypadku nie ma większego znaczenia – ważny jest ładunek emocjonalny, który (mam nadzieję) dociera do odbiorcy i właśnie poprzez emocje pozwala mu zrozumieć co działo się w głowach tych ludzi w takich chwilach i dlaczego skutkowało to później określonymi decyzjami.

Autor przemierza wzdłuż i wszerz

  • LZ: Chciałam się zapytać o źródła i opracowania, na których Pan się opierał.
AW: Mówiąc konkretnie, to wśród źródeł historycznych, z których korzystałem w większym lub mniejszym zakresie są następujące: kroniki Thietmara, Helmolda, Kosmasa, Adama Bremeńskiego, Saxo Gramatyka, Żywot Ottona z Bambergu, Nestora (Powieść Minionych Lat), Wielkopolska, Kadłubka, Długosza, poemat Widsith, kilka sag Germańskich takich jak choćby saga Dietryka czy Hervarar.
Również źródła arabskie i żydowskie, jak choćby zapiski pochodzące od: Ibrahima ibn Jakuba, Abu Zayd al-Balkhi, Al-Masudi.
Opracowania historyków, takich jak: Jerzy Strzelczyk (Odkrywanie Europy, Zapomniane Narody Europy, Otton I Wielki), Jan M. Piskorski (Pomorze plemienne), praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Kokowskiego (Cień Światowita), Karol Modzelewski (Barbarzyńska Europa), Piotr Łukasz Grotowski (Święci Wojownicy), książka pod redakcją Zofii Kurnatowskiej (Tropami Świętego Wojciecha), Łucja Okulicz Kozaryn (Dzieje Prusów), ks. Piotr Skarga (Żywoty świętych polskich), Andrzej Michałek (Słowianie Zachodni, Słowianie Zachodni początki państwowości, Słowianie Wschodni) Leszek Moczulski (Tajemnice wczesnych Słowian), Witold Chrzanowski (Słowianie i Wikingowie), Robert F. Barkowski (Tajemnice początków państwa polskiego 966, Słowianie Połabscy dzieje zagłady), Przemysław Urbańczyk (Zanim Polska została Polską), Gerard Labuda…
Do tego trzeba dodać pewnie kilkanaście artykułów z prasy i portali, książki nt mitologii Germanów, Słowian, czy ogólnie ludów starej Europy, Kabałę Żydowską z jej kluczowymi pozycjami (swego czasu miałem okazję uczenia się trochę hebrajskiego), korzystanie z wiedzy w temacie etymologii lub odkryć archeologicznych… z pewnością tą listę należałoby jeszcze wydłużyć – to jest właśnie zasób wiedzy, z jakiej korzystałem do tomu I. Kolejne tomy zahaczają o inne wydarzenia i miejsca, więc zakres tych książek będzie się tylko powiększał w ich przypadku.
Co również istotne, na ile to było tylko możliwe starałem się też odwiedzać te tereny, które opisuję, żeby bliżej poznać ich ukształtowanie i specyfikę (czy są bagniste, czy pełne jezior, czy są inne czynniki wpływające np. na gospodarkę plemion zamieszkujących okolicę). Z wielkim żalem, ale niestety trzeba to wytknąć, że wielu uznanych historyków bardzo często tego nie robi, co owocuje potem iście kuriozalnymi wnioskami. Chcąc rzetelnie podejść do tematu trzeba jak najczęściej mówić SPRAWDZAM - i nie bać się, że sprawdza się pracę  utytułowanego autorytetu, bo i tacy popełniają niejeden błąd.
  • LZ: Pan postawił bardzo ciekawą tezę, chyba rzadko stawianą? Ja się aż dziwiłam, że nikomu z recenzujących blogerów do głowy nie przyszły te pytania i wątpliwości. Tak jakby wszyscy zajmowali się Słowianami połabskimi! A przecież to temat tabu. Żywioł niemiecki, żywioł słowiański. Arcyciekawe kwestie. A wszyscy zwracali uwagę na ciekawość wątków. To też ważne, ale Pan przecież próbuje napisać coś więcej niż kolejną retro powieść.
AW: Nie nazwałbym tego tematem tabu, w końcu nikt nie zabrania tym się zajmować, ani nikt nie potępia takich, co się tym interesują. Powiedziałbym raczej, że deficyt pasjonatów średniowiecznego Połabia jest smutną konsekwencją jego upadku nie tylko w wymiarze politycznym, ale też kulturowym. Nikt nie upomni się o ludy, które utraciły świadomość własnej tożsamości i historii. Koszula bliższa ciału – każdy człowiek woli się skupić na własnych korzeniach, a do korzeni Słowian połabskich chyba nikt się już nie przyznaje (poza Serbami Łużyckimi, którzy sami mogą nie przetrwać jako grupa etniczna w następnym pokoleniu).
Co do przedkładania wątków przygodowych i charakterologicznych ponad toczącą się w tle historię – mnie to akurat cieszy. W końcu to ma być powieść. Bez przygód, tajemnic, bitew, uczuć, zabawnych sytuacji… no i wyrazistych postaci pewnie mało kto by po to sięgnął. Przyznam szczerze, że miałem obawy, czy nie przesadzę z ilością informacji, które chciałbym w Przemienieniu zamieścić i czy z tego nie zrobi się nudna, pełna mędrkowania tyrada. Ale skoro tak wielu ludzi dostrzega tu w pierwszej kolejności warstwę przygodową, to znakomicie!
Oczywiście jeszcze bardziej się cieszę, jeżeli ktoś dostrzeże w tym wszystkim również tło historyczne i kulturowe z ich zawiłościami. Zresztą tu nawet nie chodzi o moją uciechę. Myślę, że to czytelnik ma wtedy znacznie większą frajdę w smakowaniu tych wszystkich niuansów wpływających na rezultat. To trochę jak w dobrej potrawie: im więcej dobrze dobranych przypraw, tym bogatszy jej smak.

Autor na klifie Rugii
  • LZ: Co pan sądzi o Turbolechitów (Turbolechii)?
AW: Sądzę, że to bardzo dziwna sytuacja. Rozumiem ich trochę, ich potrzebę posiadania dumy z tego, kim się jest i kim byli moi przodkowie. Ale nie rozumiem po co w tym wszystkim uciekać się do dziwacznych wniosków, że właściwie Słowianie byli zawsze i wszędzie i zawsze byli najlepsi. To jest kolosalne nadużycie! Po co się do niego uciekać, skoro dzieje Słowian obfitują w mnóstwo innych powodów do dumy? Stawialiśmy czoło (i to nie raz skutecznie) największym potęgom ówczesnego świata, potrafiliśmy dostosować się do bardzo trudnych warunków, żyć, gospodarzyć, zaraziliśmy naszą kulturą ponad połowę Europy, a nawet trafiając do niewoli potrafiliśmy obalać niewygodnych nam władców… O tym po części jest cykl PRZEMIENIENIE, o takich niedocenianych niuansach z historii Słowian, z których śmiało możemy budować nasze poczucie dumy z tego kim jesteśmy.
Ale jest też druga strona medalu, przegięcie w drugim kierunku. Bo jeśli za każdym razem na próby innego spojrzenia na Słowian, ich spuściznę i wkład w dzieje Europy podnosi się wrzask „turbosłowianie! Turbolechici!”, to również to nie służy swobodnej dyskusji, argumentacji i stawianiu hipotez. Znakomitym przykładem jest Długosz. Z powodu tzw. „Olimpu Długosza” odsądzano go od czci i wiary, niemal każde jego słowa były odbierane z ironią. Wiele razy spotkałem się z opiniami, że Długosz coś tam powiedział, ale wiadomo, Długosz to ten od Olimpu, więc wszystko to musi być bzdurą. Tymczasem krok po kroku i rok po roku wiedza zawarta w kronikach Długosza okazuje się być namacalną prawdą. Dowodem niech będzie choćby odkrycie przez archeologów bazyliki-katedry w podchełmińskim Kałdusie. Długosz wspominał o katedrze w Chełmnie, ale przed długi czas grono sympatyków historii wyśmiewało go. Na szczęście tak się dzieje coraz rzadziej.
  • LZ: Jedna z moich czytelniczek, pani Orzeszkowa vel Alicja Łukawska, skomentowała mój wpis o Pana książce. Chciałam to zacytować i poprosić o komentarz: 'Kiedyś mówiono, że ich wybito, tak samo jak Prusów (nie mylić z Prusakami!). Ale teraz spotyka się hipotezy, że nikt ich nie wybijał tak do końca, sami się wzięli i zgermanizowali, zarówno Słowianie połabscy, jak i Prusowie. Wg tej teorii Niemcy z NRD mieliby słowiańskie DNA - jako ich potomkowie. Ciekawe, co by wyszło, jakby im zbadać haplogrupę? Może R1 A1? To by dopiero było!'
AW:  Pani Orzeszkowa ma dużo racji. Ja w swojej powieści również nie piszę, że Słowianie Połabscy zostali kompletnie unicestwieni w sensie fizycznym. Pada co prawda sformułowanie o „zupełnym wyniszczeniu tubylców”, ale nie chodzi tu o fizyczną, tylko polityczną i kulturową oraz tożsamościową stronę. Zresztą po części jest to zabieg literacki, nawiązujący do sposobu komentowania różnych tragedii przez ówczesnych kronikarzy, np. niektóre klęski ponoszone przez Burgundów w walce z Gepidami, albo przez Wizygotów w bojach z Rzymianami kwitowane były w kronikach stwierdzeniami o wytępieniu, wybiciu tego narodu (plemienia)… a kilka stron później okazywało się, że Burgundowie czy Wizygoci jeszcze nie wymarli, a nawet podejmują jakieś działania zaczepne.
Już od czasów starożytnych regułą było wyrzynanie przede wszystkim elit plemiennych, tudzież przeciąganie ich na swoją stronę (w przypadku Połabia była to germanizacja, czasem przekupstwo, albo inne sposoby). Same masy słowiańskie nadawały się świetnie do sprzedaży w niewolę, na czym zarabiało się ogromne pieniądze – to też element wyniszczania społeczeństw. Kolejnymi etapami były kroki zmierzające już nie do fizycznego usunięcia, ale do pauperyzacji Słowian i uczynienia z nich najniższej, najbiedniejszej, najsłabiej wykształconej warstwy społecznej. To dotyczy choćby procesów kolonizacji i nadawania kolonistom niemieckim różnych praw, które z czasem doprowadzały do upadku ośrodki gospodarcze Słowian… i jeszcze trochę by się tego znalazło, ale nie chcę uprzedzać wydarzeń, które pojawią się w kolejnych tomach.
Słowianie Połabscy, nazywani przez Niemców Wenedami, przetrwali w sensie genetycznym. Ale w wymiarze pozwalającym na samoświadomość, samostanowienie i tożsamość – zostali całkowicie złamani, pobici, przetrzebieni, a następnie wchłonięci. Przez długie lata określenie „Wened” było dla Niemców synonimem biedaka, nieudacznika, głupka. Połabianie zostali sprowadzeni „do parteru”, do stanu na wpół niewolnego, wyzuci z najlepszych ziem, używani do najgorszych prac za najgorsze prace. No, ale w końcu zwykle o to chodzi w podbojach: żeby zwycięzcy dobrze żyli na koszt przegranych. 

Autor na Rugii
  • LZ: Czy napisanie powieści historycznej było Pana marzeniem?
AW: Tak, jak najbardziej. Nie ukrywam, że historia średniowiecznej albo starożytnej Europy potrafi niekiedy wyłączyć mnie z otoczenia na kilka godzin w ciągu wieczoru. Ale to nie jest jedyny kierunek, w jakim chciałbym podążać. Mam w zanadrzu dość dobrze już opracowane tematy innych, przyszłych powieści. Jest wśród nich fantastyka, są opowiadania dziejące się współcześnie, jakieś dramaty i jakieś całkiem odjechane opowiadania pełne nieco absurdalnego humoru. W niektórych przypadkach powstały już pierwsze rozdziały – tak na próbę, żeby się upewnić, że coś z tego może być.
  • LZ: Czy zaplanował Pan już cały cykl? To 16 książek przecież!
AW: Oczywiście! Bez tego główna teza i tytuł PRZEMIENIENIE nie miałyby większego sensu. Powiem więcej: w pozostałych tomach większa też będzie ich objętość. Jestem obecnie bliski ukończenia tomu drugiego i już widzę, że będzie miał pewnie między 350 a 400 stron. To zresztą jeden z powodów dla których zbieranie i analizowanie materiałów trwało tak długo.

Autor z Arkoną w tle
  • LZ: Co Pan sądzi na temat pisania książek w miesiąc?
AW: Jeśli ktoś ma czas, to jest to oczywiście wykonalne. Ale często wychodzi z tego czcza paplanina. Jest taki polski autor, bardzo znany i lubiany, który chwalił się kiedyś, że napisał jeden z opasłych tomów swojej serii w dwa tygodnie. Przeczytałem go z zainteresowaniem, bo autor ma ciekawy, lekki styl. Ale po skończeniu w nie zostało mi w głowie nic po tej książce. Bo oprócz wypracowanego wcześniej dla tej serii stylu autor nie zaoferował mi nic więcej. Książka może nie nudziła, ale z pewnością nie opowiedziała mi o niczym szczególnym – nie wzbogaciła mojej wiedzy, nie skłoniła do przemyśleń i nie wzbudziła większych emocji. Nawet zakończenie było płaskie: ani zaskakujące, ani pełne napięcia. Ot, czytało się gładko – i to wszystko. Ja nie twierdzę, że w miesiąc, albo w dwa tygodnie nie da się napisać czegoś dobrego, a nawet genialnego, tylko jeśli to ma się sprowadzać do bicia jakichś rekordów, to zwyczajnie szkoda czasu i papieru.
Nawiasem mówiąc – ta książka napisana w dwa tygodnie, o której mówiłem, była ostatnią książką tego autora, po którą sięgnąłem. Jakoś się zniechęciłem.
  • LZ: Jak długo Panu zajęło pisanie tej książki i czy z góry ułożył Pan akcję, czy zamierza Pan iść za bohaterami?
AW: Jeśli chodzi o tom pierwszy, to ukończyłem go w cztery miesiące – głównie popołudniami, albo w dni wolne od pracy zawodowej. Przy czym (jak mówiłem) przygotowania do całej powieści trwały latami, a nie chciałem zaczynać pierwszego tomu nie wiedząc, jak zakończy się ostatni. Każdy z bohaterów ma z góry narzuconą rolę do odegrania, ale muszę przyznać, że trudno ich do tego zmusić. Mam tu na myśli, że kiedy piszę rozdział z danym bohaterem, to staram się wczuć w jego charakter, sposób myślenia, doświadczenia, interesy, aby jego sposób mówienia, myślenia i działania przedstawiony w książce był ciekawy dla czytelnika, ale też wiarygodny. Wtedy nagle okazuje się, że Jakub, Wilhelm, Gniewomysł czy ktokolwiek inny wcale nie mógłby powiedzieć tego, co mu przygotowałem, albo zachować się w przygotowany dla niego sposób. Po prostu nie pasuje to do danej postaci. Wtedy daję się ponieść moim bohaterom i w ten sposób powstają spontaniczne, wcześniej nie planowane wątki, albo całe rozdziały.
  • LZ: Przyznam szczerze, że mnie ciekawi wątek kobiecy. Czy będzie rozwinięcie w dalszych tomach i jakieś ciekawe epizody sercowe? A może ktoś z bohaterów się zakocha?
AW: Będzie i to z każdym tomem coraz więcej. Teraz akcja dzieje się wokół poczucia krzywdy, jaką chowają w sobie Połabianie i jednego z ostatnich wielkich zrywów niemal całej krainy przeciwko królestwu. Dlatego wątki męskie wychodzą zdecydowanie na prowadzenie. Ale z czasem poszczególne kobiety będą coraz bardziej wychodziły z cienia, a wraz z nimi pojawią się wątki miłosne. Niech tylko mężczyźni otrzepią się z bitewnego kurzu, którego w tomie drugim kłębią się całe tumany, a znowu zaczną dostrzegać płeć piękną wokół siebie.
  • LZ: Ulubiona epoka?
AW: Zdecydowanie IX/X/XI wiek na Połabiu, oraz Europa w dobie Wędrówki Ludów. Czyli z jednej strony Słowianie Zachodni, a z drugiej – zderzenie świata antycznego z Germanami.
  • LZ: Czy Pan czytał 'Drapieżny ród Piastów', bo ja tak. Z ocenami autora nie wszyscy się zgadzają, bo są one kontrowersyjne, choć ciekawe: na przykład wychwalał  Mieszka II, a ganił Kazimierza Wielkiego. Wspominał zaginionego króla po Mieszku II itd. Co Pan o tym sądzi?
AW: Niestety nie czytałem i nie potrafię się wypowiedzieć na ten temat. Nie wiem jaką wizję przyjął autor. Co do zaginionego króla – chodzi zapewne o domniemaną przez historyków i bardzo lakonicznie wspomnianą w źródłach postać Bolesława Zapomnianego. To bardzo ciekawy wątek naszej wczesnej historii, ale obawiam się, że baza źródłowa jest tak szczupła, że niewiele więcej oprócz domysłów możemy tu dołożyć. Jedyna nadzieja w tym, że któregoś dnia, na jakimś strychu niemieckiego klasztoru, albo w podziemiach Watykanu odnajdą się jakieś nieznane dotąd dokumenty nt tej postaci – tak już przecież bywało (w podobny sposób w XIX wieku odnaleziono dzieło Tacyta „Germania”). Możemy więc mieć nadzieję, że kiedyś dowiemy się więcej.
  • LZ: Jakich autorów lubi Pan najbardziej?
AW: Wobec książek i filmów wyznaję zasadę: „nie nudź i opowiedz o czymś”. I tu jest właśnie problem, bo coraz częściej wpadają mi w ręce autorzy, którzy albo przynudzają, albo niewiele mają do powiedzenia od siebie. Na domiar złego niektórzy z nich próbują swoje braki „opowieści w powieści” uzupełniać bezrefleksyjnie powtarzanymi ideologiami, a to już jest dla mnie kompletnie nie do przejścia. Może dlatego w moim repertuarze ulubionych autorów dominują klasycy: Wyspiański, Mickiewicz, Sienkiewicz, Reymont… a z bardziej współczesnych to choćby Lem, Jonatan Carrol czy fenomenalny George RR Martin.

  • LZ: Czy posiada Pan dużo książek papierowych? I pytanie następne: czy lubi Pan ebooki?
AW: Zawsze marzyłem o wielkim regale z półkami pełnymi książek. I to marzenie udało mi się kilka lat temu zrealizować. Zakrywa niemal całą jedną ścianę w największym pokoju. A i tak mnóstwo książek jakimś cudem ląduje w niemal wszystkich innych pomieszczeniach. Nie mam pojęcia, kto je tam roznosi i zostawia – ale wszystko wskazuje na to, że to chyba ja…
Tak, lubię też ebooki, podobają mi się możliwości, jakie dają. Papier ma swój urok, ale zauważam, że gromadzi mi się go coraz więcej i więcej. A nie chciałbym doprowadzić do sytuacji, że część książek oddaję komuś, bo się z nimi nie mogę pomieścić. Dlatego ebook jest dla mnie świetnym rozwiązaniem. Problemem jest tylko to, że jak na razie nie kupiłem sobie porządnego czytnika, ale to już kwestia czasu (i pieniędzy).

  • LZ: Czy ma pan konto na portalu o książkach?
AW: Nie. Podobnie jak nie mam profilu na FB. Jakiś czas temu brałem udział w różnych mediach społecznościowych, aż stwierdziłem, że nic nie zastąpi przyjaciół w realu, z którymi możemy się napić zeszłorocznego wina, nic nie zastąpi rozmów z ludźmi pod sklepem, albo podlewania warzywnika. Owszem, obserwuję co tam się dzieje, ale nie mam ambicji spełniania się w tych miejscach. Jest mi dobrze z moją rodziną, przyjaciółmi, wiecznie odradzającymi się chwastami i planami na kolejne tomy PRZEMIENIENIA.

  • LZ: Czym Pan się zajmuje poza pisaniem książki?
AW: Zawodowo jestem szefem handlu i marketingu w dużej firmie produkującej meble. Mam maleńki sad i winniczkę (właśnie zacząłem winobranie, a to jest bardzo dobry rok dla owoców). Mam wspaniałą żonę i córeczkę, więc zajęć na co dzień jest co niemiara.

    Dziękuję za rozmowę.

piątek, 14 września 2018

Józef Ignacy Kraszewski 'Stara baśń' - mit o polskości, książka porównywalna z Trylogią Sienkiewicza

1 sierpnia 2018 roku MG wznowiło 'Starą baśń'. Pomyślałam, ze to dobra okoliczność, żeby wreszcie mieć ją własną, bo nie miałam. Planowałam ją przejrzeć i opisać, ale po raz kolejny Kraszewski mnie 'wkręcił'. Już kilkakrotnie chciałam 'przejrzeć ją' i zawsze po kilku stronach pochłaniała mnie ona bez reszty. Tak też było i tym razem. Niedzielę spędziłam w jej towarzystwie. Czytałam aż skończyłam ;) 
Kraszewski był przez cały wiek niedoceniany. Znaczy się, był czytany, ale trochę z machnięciem ręki, ach, ten Kraszewski, tyyyyle tych jego książek. A przecież i obyczajówki miał ciekawe. Może nie najwybitniejsze, ale wciągające. Mam 2 własne. Dopiero ostatnio badacze literatury wyciągnęli go z lamusa, zdaje się, że Ryszard Koziołek. To on chyba napisał esej o Kraszewskim i jego profesjonalizmie w zbieraniu materiałów. 
'Stara baśń' jest jednym z najdojrzalszych jego utworów. Tak uważam. Choć nie czytałam całego cyklu. to dopiero mam w planach. I coś tam przy kolejnym czytaniu z tej lektury, poza zachwytem nad fabułą, wyniosłam. Kraszewski panuje nas słowem i wie co pisze. Pierwsze, co rzuca się w oczy to maniera pisania jeszcze z XIX wieku. Następnie jest warstwa fabularna, przeplatająca miłość i politykę, mity i ludowość, ciekawe postacie męskie i kobiece, kmieć pełen wartości i zły władca, miłość namiętna i miłość, która musi się namyślić. Itd. Akcja płynie wartko. Ale z tego wszystkiego wyłania się świadomy zamiar autora, który przecież, nie zapominajmy tego, pisał to podczas nieobecności Polski na mapach, a poza tym z potrzeby zachowania polskości i dla nauki historii Polski. Ale podręcznikiem powieść ta nie jest. 
O źródłach napisał sam w posłowiu i to jest oczywiste, te Wandy i Popiele. Dla mnie rzucił się w oczy świadomy zabieg mitologizujący polskość. Coś w podobieństwie do Sienkiewicza i Trylogii. Powieść ma za zadanie pokazać, że Polacy mieli trudną historię, ale pokonali niebezpieczeństwa i zagrożenia z zewnątrz. Tutaj Kraszewski miał trudniej niż Sienkiewicz, bo pisał o czasach nie ujętych w zasadzie w kronikach, bo to co jest, to mityczne opowieści albo kroniki pisane całe wieki później. 
Kraszewski oparł więc się na kontrastach. Swojska jest przyroda i knieje, które chronią. Władca, który nie broni praw ludu, staje się wyrzutkiem, a to sama przyroda go niszczy. Pokazuje też Kraszewski najstarszego wroga - siły germańskie. Było to celowe. Żeby nie być zbyt cukierkowym pokazuje autor, że poddani polscy są podzieleni. Nie jest to zbita masa, ale coś jak z 'Wesela' Wyspiańskiego siła niema, która woli przespać pobudkę i 'wici'. Tutaj 'wici' skutkują....  Ale cytat z 'Dziadów', że Polacy są jak ' lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi', sprawdza się tutaj, w tej książce. Takie jest przesłanie tej powieści. Jest też i inne, bliższe pierwszej lekturze, a mianowicie takie, że od przeznaczenia się nie minie i tak jak u Dziwy, miłość jeśli jest prawdziwa, to nie przeminie. 
Wspaniała lektura. 10 gwiazdek
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG:





środa, 12 września 2018

Podsumowanie lata 2018, następny stosik. Na jesień. I kwiatki oraz ptaszki i inne gadziny....

Cześć,
Tak sobie pomyślałam, że skoro w poście z 20 lipca 2018 roku: Stosik na lato - choć miałam już nie publikować zapowiedziałam stosik na lato, to teraz, gdy już lato mija, należałoby podsumować ten czas. Poza książkami uzbierało mi się kilka miłych zdjęć. Może i Was one zainteresują. Wrzuciłam je już do podstrony 'Moje zdjęcia', ale nie wiem czy wszyscy ją oglądają. 
W tym poście o stosiku na lato zapowiadał się on następująco:
 Tego lata najmilej wspominam powieści kobiece, które czytałam. Może i nie były to przełomowe książki w literaturze, ale na pewno książki, które czytając pochłaniają czytającego. Były to powieści:

'Wszystkie kwiaty Alice Hart', 'Strażniczka miodu i pszczół' i 'Pokój służącej'. Nie, jedna wybitna powieść zrobiła na mnie wrażenie: 'Naznaczona' Hertmansa. Uważnie obserwuję jego twórczość i ta książka wrażenie zrobiła. Z kryminałów to tym razem się rozczarowałam, ale wciąż mile wspominam nowości późnowiosenne w tym temacie, czyli 'Osiem cztery' i 'Dom bez klamek' oraz 'Żmijowisko'. 
Ciekawa była też książka historyczna 'Drapieżny ród Piastów' oraz książka satyryczno-humorystyczna 'Czekoladki dla prezesa'. Jeśli chodzi o ebooki to 'Urobieni'. Świetny reportaż. 
Na najbliższy czas, 'na cito' jak mówią w serialach medycznych czekają mnie te oto książki. 

Panuję też wysłuchać wreszcie 'Doktora Żywago' oraz 'Gliny z innej gliny'. Może pora kopania ogrodu w tym pomoże. Jesienią jest trochę pracy w ogrodzie, a to dobra okoliczność do słuchania pięknej prozy. 
Latem nie wyjeżdżałam. Nie mogę Was więc zaskoczyć zdjęciami z wycieczek. Ale w moim prywatnym rankingu oceny wakacji oceniam je dobrze, bo nigdy nie ma tak, żeby nie mogło być gorzej. Z rozrywek to byłam na  koncercie zespołu country i było całkiem przyjemnie tego słuchać.  Ale  nie będę tutaj snuć prywatnych opowieści, bo moje życie to nuda, natomiast chciałam Wam pokazać zdjęcia 'łona natury' z tego roku. Oto one:
Do mojego okna zapukała modliszka. Nie wiedziałam, że mamy takie w naszym klimacie.

Suszki pamiętam z dzieciństwa. W tym roku też te kwiatki posiałyśmy. Motylka było trudno uchwycić, ale się udało.

W tym roku był wysyp śliwek
Znów motylek


Kiciuś relaksuje się na fotelu.

Znalazłam czterolistną koniczynkę.. Po latach szukania. Moją poprzednią zdewastowali mi gimnazjaliści, gdy im dałam do rąk słowniczek polsko-angielski z koniczynką. Tę już włożyłam w Biblię, bo nikt niepowołany mi tam nie zagląda.

Rok dziwów, zakwitła jabłoń.

Lubię bukiety.

Zakwitła

Przelotem, ale im się spodobało. Tylko że znikły po kilku dniach. Przypuszczam, że gołębiarze złapali, bo mieli na nie chrapkę. Szkoda trochę, bo je polubiłam.
To tyle  lata.
Pozdrawiam,
Iza


wtorek, 11 września 2018

Recenzja zbiorcza serii kultowych komiksów. 'Tytus, Romek i Atomek' Księgi I-XXV. Wreszcie je poznałam...

Cześć,
W ostatnim tygodniu jest mnie mniej czytelniczo, ale zawiniło temu późne lato oraz wizyta u mojego chrześniaka. Wyobraźcie sobie, że chłopak pokochał czytanie. Jestem z tego dumna, bo moja w tym mała zasługa, gdyż pilnując go, gdy był w wieku 'plastycznym', to pokazywałam się mu czytając i  pokazywałam, ze książka nie gryzie. Ucieszyłam się więc, gdy mi powiedział, że na prezent od swojego taty dostał wielką książkę komiksów. Mówił, że mu się bardzo spodobały. Pogadaliśmy sobie o nich. Okazało się, że tych to akurat nie czytałam w dzieciństwie, bo to były lata 80-te i nie wszystko można było kupić, bo by się chciało. Pożyczył mi je do domu. Przeczytałam je w tydzień. Oto one:




Wydanie to od Prószyńskiego i S-ki oparte jest na oryginalnych wydaniach. Całość w pięknym pudle kupiona za 99,99 w markecie budowlanym (chrześniak nie wiedział w jakim). W sumie jest to moje pierwsze konkretne spotkanie z komiksem jako formą literacką. Bo poza 'Przygodami Jonki, Janka i Kleksa', 'Historią biblijną' w komiksie, którą tato kupił mi jak byłam mała na dworcu PKP w Katowicach, bo ryczałam jak syrena i nie chciałam bez niej iść oraz przygodami Jacka i Placka ze 'Skarbu Malucha' z komiksami nie miałam do czynienia. 
Muszę przyznać, że czytanie komiksu jest przyjemne i wciąga, ale nie jest to czynność natychmiastowa - to czytanie, bo przecież trzeba obejrzeć ilustrację, wszystko. Oko nie ogarnia rysuneczku i chmurki błyskawicznie. Ale jest to bardzo przyjemnie spędzony czas. Przyznam się, że najbardziej zafascynował mnie Tytus. Jego żarty i podejście do życia ujęło mnie za serce. Szkoda, że Tytus nie wyruszył znów w świat, bo byłoby wesoło. Po tygodniu czytania Tytusów widziałam małpę na plamie w ścianie (mamy taką przy kominie), czekałam aż wyskoczy w informacjach z Polski w aplikacji w telefonie....  Tytus jest świetny. 
Humor w komiksach Papci Chmiela jest intelektualny, a zarazem życiowy. Z jednej strony przygody Tytusa, Romka i Atomka to wprost satyryczna przygoda intelektualna. Na przykład podróże po Wyspach Nonsensu albo już te z lat 90-tych przygody Tytusa w prywatnej szkole, gdzie jest zmuszany do dawania haraczu albo przygody z kibolami. Wszystko to odnosi komiks do świata wokół. Do tego jest też inny rodzaj komiksu, bardzo wprost i czadami dosadny. Bardzo mnie to śmieszyło. Nawet sfotografowałam sobie niektóre scenki:




























Ten statek małżeński z ostatniego rysunku najbardziej mi się spodobał. Taki życiowy..... Bardzo mnie też bawił opis budowy słonia i piosenki podokienne, jakie śpiewał Tytus. Gdybym miała wybrać postać, z którą najbardziej się identyfikuję, to byłby to Tytus, który chciałby być taki jak inni i dopasować się do swoich ludzkich kolegów:
Jest romantyczny:
Ma swoje zdanie i nie zawsze dopasowuje się do otoczenia:

Jest pomysłowy i kreatywny:

Bardzo ujął mnie odcinek, w którym Tytus zostaje naukowcem, po czym znów postanawia się 'ogłupić', żeby mieć znów czas na kontakty z przyjaciółmi. Oczywiście pozostawia sobie trochę więcej mądrości niż Romek, ale tylko troszkę. 
Ogólnie, podsumowując ten post, trzeba stwierdzić, że pewne rzeczy się  nie starzeją. Jak jest coś dobre to jest. Mnie to rozśmieszyło tak jak pokolenie wyżej i tak jak młodsze pokolenie w postaci mojego chrześniaka. Jemu najbardziej się spodobało to, że Tytus się ożenił.Pewnie i inne rzeczy, bo dziecko nudziarstw by nie czytało. 
Książki musiałam zwrócić właścicielowi, ale pozostawiłam sobie zdjęcia, którymi z Wami się dzielę. 
10 gwiazdek
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jeśli życzycie sobie kupić książki na stronie Paka Książek przez ten link to jest to tu: