poniedziałek, 30 października 2017

Jean Hatzfeld 'Więzy krwi' - 19 lat po masakrze. Spotkanie z dziećmi ofiar i katów

Zdjęcie tylnej okładki

Autor, który naprawdę zna temat daje w 'Więzach krwi' głos rwandyjskiej młodzieży, równolatkom ludobójstwa z 1996 roku, dzieciom katów i ofiar i pyta o przebaczenie, o to, co w przyszłości i co teraz. 
Rzuca się w oczy czytelnika jak bardzo odmienne są teraz światy ofiar i katów. Zdałoby się, że jest jak w bajce. Zło zostało ukarane, a dobro nagrodzone. W dodatku dzieci obu stron mówią, że szkoły dbają o to, żeby nie nazywać grup etnicznych, ale mówić o zbrodni. Jest tydzień pamięci oraz Mauzoleum. I nawet rodziny Hutu zdają sobie sprawę z ogromu krzywd jakie wyrządzono Tutsi, nie mówiąc o Tutsi, którzy pamiętają. Ale problemem zdaje się niesprawiedliwość systemu edukacji. Ślepy los, jak by to powiedzieli liberałowie. Wygląda na to, że edukacja w Rwandzie nie jest darmowa, że rodzice za nią płacą, więc uczą się te dzieci, których rodzice za to płacą. Jakże więc na opłaty czesnego może sobie pozwolić marka, której mąż siedzi w więzieniu, a ją pozbawiono pracy po wojnie, bo była Hutu? Dzieci Tutsi dostają stypendia z organizacji międzynarodowej. Po 20 latach od ludobójstwa tę rozbieżność widać już wyraźnie. O ile dzieci Tutsi są pełne nadziei na przyszłość, marzą o płatnej pracy, o wyjazdach, o szczęśliwym świecie po prostu, to dzieci uwięzionych Hutu czują wielkie rozdarcie i rozpacz. Dotykają ich tytułowe 'więzy krwi'. Czują więź z rodzicami, ze swoją naznaczoną rodziną, kochają ich, a z drugiej strony doświadczają ostracyzmu społecznego. System społeczny o nich zapomniał i skazał na los biedaków. Nawet zazdrościć tym uprzywilejowanym im nie wolno, bo w sumie zdają sobie sprawę, że stypendyści przeżyli piekło. 
Bardzo to wszystko smutne, tragiczne i wołające o zauważenie. Trzeba, żeby edukacja i wsparcie międzynarodowe dotyczyło większej ilości ludzi w Rwandzie. Bo tak jak jest, nie jest dobrze. Sprawiedliwość dosięgła katów, ale znów sprawiła, że nierówności społeczne i poczucie osadzenia jednej grupy społecznej, a faworyzowania innej są znów widoczne jak w czasach kolonialnych. I nie trzeba specjalisty od socjologii, żeby po lekturze tej książki stwierdzić, że taka sytuacja znów może zaowocować wojną. Oby nie.
Znalezione obrazy dla zapytania Jean Hatzfeld
Jean Hatzfeld, źródło: http://www.alamy.com/stock-photo/hatzfeld.html

Książka zasługuje na 10 gwiazdek
Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:
Znalezione obrazy dla zapytania degustatorka literatura faktu

sobota, 28 października 2017

Guzel Jachina 'Zulejka otwiera oczy'

Ogólnie można powiedzieć, że książka traktuje o Tatarce, którą zesłano na Sybir, uprzednio zabiwszy jej męża i zabrawszy im majątek. Ale to byłoby znaczne uproszczenie, a powieść uproszczenia obala. 
Powieść jest studium psychologicznym Zulejki. Tytułowym otwieraniem oczu. Zulejka jest typową reprezentantką swojej nacji. W dodatku kobietą zgnębioną. Ale żyje według norm, jakie wyniosła z domu, i norm typowych dla środowiska. Wyrwanie jej z tego środowiska z jednej strony ją psychicznie ubogaciło, ale z drugiej strony postawiło ją razem z najbardziej światłymi ludźmi ZSRR, którzy jako element kontrrewolucyjny zostali zesłani. To wszystko odbiło się na życiu Zulejki, która jednak coraz bardziej potrafiła walczyć o swoje i nazywać swoje uczucia. Mniej szukać woli nieba, a bardziej kształtować swój los. Obrazy w całości, powtarzające się myśli, jak to zdanie 'Zulejka otwiera oczy' z jednej strony mają znaczenie dosłowne, ale z drugiej strony - przenośne. Oznaczają etapy rozwoju bohaterki. Los Zulejki i jej towarzyszy z transportu pokazuje, iż mimo wszystko warto jest być człowiekiem uczciwym, znającym się na swoim zajęciu, pomagającym innym. 
Takie optymistyczne przesłanie w książce o zesłańcach to coś rzadkiego, ale pięknego i wzruszającego.
Daję książce 10 gwiazdek. To jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam. 
Za książkę do recenzji dziękuję Noir sur Blanc.

sobota, 7 października 2017

Wywiad z Michałem Piedziewiczem, autorem trylogii gdyńskiej: 'Dżoker', 'Domino' i 'Dakota'

Mój rozmówca na tle klifu w Redłowie w Gdyni. Zdjęcia: MP
Dzień dobry,

Dziś zapraszam do przeczytania mojej internetowej rozmowy z bardzo ciekawym pisarzem, autorem książek o Gdyni, panem Michałem Piedziewiczem. Moje pytania były trochę naiwne, ale za to odpowiedzi - ciekawe. I to jest najważniejsze, PISARZ.
Książki ukazywały się w wydawnictwie MG. Przypomnę okładki i moje recenzje w linkach:
http://literackie-zamieszanie.blogspot.com/2016/01/micha-piedziewicz-dzoker-powiesc-retro.html
LZ: Trylogia gdyńska jest Pana debiutem powieściowym. Napisał Pan ją z okazji jubileuszu powstania Gdyni. Czy taki właśnie debiut był zamierzony, czy powstał przy okazji?

MP: Najpierw był pomysł. Który wziął się z kolei z pewnego zawodu – gdy uświadomiłem sobie, że historię Gdyni,

fenomen jej powstania i rozwoju mało się pamięta. A to przecież niezwykłe: z małej wioski powstało prężne miasto, do którego w krótkim czasie przybyło ponad sto tysięcy ludzi. Wyobrażam sobie, że niemal każdy z nich mógłby się stać bohaterem ciekawej opowieści. O zaczynaniu życia od nowa, o wgrywaniu swojej szansy, lub o jej zaprzepaszczaniu.


Pomysł zrodził się w roku 2012, sporo miesięcy zajęło mi pisanie. Lecz kiedy już wysyłałem tekst do potencjalnych wydawców to i zasugerowałem im: że w roku 2016 Gdynia obchodzić będzie okrągły jubileusz, więc wydanie książki mogłoby się wpisać w obchody 90 lecia miasta i przez to zyskać pewien rodzaj promocji.

I zapewne tak było, świętowanie zwróciło uwagę dziennikarzy na Gdynię, a wtedy łatwiej było ich namówić na omówienie Dżokera.

Promocja 'Dakoty' w Gdyni

 LZ: I promocja Gdyni się udała, a przy tym literatura popularna zyskała ciekawą książkę z historią przedwojenną w tle o wymowie pozytywnej. A moje pytanie brzmi: czy znalazł Pan inne książki o Gdyni? Czy Pana pomysł jest pierwszy?

 MP: Na pewno nie. Mimo wszystko. Stanisława Fleszarowa-Muskat pół wieku temu napisała trzyczęściową i bardzo popularną w Gdyni do dziś opowieść „Tak trzymać” - o tym, jak budowała się Gdynia, jak miasto zmagało się z Wrześniem, jak jej mieszkańcy trwali (to dobre słowo) w czasie wojny. Bohaterami tej opowieści byli między innymi Krzysztof i Łucka – jak widać w oczywisty sposób się w „Tak trzymać” zadłużyłem”, choćby biorąc imiona bohaterów.


Jednak powieści Fleszarowej brzmią dziś nieco staroświecko, dlatego spróbowałem pisać inaczej (ale też świadomie stylizując, chciałem by mój język miał pewien charakter, styl tchnący starym kinem). Poza wszystkim zaś inaczej wyobraziłem sobie, inaczej przedstawiłem tamtą epokę – po prostu nie potrafię uwierzyć, że tamte lata wyglądały tak, jak w powieściach Fleszarowej.


Gdyńską opowieść, nawiązującą do Grudnia 70 oraz zahaczającą o lata dziewięćdziesiąte napisał także Mirosław Tomaszewski („Marynarka”). Tę książkę poznałem jednak już po napisaniu „Dżokera” i „Domino”.


Tak czy inaczej to wciąż mało, Gdynia zasługuje na więcej.



LZ: Wychodzi Pan poza ramy gatunku obyczajówka historyczna. Jak się Pan czuje w tym 'gatunku' jako pisarz? Czy planuje Pan jakieś następne książki w podobnym stylu? Czy to będzie coś innego?


MP: Nie wiem czy nie powinienem poprosić o doprecyzowanie pytania. Szczerze mówiąc nie wiem też, jaki gatunek uprawiam. Na pewno nie chciałem, by Dżoker był kryminałem (choć wątek zbrodni i śledztwa jednak się w nim pojawia).


Interesuje mnie życie, zwykłe życie, nie obfitujące w „niewiarygodne” doświadczenia i przeżycia. A jednak takie, w które zdarza się śmierć, cierpienie, zdarzają się wielki miłości i wielkie w związku z nimi zawody. Zdarzają się radości i zdarza się strach.


Każdy z nas jest dla siebie samego głównym bohaterem opowieści (nawet gdy pozostaje ona nigdy niewypowiedziana). Przygód i dramatycznych zwrotów akcji wielu z nas chciałoby przeżywać jak najmniej – a jednak się nam zdarzają, musimy sobie z nimi radzić, bo tak toczy się ta „opowieść”.


Nie przypadkiem w Dakocie przywołuję film „Locke`a” Stevena Knighta, albo „Sekrety i kłamstwa” innego Brytyjczyka, Mike`a Leigh. Myślę, że moje dotychczasowe książki, gdyńska trylogia, wyrastały z podobnego gruntu i w podobnym duchu – z chęci opisywania dramatycznej zwyczajności, jaka przydarza się większości z nas.

Z tym że prócz tego jesteśmy też zanurzeni w historii, w zmieniającym się świecie – i o tym również są moje opowieści. Te zmiany świata odbywają się na wielu płaszczyznach: mód, technologii, polityki. I oczywiście odciskają na nas swój ślad. Przede wszystkim polityka, ale choćby technika – również. Wielką przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie tego, jaką z przyjemnością było dla Łucji słuchanie wynalazku tak wspaniałego jak radio. Albo korzystanie z lodówki. Albo – już po wojnie – z pralki, albo zakup pierwszego telewizora. Wyobrażam sobie, że za kilkadziesiąt lat i na nas ktoś spojrzy z pobłażliwą sympatią, wspominając nasze entuzjastyczne współżycie z internetem.


LZ: Czyli wychodzi Pan poza schemat gatunkowy. No i dobrze. Dynamika akcji w powieści jest większa niż w innych książkach o tym okresie. Poza tym sama Gdynia chyba gromadziła ludzi pełnych nadziei na lepszą przyszłość. Szkoda, że w trzeciej – współczesnej – części losy gdynian napotykają tyle przeszkód. Chodzi mi o ten kryzys w 2008 roku, a wcześniej o szarość PRLu i kiboli z początku lat 90-tych. Zauważyłam w Pana książce dbałość o szczegóły, na przykład sposób ubierania się albo to, z czego przygotowywano posiłki czy jak spędzano czas. Skąd brał Pan wiedzę na ten temat?




MP: Emocjonalnie to oczywiście „Domino” jest opowieścią, w której bohaterowie napotykają najwięcej „przeszkód”. Ja tę część zadedykowałem „moim babciom i dziadkom”, bo pisanie jej uświadomiło mi, że – zmyślając, gdyż nie odwzorowywałem dziejów własnej rodziny – opisuję coś ważnego. A więc losy pokolenia wychowanego przed rokiem 1939, potem doświadczającego wojny, a później zmagającego się z kolejnym horrorem. Dla kogoś, kto zna historię, to rzeczy oczywiste, jednak kiedy spojrzy się na ten w sumie nagły obrót tragicznych wydarzeń z choćby odrobiną empatii, to nie sposób nie złapać się za głowę – tak wiele złego doświadczyło tamto pokolenie!


„Dakota” mówi o czasach łatwiejszych. Ale też nam bliższych, przez co trudniej je zrozumieć – w latach dziewięćdziesiątych byliśmy zanurzeni w żywiole codziennego życia i niekoniecznie potrafimy rozpoznać, co obiektywnie było istotne, co zadecydowało o naszych dalszych losach, oraz o kształcie świata jaki znamy dziś. Jednak powtórzę: to wciąż czasy łatwiejsze, możemy być szczęśliwi, że przyszło nam w nich żyć.


Jeśli chodzi o dbałość o szczegóły... Właściwie to wydaje mi się, że dbałem o nie zbyt mało. Że moje opowieści powinny jeszcze intensywniej pachnieć, brzmieć, wyglądać. Przecież na tym polega literatura, nie tylko na relacjonowaniu historii.


Źródłem wiedzy był oczywiście internet. Książki, albumy, filmy. Współcześnie to już nie takie trudne – wybierać się w przeszłość. Materiałów jest wokół mnóstwo. Dlatego istotna jest selekcja, wybór.


LZ: Przyznam szczerze, że trzecia część trylogii spodobała mi się najmniej. Przyznam się, że losy Joaśki wydały mi się papierowe. Natomiast Łucja nadal była najbarwniejszą kobietą tej trylogii. Dlaczego nie dał jej pan ostatniej szansy na miłość? Może jakieś sanatorium?

MP: Wychodząc za Konstantego Łucja miała, zdaje się, sześćdziesiąt cztery lata. Gdy Konstanty umarł, miał lat blisko dziewięćdziesiąt! Tak, wiem, rozumiem, że dawało się ją polubić i wiele czytelniczek życzyło jej jak najlepiej. Niestety, musiałem już oszczędzić jej zbyt wielkich uniesień. Proszę to zrozumieć.!


Natomiast co do Joasi. Ha, właściwie żadnych jej, nazwijmy to dość lekko: perypetii, nie wymyśliłem na kartce, lecz gdzieś podejrzałem lub zasłyszałem. A cała druga część jej życia – począwszy od początków warszawskiej kariery, po powrót do Gdyni – zapewniam – nie jest papierowa.


LZ: A tam, Hugh Heffner ożenił się w sędziwym wieku, więc i Łucja mogłaby. Miałam wrażenie, że witalności miała w sobie tyle, co 10 młódek. Polubiłam ją bardzo. A losy Joasi nie wydają mi się sztuczne, nie o to mi chodzi, ale nie nabralam do niej żadnych emocji, poza zakończeniem. Jej brata – przeciwnie – polubiłam od początku. Może dlatego, że on był buntownikiem, a Joasia nie. Żałowałam, że calość trzeciej części nie ujął Pan z perspektywy brata.

MP: Nie potrafię odpowiedzieć. Ja Joannie wierzę, rozumiem ją niemal w każdej sytuacji. Co więcej – jej historia wydaje mi się charakterystyczna i ważna. Ale być może nie potrafiłem przedstawić tego należycie.


LZ: Myślę, że po prostu postać brata przemawia do mnie bardziej, bardziej się z nim identyfikuję niż z nią, bo jest bardziej zwariowany. Joasia jest poukładana. Ale przejdźmy do następnego pytania. Jak długo trwało u Pana pisanie książki? Czy najpierw zbierał Pan materiały i miał ułożony plan? Czy postacie 'kreowały' się same? Dużo Pan wykasowuje tekstu? Czy pozwala Pan komuś czytać swoje teksty przed ich ukończeniem?


MP: Dżokera pisałem niemal dwa lata. Domino już tylko rok, a Dakotę kilka miesięcy. Przy czym nie wynikało to wcale z mniejszego przykładania się do tematu; z czasem po prostu pisało mi się łatwiej, robiłem to zresztą wiedząc już, że kolejne książki zostaną wydane (czego nie wiedziałem w przypadku Dżokera); wreszcie: pisałem o czasach coraz mi bliższych, więc nie wymagających aż tak wielkiego szperania po archiwach czy choćby internecie.


Postaci na początku rzeczywiście pojawiły się same: Łucja, Krzysztof i Adam. Kot przyszedł później i na pewno nie spodziewałem się, że stanie się tak ważną postacią.


Przy okazji kolejnych tomów pojawianie się nowych bohaterów było już dość naturalne: myślę tu o Anusi, jej dzieciach. Najważniejszy, a może i najpiękniejszy, najbardziej ekscytujący był jednak ten pierwszy moment – kiedy Krzysztof spotkać musiał Łucję, a wszystko na oczach Adama. Oni, w trójkę, stanęli mi przed oczyma w jednej, niespodziewanej chwili. I niemal dokładnie tacy, jak zaprezentowali się w książce. Krzysztof drapieżny i mroczny, Łucja troszkę wycofana, ale i skłonna do ryzyka, no i Adam – któremu prawdziwej śmiałości, nuty szaleństwa przez całe życie brakuje. On jest zawsze na trzy-czwarte, zawsze czegoś mu nie starczy.


Teksty czytał mój przyjaciel, moja żona, a także rodzice. Zwłaszcza ci ostatni więcej wiedzieli o Gdyni, więcej pamiętali – więc liczyłem na ich pomoc. Czytała również moja siostra, kolejni przyjaciele. Może nie w całości, ale w części.


A czy dużo poprawiam? Bardzo dużo, niestety. Zawsze znajduję coś do przepisania, mogę to robić w nieskończoność, bardzo powoli uczę się w tej kwestii ograniczać. Wyrzucać wiele nie wyrzucam, zwykle wcześniej dane sceny mam szczegółowo naszkicowane, wiem, co powinno się w nich znaleźć. Inna sprawa, że wyrzucanie zwykle robi tekstom dobrze.


LZ: Czym się Pan interesuje? Co Pan lubi czytać?

Czytam, wydaje mi się, mnóstwo, czytam zdecydowanie więcej, niż oglądam – filmów czy seriali. Ostatnio, tak się złożyło, wpadały mi w ręce biografie: Prusa, Wandy Rutkiewicz, Sat Ohka, Lema. Albo książki historyczne np. Historia Warszawy. Przeczytałem Fałszerzy Pieprzu Moniki Sznajderman – to wstrząsająca lektura. Czytam Bez dogmatu – Sienkiewicza, skończyłem Apokryf rodzinny Hanny Malewskiej. Właściwie kiedy się nad tym teraz zastanawiam to widzę, że krążę po XIX wieku i często zahaczam o Warszawę. Czyżby rodził się jakiś pomysł...?


Prócz tego namiętnie oglądam wyścigi kolarskie. To rodzaj guilty pleasure.


Lubię też chodzić do teatru. O spektaklu krakowskiej PWST „Do Dna” każdy zapewne słyszał, niemniej polecam, bo to perełka. Teraz czekam już na krakowski festiwal „Boska komedia” - to zwykle świetna okazja, by zobaczyć spektakle z wielu różnych scen: w ostatnich latach wielkie wrażenie robiły na mnie na przykład spektakle z Legnicy („Droga śliska od traw”), Jeleniej Góry („Karskiego historia nieprawdziwa”) czy Wałbrzycha („Zapolska Superstar”).


LZ: Widzę, że czytamy podobne książki. Na biografię Prusa poluję. Patrząc na sposób traktowania rzeczywistości, na realizm szczegółów to ten pisarz wydaje się być Pana wzorem? Bardzo go lubię i uważam, że to jeden z najwybitniejszych realistów w literaturze. Wyścigi kolarskie ogląda mój chrzestny. Zawsze narzeka, że nie ma w TV transmisji, że zostaje radio.
A teatr też uwielbiam, chociaż od lat mam zaległości w tej dziedzinie. Nie uważa Pan, że najtrudniej 'zrobić' dobrą sztukę współczesną? Że Czechowa gra się łatwiej?


MP: Na pewno chciałbym mieć tak czujne i wnikliwe spojrzenie jak Prus. Ale raczej nie mogę przyznać, że pisząc myślałem o „Lalce”. Więc pewnie trudno mówić o wzorze; no chyba, że o podświadomej matrycy jaką „Lalka” jest dla każdego piszącego po polsku.


Nie wiem czy w ogóle miałem jakiś wzór. Wrócę do „Tak trzymać”, które było być może jakimś rodzajem wzoru negatywnego (przy całej mojej sympatii dla tego cyklu!): gdy chciałem by moi Łucja i Krzysztof byli mniej niewinni, mniej uczciwi, mniej czyści. I żeby ich kamienica nie była gwiazdką z nieba, ale garbem, a nawet pretekstem do wyrzutów sumienia. O, miałem więc zatem nie wzór, ale rodzaj anty-wzoru.


A z ostatnią kwestią się nie zgodzę. Przeciwnie: mam wrażenie, że współcześnie powstaje mnóstwo świetnych, poruszających spektakli; z kolei klasyka – na mnie działa mniej. Właściwie tęsknię – za Szekspirem, Czechowem czy Wyspiańskim, którzy przemówią do mnie bardzo mocno.


Dziękuję za rozmowę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Top Commentators Widget for Blogger Blogspot with Avatars